Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czy związki partnerskie niosą zagrożenie? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jarosław Flis, socjolog, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, stały współpracownik "Tygodnika Powszechnego" w artykule "Małżeństwa śmieciowe, czyli nie przestawiajmy drogowskazów" stawia tezę, że legalizacja związków partnerskich stanowi zagrożenie dla społeczeństwa, a zwłaszcza kobiet:

Termin "związki partnerskie" ma jedną niezamierzoną zaletę. Ułatwia znalezienie odpowiedzi na kluczowe tu pytanie: czy intymne związki międzyludzkie wymagają w ogóle społecznego drogowskazu? Najwyraźniej tak - wszak to tytułowe "partnerstwo" jest tak samo drogowskazem jak "wierność i uczciwość małżeńska". Małżeństwo w społeczeństwie jest przedmiotem takiej właśnie publicznej pochwały. Uroczyście obchodzi się 50-lecie małżeństwa, nie zaś 50. zmianę "partnerki".

Przez wieki małżeństwo jako instytucja społeczna miało bardzo silne podstawy ekonomiczne. Kobieca aktywność ekonomiczna - formalnie równoprawna męskiej - podstawy te podważyła. Przy okazji jednak w nowy sposób ujawnił się jeden z kluczowych problemów partnerstwa w relacjach damsko-męskich - nierównowaga. Nierównowaga ta przez wieki oznaczała, że kobieta mogła być zdominowana przez męża. Dziś przejawia się w czymś innym - w niesymetrycznym zagrożeniu trwałości związku. Rozwód zdecydowanie częściej jest inicjatywą mężczyzny i bardzo często związany jest z kryzysem wieku średniego. Koszty - od upokorzenia po samodzielną codzienną troskę o dzieci - przypadają kobietom.

Można przypuszczać, że dostarczenie możliwości zawierania związku, który będzie "prawie małżeństwem", a w praktyce nie będzie z niego wynikać żadna odpowiedzialność względem drugiej strony, przyczyni się do dalszego osłabienia pozycji kobiet względem mężczyzn.

W minionych stuleciach obyczajowy drogowskaz zmieniał się nie raz i nie dwa. Nieraz na lepsze, lecz nieraz na gorsze. Wielokrotnie błądząc, osiągnęliśmy stan delikatnej równowagi, w którym szereg zachowań jest pochwalanych, lecz nieobowiązkowych, a szereg innych dopuszczanych, lecz nie pochwalanych.

Przyniosło to dobrostan, który wcale nie jest trudno zepsuć. Na takie zepsucie wygląda odsądzanie obrońców status quo od czci i wiary przez rzeczników dalszych zmian. Lepiej byłoby, gdyby spróbowali oni rzeczowo i na chłodno uargumentować, że także dla oponentów nie będą to zmiany na gorsze.



Osiem punktów, w których nie zgadzam się z dr. Flisem

1. Nie mam nic przeciwko nazwaniu "związków partnerskich", "związkami z ograniczoną odpowiedzialnością" albo "luźnymi związkami". Zgadzam się, że określenie "partnerskie" jest wartościujące. Ale nie to jest najważniejsze, tylko ich zawartość.

2. Czy społeczeństwo powinno tworzyć wzorce pożądanych zachowań? Społeczeństwo tak, państwo nie. Od tego jest opinia publiczna, a nie prawo rodzinne albo cywilne.

3. Umowy, które są silnie regulowane i co do których nie ma swobody ich kształtowania, pojawiają się właśnie w sytuacji różnej siły stron. I prowadzą do skutków odwrotnych do zamierzonych. Skutkiem regulacji umów najmu jest niedobór mieszkań na wynajem i faktyczne pogorszenie sytuacji wynajmujących, którzy mogą wynajmować drogo i na czarno lub wcale.

Skutkiem regulacji umów o pracę wraz z jej obciążeniami podatkowymi jest brak legalnej pracy i pogorszenie sytuacji osób o niskich kwalifikacjach. Skutkiem sztywnych regulacji małżeńskich jest spadek liczby zawieranych związków. Mężczyźni, którzy nie chcą wchodzić w trwały związek, nie zawierają małżeństw w ogóle i żyją w związkach całkowicie nieformalnych. Jak sam dr Flis stwierdza, coraz więcej małżeństw zawierają kobiety z mężczyznami o niższym statusie.

