Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Tym z nowotworami złośliwymi spokój i pewność leczenia są niezbędne do życia jak powietrze. Ich życie właśnie od tego zależy. Od tego, czy będą mieć dokąd wracać na kolejne etapy leczenia raka. Każdy wie, że nowotwór jest piętnem do końca życia. Często towarzyszy mu strach nie do opisania, samych chorych i ich rodzin.

Jestem córką pacjenta tej właśnie kliniki (nowotwory jelita grubego). Dziś mój ojciec przeszedł kolejną operację na jelicie grubym. Hemikolektomia prawostronna, dla laików - oszczędzające wycięcie części jelita z nowotworem, bez wytworzenia stomii - odbytu na powłokach brzusznych.

Do tego trzeba mistrzowskich rąk, wielu lat praktyki. Takie dłonie ma w swoim posiadaniu klinika nowotworów jelita grubego w warszawskim CO. Nie odbiega od światowych standardów.

Ale do rzeczy.

Dziś usłyszałam, z pierwszych ust - od lekarza operującego mojego ojca, że dyrekcja podjęła decyzję o "likwidacji 7 piętra". 7 piętro to w Centrum Onkologii siedziba kliniki nowotworów jelita grubego. Lekarze z dnia na dzień dowiedzieli się od dyrekcji i rady naukowej, że są niepotrzebni. Nie jestem w stanie opisać złości i rozgoryczenia personelu oddziału.

Nie znam przesłanek tej decyzji. Nie znają jej też zainteresowani, choć różne - mało krzepiące - plotki oczywiście słychać. Nie ma co do nich pewności, więc nie będę ich przytaczać.

O wielu nadużyciach w różnych klinikach CO było słychać w mediach od dawna, temat cyklicznie wracał, jakiś czas temu w niesławie i z zarzutami prokuratorskimi odszedł szef kliniki nowotworów układu pokarmowego.

Nikt mnie jednak nie przekona, że wylewanie dziecka z kąpielą to dobry pomysł na reformę Centrum Onkologii, czy polskiej onkologii w ogóle.

Zapytałam lekarza prowadzącego mojego ojca - to co teraz będzie, panie doktorze? Cóż, droga pani, nie będzie już naszych artystycznych wyczynów przy stołach operacyjnych, będzie zwykła chirurgia w tzw. szpitalach rejonowych. Co to w praktyce oznacza - o tym napiszę na sam koniec.

Następujące wiem na pewno: Dane za 2010 rok, pochodzące z samego Centrum Onkologii (sic!) mówią o drastycznym, wzroście zachorowań na nowotwory układu pokarmowego. Ponosimy koszty cywilizacyjne szybkiego i niechlujnego życia. Plus słaba profilaktyka. Dotychczas nowotwory tego typu zbierały głównie żniwo męskie, od niedawna rak jelita grubego jest trzecim nowotworowym zabójcą kobiet.

Podmiotowo, z szacunkiem, z wszelką możliwą informacją na temat choroby i rokowań

Od samego początku, od września 2011 roku, kiedy mój ojciec pierwszy raz postawił nogę w przychodni kliniki nowotworów układu pokarmowego, traktowany był WZOROWO. Wzorowo oznacza: podmiotowo, z szacunkiem, z wszelką możliwą informacją na temat choroby i rokowań.

Zlecono badania, w listopadzie 2011 zoperowano nowotwór pierwotny (dziś przerzut w górnej części jelita). Wykonano zespolenie w obrębie odbytnicy, zaoszczędzono ojcu stomii. Na każdym etapie leczenia otrzymywaliśmy wyczerpujące informacje. O ile tylko lekarz był na oddziale, nie zamykał się przed pacjentami w gabinecie, zawsze można było zapukać; i znów: wyczerpujące odpowiedzi, uśmiech, otucha, kulltura. Kompetencja.

WSZYSTKO to, a nawet więcej (o fantastycznych pielęgniarkach można by długo pisać, należy im się spory pomnik), mój ojciec otrzymał "po prostu". Nie był protegowanym żadnego profesora, nie był umieszczany na liście operacyjnej "po znajomości", nie leczył się wcześniej prywatnie u lekarza praktykującego w Centrum Onkologii. Na żadnym etapie nie spotkaliśmy się nawet z cieniem sugestii, że potrzebna jest koperta, wypasione pióro wieczne czy koniak. Sami też - jako rodzina - nie wychodziliśmy z takimi inicjatywami. Niektórzy w to nie wierzą; ale my naprawdę przyszliśmy "z ulicy" i spotkaliśmy się wyłącznie z profesjonalizmem. Nie byliśmy wyjątkiem; gdy ojciec już "zadomowił się" na oddziale, słyszał od pacjentów podobne historie, syntetycznie ujmując - "nie mógł pan lepiej trafić".

