Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ukraina jest dla:

- amatorów swobodnych przestrzeni, dali po horyzont, dzikiej przyrody.

- sentymentalnych, popadających czasem w melancholię, potrafiących przysiąść na przydrożnym kamieniu i cieszyć się niespiesznym rytmem życia.

- tych, co lubią i potrafią zrozumieć drugiego człowieka.

- starych (odnajdą tam swój raj utracony) i młodych (zrozumieją, o czym Ci pierwsi zawsze ględzili).

- cierpliwych, odpornych na trudy dnia codziennego, obdarzonych dobrym refleksem i dużym poczuciem humoru, który często bywa pomocny.

- lubiących peryferyjne klimaty serwowane przez wydawnictwo ,,Czarne".

Nie dla:

- dla statystycznego obywatela Europy, ceniącego wygody, punktualność, ciepłą wodę, piękne zapachy i sielską zachodnią stabilizację.

A więc po swobodę...

Czym tam się dostać?

- samolotem: Najpewniej, najszybciej, najbezpieczniej. Nawet mimo znacznej części naszej społeczności, alergicznie reagującej na hasła - wschód, samolot, lądowanie. Jak to filozoficznie podsumował Grek Zorba ,,Mistrzu, widziałeś kiedyś taką piękną katastrofę?"

- autobusem: Ale... Niekoniecznie ukraińskim. Naród swoją mentalność i frustrację przenosi na drogi. Szofer nasz pan i władca. Przyzwyczajony do ekstremalnych tras i dróg, narzuca swoje obyczaje pasażerom. Sam pali, pije kawę, nie sika, nie s..a, no i pozostałym też nie pozwala. Miejscowi, wychowani w karności i poczuciu szacunku dla każdej władzy, z godną podziwu cierpliwością znoszą wszelkie upokorzenia. Bez najmniejszego słowa sprzeciwu. I tutaj dostrzegamy fundamentalną różnicę między naszymi nacjami. Polak w takich warunkach, rozpętałby już niechybnie 4 wojnę światową. Pokora, jeszcze raz pokora, a jeżeli już jakiś protest, to bardzo cichy i dyskretny.

- marszrutką (busiki, przeróżnej maści i konduity): Opoka ukraińskiego transportu. Tylko dla prawdziwych twardzieli. Ale już serio, dla chcących poznać kraj i ludzi, opcja idealna.

- samochodem: Wersja trudna do jednoznacznego zdefiniowania. Dla mnie, pomimo licznych niespodzianek, godna polecenia. Nie na darmo auto daje poczucie wolności. A tego towaru tam akurat nie za wiele.

Problemy to oznakowanie (mało czytelne). Długo musieli nad nim myśleć. Normalny człowiek w życiu by na taki koncept nie wpadł. Nieznający cyrylicy - umarł w butach. No i oczywiście D.A.I. (mienty), czyli po naszemu - drogówka. Jedyny w swoim rodzaju podgatunek sowieckiej rasy. Najbardziej lubię ten ich stateczny krok, lotniskowiec na wystrzyżonej pale i ten triumfujący wyraz twarzy. Mamy cię bratku! Powód do wyciągnięcia paru groszy zawsze się znajdzie. W tej materii, ich pomysłowość zawsze budzi mój szczery podziw. A gdzie, dokąd, do kogo, na co, po co... No i delikwent ugotowany. A jak by się jeszcze opierał, to załatwią sprawę wyciągniętym z kapelusza przepisem. Takij zakon(prawo)! Takie życie - westchną współczująco. Oczywiście, wszystko w ukraińskim bądź rosyjskim języku. Przekonanie o znajomości owych języków wśród obcokrajowców jest dla miejscowych tak oczywiste jak pomnik Lenina na centralnym placu. No jak to - przyjechałeś na Ukrainę i nie znasz miejscowego języka, ani nawet cyrylicy? ... Dziwne.

- pociągiem: Trafny wybór. Dla Polaków, zaprawionych w bojach z PKP, po prostu sielanka i idylla. I piwko spokojnie można wypić, i coś przekąsić na peronie, i uzupełnić juki na dalszą drogę, czym kto tam lubi... Nie zadzierać z obsługą! Przyjąć spolegliwy wyraz twarzy i wszystko będzie super. Zachować czujność toaletową. Przed, podczas i ciut po postoju wszystko pozamykane. Sprawdzić czas postoju, a najprościej trzymać się blisko Pani Wagonowej. Ona jak kwoka, wszystkich zagania, dyryguje, zakazuje, nakazuje i jak trzeba - solidnie opieprzy.