Kto w takiej sytuacji ponosi główny koszt małżeństwa? Wydaje mi się, że kobieta i to dla niej bardziej korzystny byłby luźny związek. W obu segmentach małżeńskiego rynku luźne związki mogą poprawić sytuację kobiet. Zmniejszają obciążenie kobiety obowiązkami wobec słabo wykształconego mężczyzny, a z drugiej strony zwiększają szanse na uzyskanie jakichkolwiek zobowiązań od mężczyzn nie chcących związków małżeńskich. Uwolnienie nadzoru państwa nad życiem ludzi zwiększa ich inicjatywę i poprawia ich sytuację w dłuższym okresie czasu, bo zaczynają sami dbać o swoje interesy, zamiast liczyć na iluzoryczną ochronę państwa.

4. Dr Flis porównuje związki partnerskie do przedsiębiorstw państwowych, które się nie sprawdziły. Moim zdaniem bardziej podobne do przedsiębiorstwa państwowego jest małżeństwo, bo występuje w nim wspólnota majątkowa, a ta z kolei prowadzi do centralnego sterowania, tj. kierowania rodziną przez jedną osobę, przeważnie jest to mężczyzna, który rozporządza majątkiem i zarobkami swojej żony zupełnie się z nią nie licząc. Czy takie rozwiązanie jest efektywne? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie i wydaje mi się, że lepiej by było, gdyby kierownik rodziny musiał liczyć się z partnerem na poziomie bieżącego zarządzania majątkiem. W przeciwnym wypadku kobieta często godzi się na lekceważenie jej zamiarów i planów, dla zachowania małżeństwa, a potem i tak dochodzi do rozwodu na życzenie męża. Czy nie lepiej byłoby dla kobiety, żeby dążyła do innego sposobu zabezpieczenia przyszłości niż tylko przez umowę, która może się okazać niewiele warta?

5. Dr Flis twierdzi, że od czasu, gdy kobiety zaczęły pracować, zwiększyły się nierówności społeczne, gdyż kobiety przestały się angażować w inicjatywy społeczne (działalność charytatywna?). Nie jestem przekonany, czy od czasów sprzed I wojny nierówności rzeczywiście wzrosły. Poza tym mogą istnieć zupełnie inne ich przyczyny. Np. interwencja państwa polegająca na produkcji pieniądza i jego wstrzykiwania w gospodarkę dla obniżenia kosztów kredytów i tzw. pobudzenia gospodarki wcale gospodarki nie pobudza (tylko prowadzi do niedoboru kapitału), ale za to pobudza nierówności w wyniku nierównego dostępu do państwowych dotacji. Zarabiają ci, którzy otrzymują pieniądze jako pierwsi (banki i korporacje), tracą osoby mające oszczędności lub stałe nominalne dochody (pracownicy etatowi, emeryci). Taki jest skutek interwencji państwowej w działalność gospodarczą dla pobudzenia wzrostu i zwalczenia kryzysu.

6. Następnie dr Flis straszy nas "depenalizacją bigamii" i islamem. Nie znam się na islamie ani bigamii. Nie widzę jednak powodu, żeby wsadzać bigamistów do więzienia. Więzienia nie są dobrym środkiem wychowawczym i powinny być zarezerwowane dla najgroźniejszych przestępców. Co nie znaczy, że bigamia ma być legalna. Prawo karne i cywilne powinny być rozpatrywane oddzielnie.

7. Odnośnie związków większej ilości osób - nie mam zdania.

8. Nie widzę żadnej sprzeczności w przyznaniu parom homoseksualnym praw podobnych do par heteroseksualnych. Nie widzę też powodu, żeby kogoś zniechęcać od zawierania tego typu związku. Nie widzę żadnej radykalnej zmiany. Nie widzę, żeby komukolwiek zabraniano przekazywania swojego systemu wartości. Nie będzie obowiązków zawierania luźnych związków. Czy to jest taka wielka zmiana, gdy można odziedziczyć po partnerze majątek, albo dowiedzieć się na co jest chory? Krzysztof Mazur

Flis. Siła stereotypu

Jestem zdumiona sposobem rozumowania Jarosława Flisa. O jakim osłabieniu pozycji kobiety względem mężczyzny można mówić? Argument, który brzmiałby przekonująco w XIX wieku, dziś, i to w obliczu danych przytoczonych przez samego autora, zdumiewa.

