Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Wywiad z prof. Henrykiem Samsonowiczem "Religia nie powinna być uczona w sposób archaiczny, jak teraz" skłonił wielu czytelników do dyskusji czy religia w ogóle powinna być obecna w szkole. List Weroniki, siedemnastolatki Ksiądz na religii powiedział, że jestem dla niego zerem sprowokował innego siedemnastolatka Wojciecha do odpowiedzi: "Dla mnie list jest takim wołaniem duszy, która opuściła Boga, bo Bóg jej nie opuścił." Polemika między młodymi skłoniła wielu do zabrania głosu. Oto kilka opinii:

Siedemnastolatka godna podziwu

Podziwu godna jest postawa siedemnastolatki, która w tak młodym wieku zdobyła się na odwagę i przeciwstawiła się samotnie całej wsi, szkole oraz kościołowi. W miarę dorastania dziewczyna ta zaczyna samodzielnie myśleć i dochodzić do pewnych wniosków. Czy te wnioski będą właściwe dla niej pokaże dopiero życie.

Moim zdaniem, dziewczyna jak na swój wiek jest coraz mądrzejsza i nie daje się bezmyślnie prowadzić za rączkę. Bardzo mądrze postąpili również rodzice, czego nie można powiedzieć o dyrektorze szkoły oraz o wikariuszu - nauczycielu religii. Myślę, że tak mądra i odważna dziewczyna sama znajdzie drogę do Boga, ale do kościoła już nie wróci.

W Boga można uwierzyć, ale do tego trzeba dojść samemu, aby to zrozumieć. To religie właśnie oddalają człowieka od Boga. List siedemnastolatki świadczy o tym, że dziewczyna ta jest bliżej Boga niż by się to wszystkim wydawało. Życzę "siedemnastolatce" wytrwałości w pogłębianiu swojej duchowości, gdyż jest już na początku właściwej drogi. Janek O.

Mój katecheta zatańczył mi "hari hari, hari kriszna"

Chciałabym nawiązać do listu czytelniczki, która pisze o tym, że ksiądz przyrównał ją do zera tylko dlatego, że postanowiła iść inną drogą. Miałam podobną, jeszcze bardziej niemiłą sytuację. Zawsze byłam uczniem dociekliwym i ambitnym. Przez pierwsze lata podstawówki pokornie uczyłam się modlitw, śpiewałam pieśni religijne i słuchałam wiedzy przekazywanej przez zakonnice, chodziłam na msze.

Jednak gdzieś w okolicach szóstej klasy zaczęłam zadawać pytania. Podnosiłam tematy aborcji, gwałtów i dzieci urodzonych z tych gwałtów, księży żyjących z kobietami, ślubów etc. Katecheta uczący nas wtedy religii znosił to rok. Po roku nie wytrzymał i przy całej klasie zatańczył mi taniec "hari hari hari kriszna". Poczułam się okropnie.

Wyśmiana przez kogoś, kto powinien rozumieć i tłumaczyć. To był dla mnie moment, w którym zerwałam jakąkolwiek więź z Kościołem i z lekcjami religii. Nie miałam z tym większego problemu. Ale podobnie jak autorka wiem, że osąd wydany przez ludzi (księży, katechetów), którzy z założenia powinni być cierpliwi i z szacunkiem odnosić się do innych, był wielkim bólem.

Poczułam się odtrącona i kompletnie ośmieszona przez katechetę. W Boga nie wierzę. Po cichu marzę o tym, żeby w końcu nastąpił rozłam w więzi łączącej nasze Państwo z Kościołem.