Wybierający się w dalszą trasę, będą mieli okazję zapoznać się z osławioną, wschodnią gościnnością. Chociaż akurat Ukraińcy są bardziej wstrzemięźliwi w jej okazywaniu od Rosjan. Odmawianie poczęstunku, a tym bardziej stakańczika, silnie niewskazane! Może spotkać się z dużym niezrozumieniem. No, co Ty - chory jesteś - albo, co gorsza - może Ty piederast? Opowieści, o możliwościach spożywania mocnych trunków przez ludzi Wschodu, w 100 proc. potwierdzone! Pomaga -czasami - chwilowa amnezja lingwistyczna. Ich weiss nicht - mawiał Hucuł w Dezerterach.

Granica. Osobny rozdział.

W sposób genialny i niepowtarzalny opisał to zjawisko R. Kapuściński. Dekady lat minęły, a clou programu ciągle niezmienne. Pogranicznicy, tamożnicy (celnicy) to homo-sovieticus w najczystszej postaci.

I nic Ci człowieku nie pomoże, ani nic przed nimi nie obroni. Ni poczucie humoru, sarkazm ani ironia. Wręcz mogą pogorszyć sytuację. Jak każda zwierzchność, panicznie boi się ośmieszenia.

Tylko stoicki spokój. Podróżującym 4-kółkami zalecam ścisłą dietę - dzień przed i dzień po zabiegu. A silnie nerwowym, przyda się pakiet pampersów lub własny nocnik. I nie jest to bynajmniej złośliwość z mojej strony, tylko wieloletnie doświadczenie. WC to rarytas. Twardym trzeba być. Nauczali wielcy przywódcy: Wołodia, Felek, Koba, Ławrientij i inni. Wschód to też inny zapach.

Kiedyś z zamkniętymi oczyma rozpoznawałem i żegnałem się z nim. Ostatecznie zamykałem go po powrocie w automatycznej pralce. Teraz jest trochę lepiej. Spróbuj człowieku otworzyć okno w środkach ukraińskiej lokomocji! Przeważnie zabite na amen, gwoździami. Konserwatywny ludek, silnie nie lubi przeciągów. A ukraińskie toalety! Symfonia doznań!

Gdzie otwieranie drzwi (o ile są) przypomina pracę sapera. Prawdziwa puszka Pandory. Nigdy człowieku nie wiesz, co cię może spotkać! A spotkać cię może wiele... Dominuje model turecki, czyli dziura i coś pod nogi, ze 2 cegły na przykład. Pozycja przyjęta - Franz Klammer na stoku w Kitzbuhel - potocznie zwana kangurem. Zawsze pamiętaj podróżniku o bumadze...

Kiedyś moja córka dostała od Babuszki książkę na drogę. Już na miejscu, silnie przerzedzone stronice uświadomiły jej cel przeznaczenia! A i moje zdziwienie było niemałe, jak wyczytałem, iż była to ,,Historia Literatury Ukraińskiej"... Czasami, dyskretnie w kącie, stoi oparta miotełka. Długo dumałem nad jej przeznaczeniem. Dopiero słusznej postury kolega odkrył jej status. Po wyjściu, szczerząc zęby, rzekł. Widzisz pan - dziurka jest mała, no i zdarza się nie pocelować. A wtedy miejscowy savoir-vivre nakazuje pozamiatać. Acha...! No, w razie draki, pozostaje jeszcze wariant syberyjski. Wysyła żona męża po sedes do sklepu. Łazi chłopina, tu nie ma, tam nie ma. Nagle w ostatnim sklepie - jest. Ale tylko model syberyjski - oznajmia sprzedawca. Dobra - dawaj, jaki jest - odpowiada szczęśliwiec. I porwawszy silnie długi a wąski karton, pognał do domu. Pełen dumy, otwiera - a tu dwa kije.

O cholera! Ale jest instrukcja. A tam napisane: wziąć jeden kij, wbić w ziemię, powiesić kufajkę, po czym wziąć drugi i oganiać się od wilków!

Ukraińcy, mający państwowość młodą, uwielbiają wbijać się w dumę narodową

Powszechna jest jazda samochodem przystrojonym w barwy narodowe. Z wielką pompą obchodzi się wszystkie rocznice, szczególnie te będące spadkiem po starym systemie. Portrety Lenina, Stalina z okazji Dnia Pabiedy nie są niczym niezwykłym.