Nie jestem oczywiście specjalistką od zarządzania służbą zdrowia. Wiem, że niemal w każdej publicznym szpitalnym ZOZie są nieprawidłowości, długi, nadużycia, koterie, interesiki, rzeczy słabe i małe. Nikt nie zaprzecza potrzebie reformy, jest konieczna tak samo, jak nadzieja chorym na nowotwory. Dlaczego jednak odbywa się ta para-reforma tak nieludzko, drastycznie, wreszcie - tak kompletnie wbrew statystyce zachorowań?!

Widzę nadzieję tak intensywną, że można ją kroić nożem

Nie jestem specjalistką, jestem kimś więcej - jestem codziennym praktykiem, od wielu miesięcy obserwuję proces leczenia mojego ojca. Znam na pamięć korytarze Centrum Onkologii, menu bufetowe, serdecznie witam się z pielęgniarkami. Znam dobrze lekarzy. Widzę pacjentów, nie statystykę, choć ona mówi, że jest ich coraz więcej. Widzę nadzieję tak intensywną, że można ją kroić nożem.

By wszystko to zrozumieć, być może trzeba Centrum Onkologii poczuć na własnej skórze, poczuć strach o siebie, o bliską osobę. To miejsce specyficzne, mocne, wrasta w trzewia. W pierwszym kontakcie szokuje, zwłaszcza nieprzebrane tłumy tzw. pacjentów pierwszorazowych - przed nimi gehenna pierwszych wizyt, badań, diagnoz, oswajanie strachu. TŁUM, gęsty tłum chorych w korytarzach gabinetów klinik narządowych. Słynny gabinet 39 (kliniki nowotworów układu pokarmowego - jelita grubego), tam pacjentów z roku na rok przybywa, nie ma gdzie dostawiać foteli.

Czy dyrekcja kiedyś była w tym korytarzu, pod gabinetem 39? Czy miała tam swoich bliskich? Czy widziała tłum chorych, z całej Polski? Czy czuła gęste jak kisiel powietrze, przesiąknięte strachem? Chciałabym, by szanowna dyrekcja pojawiła się na 7 piętrze i powiedziała, co oferuje pacjentom po zamknięciu kliniki nowotworów jelita grubego, w sytuacji galopującego wzrostu liczby chorych z tego rodzaju rakiem.

Nie będzie takiej szansy na (prze)życie i wyleczenie, jaka jest u nas

Tu wracam do tematu "co dalej?", co oznacza likwidacja "7 piętra". Pytam lekarza mojego ojca. Otóż oznacza ona przeniesienie leczenia nowotworów jelita grubego do innych szpitali. Wejdźmy głębiej: chirurg np. w warszawskim Szpitalu Bielańskim robi rocznie 2-3 operacje onkologiczne na jelicie grubym, przeważnie wyłania stomie, bo więcej (obiektywnie, z całym szacunkiem, nie umie). Lekarz, który operował mojego ojca, dość młody jeszcze, ma na swoim koncie 1500 (tak, TYSIĄC PIĘĆSET!) operacji onkologicznych na jelicie grubym, często skomplikowanych, oszczędzających, wymagających ogromnej wiedzy i precyzji. Jego ręce są na wagę złota.

Idźmy najgłębiej jak się da... Mówi lekarz mojego ojca: nie będzie takiej szansy na (prze)życie i wyleczenie, jaka jest u nas.

By zabrzmiało dobitniej: dynamika wzrostu zachorowań na raka jelita grubego w Polsce jest najwyższa w Europie. Wg opracowania prof. Zatońskiego (tak, pod egidą Centum Onkologii!) z 2009 roku, cyt. "liczba zachorowań na nowotwory jelita grubego w Polsce w 2025 roku została oszacowana na 15 500 u mężczyzn, 9100 u kobiet (2006 rok analogicznie: 7664 i 6234). (.) W ciągu najbliższych dwóch dekad liczba zgonów spowodowana rakiem jelita grubego u mężczyzn najprawdopodobniej podwoi się, a u kobiet wzrośnie o ok. 1/3."

Gdzie jest tutaj sens, skąd pomysł likwidacji oddziału nowotworów jelita grubego?! Dokąd mają teraz "pielgrzymować" tysiące chorych z rakiem jelita grubego? Przede wszystkim - gdzie będą równie kompetentni lekarze?

Gdzie jest w tym wszystkim ministerstwo zdrowia?

Czy znowu trzeba zadymy medialnej, jak niedawno z brakiem chemioterapeutyków dla chorych na raka?

Bardzo proszę redakcję o publikację mojego listu. Tylko nagłośnienie sprawy przez chorych i ich rodziny może coś zmienić. Mamy nadzieję - jak chorzy na raka, jak ich rodziny.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.