Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Koń jaki jest, każdy widzi. Nie ma więc większego sensu powtarzać zarzutów wobec polskich uczelni, bo jest ich sporo, jakkolwiek nie uważam, że system jest całkowicie zdegenerowany i generuje tylko bezrobotnych. Poniekąd dowodem na to jest odnalezienie się na rynku pracy przez autorkę listu. Nawet kierunki humanistyczne, na które narzeka się wszem i wobec, są moim zdaniem i potrzebne, i niedoceniane. Wszystko rozbija się podejście samych studentów oraz... pracodawców.

I tu zatrzymam się na moment. Sam studiuję historię, staram się mieć jak najbardziej rozległe zainteresowania świadom, że jednym z ważniejszych kryteriów na rynku pracy jest elastyczność, a to właśnie rozległa wiedza wpływa w dużej mierze na naszą umiejętność dostosowania się do sytuacji. Postawiłem również na języki obce i przede wszystkim rzetelną pracę na studiach i zdobywanie doświadczenia w ramach bezpłatnych lub niemalże bezpłatnych praktyk i staży.

Przeglądając oferty pracy, czy nawet wspominanych już (darmowych!) praktyk, jedno rzuca mi się w oczy. Pracodawcy przywiązują zbyt dużą wagę do nazwy kierunku studiów. Myślę, że frustracja młodych ludzi może brać się właśnie stąd. Ktoś studiuje wymagający kierunek humanistyczny, wszechstronnie się rozwija, zna języki obce, a potem dowiaduje się, że CV do firmy x nie powinien wysyłać, bo preferują kogoś po marketingu, z prywatnej uczelni, który nic kreatywnego podczas studiów nie zrobił, prace kupował i miał problemy z językiem polskim.

Uczepiłem się akurat tego marketingu, bo znam takie przypadki, ale tak naprawdę problem ten widać w innych branżach, choćby w prasie. Oczywiście nie chodzi mi o to, że każdy studiujący marketing, dziennikarstwo, socjologię, etc. jest głupi i nic nie robi na studiach. Jednak są to tak masowe kierunki, że mało kiedy spotykam jednostki świadome tego co studiują, większość to papier i strategia "aby się prześlizgnąć". I niestety stwierdzam, że jak na razie to się im bardziej opłaca.

Studia zawsze traktowałem jako kapitał, pewien punkt wyjścia do opanowania konkretnych umiejętności. Moim zdaniem i historia, i filozofia, czy religioznawstwo takich umiejętności uczą. Uczą ich także marketing, czy politologia, pod warunkiem, że się pracuje podczas studiów. Później te umiejętności przekuwa się z pomocą doświadczenia na konkretne sukcesy zawodowe. Tymczasem pracodawcy traktują studentów jak debili, myśląc, że człowiek po filozofii nie jest w stanie opanować, czym jest działanie BTL i ambient marketing, a studiujący historię nie umie zredagować notki prasowej. Premiowana jest za to bezczelność i brak skrupułów. W większości zatrudniający opierają się na schematach.

Zgadzam się jednak z tym, że każdy jest kowalem własnego losu. Sam pracuję, kończę studia i, mimo wszystko, optymistycznie patrzę na przyszłość.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.