Mam nadzieję, że moje jeszcze malutkie dzieci nie będą zmuszone do tego, żeby tłumaczyć się z tego, że nie są ochrzczone. Mam nadzieję, że fakt, że nie narzucaliśmy im, gdy jeszcze był malutkimi, bezwolnymi istotkami, tego, w co mają wierzyć, będzie dla nich powodem do dumy a nie drwin. Asia

Nikt (ani w szkole, ani w pracy) nigdy nie powinien tak mówić

Fundamentalnie nie zgadzam się z opinią Wojciecha B., który umniejsza krzywdę, jaką mieszkańcy wsi, na czele z księdzem, wyrządzili siedemnastolatce. Fakt, że ktoś się z nami nie zgadza w kwestii wiary nie powinien w żadnym wypadku prowadzić do przezwisk czy wytykania palcami, a już zwłaszcza do opinii, że osoba jest dla nas zerem. Wszystkie tego typu zdarzenia świadczą tylko o braku dobrego wychowania i zacofaniu. Na szczęście wydaje się Ona to osoba dojrzała, która mimo doświadczanych przykrości daje sobie radę.

Wojciech B. pisze: "Jeszcze nie raz usłyszy takie słowa, na studiach czy w pracy. I co? Zwolni się z pracy? Według mnie powinna się wziąć w garść i jeszcze raz przemyśleć całą sprawę." Otóż nie, Panie Wojciechu, myli się Pan. Może Pan słyszy często takie uwagi, ale zapewniam Pana, że takie zachowanie w żadnej sytuacji nie jest normalne i każdy z nas ma prawo (dosłownie!) przed nim się bronić. Pracuję już od kilku lat, studiowałam trochę dłużej niż przeciętna i nikt nigdy, powtarzam, NIKT NIGDY tak się do mnie nie zwrócił. Zapewniam Pana, że tego typu odzywki zdecydowanie nie należą do profesjonalnych, uprzejmych, przyzwoitych, a krytyka na zajęciach uniwersyteckich czy w pracy (lub w szkole) ma za zadanie być konstruktywna, a nie schodzić do poziomu wyzwisk i publicznego upokarzania.

Na koniec, Wojciechu, krótka informacja: fakt, że ktoś się urodził w Polsce, nie skazuje go na bycie katolikiem. Prawdziwa wiara to kwestia wolnego wyboru, a nie podążania za narzuconymi zasadami. Szkoda, że jeszcze Pan tego nie zrozumiał. Julia

Dobrowolność fikcją

Dołączam swoją historię. Małe miasto na południu Polski, liceum. Nikt nigdy nie słyszał tam, że można poprosić o etykę zamiast religii. Przynajmniej trzy osoby w klasie nie chcą chodzić na religię, ale oczywiście brak alternatyw. Jestem wtedy jeszcze bardzo religijna, ale czytam raczej Świderkówną, Fides et ratio Jana Pawła II i ks. Węcławskiego, więc oceniam poziom katechez jako żenujący.

Gdy po uzyskaniu pełnoletniości informuję wychowawcę, że nie będę uczęszczać na religię, ten wysyła mnie do dyrektora, który argumentuje, żebym nie dokładała swojemu Tacie (wychowuje mnie sam) przykrości - ulegam, jestem wrażliwa na emocjonalny szantaż.

Gdy jednak postanawiamy raz z częścią klasy nie iść na religię, wszyscy mamy nakazem dyrektora na koniec roku obniżone o stopień zachowanie, przez co szkoła wstrzymuje moją nominację do stypendium premiera (to dla licealisty dużo pieniędzy i wielki zaszczyt).

W trzeciej klasie liceum na polecenie księdza rysujemy w zeszytach żłóbki i różańce, żebyśmy wiedzieli, jak religijnie wychowywać nasze dzieci.

Na południu Polski (księża po seminarium tarnowskim w ówczesnej diecezji bp Skworca) dobrowolność uczestniczenia w lekcjach religii jest fikcją, ich poziom - żaden, wiedza o prawach ucznia - skrzętnie przemilczana, a tresura w posłuszeństwie i szacunku dla starszych, rodziców i nauczycieli (zwane wychowaniem w tradycji) tak intensywna, że obezwładnia. Ollo

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.