Zdumiewająca jest bowiem siła stereotypu wobec faktów, które w oczywisty sposób go obalają. Flis z jednej strony przyznaje, że to aktywność ekonomiczna kobiet podważyła ekonomiczne podstawy małżeństwa, aby zaraz zauważyć jakoby związek nadal był niesymetrycznie zagrożony nietrwałością.

Flis powołuje się na informację, jakoby "rozwód zdecydowanie częściej był przeprowadzany przez mężczyzn powodowanych kryzysem "wieku średniego". Jest to oczywista nieprawda i rażąca niekompetencja, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto zajmuje się socjologią.

Nawet jeśli Flis obraca się w kręgu ludzi mających "zwyczaj" wymieniać żony na "nowszy model" (czego nie insynuuję, po prostu staram się zrozumieć dlaczego tak bardzo mija się z prawdą), to jako socjolog, powinien zajrzeć choćby do aktualnych danych GUS (dostępnych w internecie), aby dowiedzieć się, że niemal do 68 proc. rozwodów dochodzi z inicjatywy kobiet!

Obala to oczywiście główną myśl artykułu, który przedstawia związki partnerskie jako cyniczną instytucję, której celem jest oszukanie biednych, głupich kobietek, oczekujących zdaniem pana Flisa, materialnego wsparcia od mężczyzn i dla których małżeństwo jest nadal "interesem życia".

Dane mówiące o tym, że obecnie kobiety coraz częściej wychodzą za mąż za mężczyzn o niższym od nich statusie społecznym (i pewnie młodszych, o zgrozo!) interpretuje jako dowód na "brak wyboru" (!), bo jasnym jest dla niego, że każda kobieta, gdyby tylko mogła, szukałaby w mężczyźnie materialnego zabezpieczenia.

Nie przychodzi mu do głowy, że obecnie samodzielne i zarabiające na siebie kobiety po raz pierwszy w historii po prostu NIE MUSZĄ szukać w mężczyźnie opiekuna i filaru, ale po prostu partnera i towarzysza życia.
Agnieszka Kuc, zwolenniczka związków partnerskich

Powszechne dobro ważniejsze od indywidualnego szczęścia

Dziękuję za opublikowanie tekstu dr. Jarosława Flisa na temat tzw. "związków partnerskich". Uważam wszystkie jego argumenty za logicznie i rzeczowo uzasadnione i wyrażam swe pełne poparcie.

Dodatkową zaletą tego tekstu są wyraźne rozróżnienia między pojęciami: prawo, uprawnienie, przywilej, często niezrozumiałe i mieszane w powszechnej świadomości, a także w wypowiedziach doświadczonych publicystów i polityków (pytanie na ile świadomie?). Istotne jest również wskazanie na konieczny związek uzyskanych uprawnień z wiążącymi się z nimi zobowiązaniami, co również jest bardzo często pomijane (czyżby świadomie?).

Rozróżnianie tych pojęć jest obecnie szczególnie ważne w związku z dyskusjami na temat wolności słowa, zgromadzeń, ekspresji itp.

Na zakończenie chciałbym się podzielić moim poglądem na temat "prawa do szczęścia". To hasło jest ostatnio często powtarzane w wypowiedziach dotyczących zagadnień obyczajowych, także często wypowiada je poseł Ryszard Kalisz. Uważam, że każdy ma prawo do indywidualnego szczęścia i państwo nie może mu go (tego prawa) odbierać. Ponieważ jednak państwo ma stanowić powszechne obowiązujące prawo, musi kierować się troską o powszechne dobro, co może często stać w konflikcie z indywidualnym szczęściem jednostki. Edward Kudrewicz

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.