Cóż, zdecydowanie odradzam wszelkie próby dyskusji na temat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i będącego jej konsekwencją naszego, polskiego ,,wyzwolenia". Dla naszych wschodnich braci wojna to lata 1941-1945.

Tylko dawno, dawno temu, puszczały mi nerwy i dyskretnie sugerowałem, że 17-go września 1939 to chyba napadli na nas Papuasi z Eskimosami. Szybko dałem sobie spokój. W potocznej świadomości i tak pozostaniemy zdrajcami Słowiańszczyzny, tymi, którzy sprzedali się Zachodowi.

Oprowadzający wycieczki podkreślają - eto my zdiełali! Nic dziwnego, że kiedy dotyczy to zabytków np. Lwowa, Kamieńca Podolskiego czy odesskiej architektury, wzbudza nasze poważne wątpliwości. Zapewne Niemcy, wizytujący, powiedzmy, Wrocław, mają podobne odczucia.

Panorama Kijowa oglądanego z perspektywy 16-piętrowego wieżowca. Za Dnieprem rozpościera się Wschód. Równina bez końca. I setki koszmarnych blokowisk zatopionych w lesie. To też my zbudowaliśmy! Podobnie jak i tysiące przykładów innej koszmarnej architektury. Nieodparcie nasuwa się refleksja - zbudowaliśmy, tylko, po co? Już lepiej byłoby nic nie zrobić! Praktycznie należałoby wszystko zburzyć i rozpocząć od nowa. Wszelkie próby przekształcenia, uczłowieczenia tych szkaradzieństw, są skazane z góry na niepowodzenie. Za każdym pobytem, dopada mnie to samo dojmujące uczucie. Tyle ludzkiego zaprzepaszczonego trudu, tyle zmarnowanego wysiłku wielu pokoleń.

A przecież mogłoby być tak pięknie! Ta ziemia oferuje wszystko. Mogłaby wyżywić pół świata. A zamiast tego tylko smutek ukraińskiej głubinki. I nostalgiczne pejzaże z jedną krówką w tle, stadami gęsi i biednym konikiem zaprzęgniętym do furmanki. I gdzieś tam po drodze, bazar, z tysiącami babuszek, usiłującymi sprzedać kilka pęczków pietruszki...

Z drugiej strony, uprawy po horyzont. Kukurydza, słoneczniki, rzepak i co tam chcesz. Wszystko zadbane, dorodne. Tylko, kto czerpie z tego dochód? Bo na pewno nie pokołchoźniana ludność, której podstawę egzystencji dalej stanowi przydomowy ogródek i pasek ziemi wzdłuż drogi. Gdzie nieodmiennie od lat, każdy pojedynczo wypasa swoją krówkę. Jeszcze tylko posadzimy i wykopiemy kartoszki i będziemy żyć.

Bukowińskich przyjaciel, Dziadek Misza powtarza:

"Nam potrzeba takiego Wałęsy, takiej Solidarności".

A ja nieodmiennie odpowiadam, że On nie był sam, że nas było z 10 milionów... A nie kilku protestujących w Mińsku, Moskwie czy na Majdanie. Wieki samodzierżawia, terroru, strachu zrobiły swoje. I My, Polacy, też mamy w tym swój udział. Tym bardziej powinniśmy próbować im pomóc. No i jeszcze te przestrzenie. Nie na ludzką miarę, nie do ogarnięcia, zabierające całą energię. Próba ich pokonania, powoduje, że na więcej nie starcza już sił. Więc lepiej napijmy się, po co się szarpać...

Krajobrazy wielkich miast też nie nastrajają optymizmem. Straszne dysproporcje. Kapiące bogactwo pod postacią drogich aut, sklepów, knajp, a po drugiej stronie tysiące ludzi z wózkami, przeszukujących śmietniki, zamiatających ulice, przeganiających liście z miejsca na miejsce. Usiłujących coś sprzedać, wyżebrać w metrze.

A tam, niestety, wszyscy stoją lub siedzą źli, z zaciśniętymi zębami, skupieni na walce o kolejny dzień. Każda próba uśmiechu napotyka na kontrreakcję. A Tobie, co tak wesoło? Widzisz tutaj coś do śmiechu? Nie, ja tylko... z uśmiechem łatwiej żyć. Tak jak i ze słowem, przepraszam, dziękuję... Prowincjusze przyjeżdżający do Kijowa, czują się oszołomieni wielkomiejskim światem. Robią pamiątkowe zdjęcia w dziwnych miejscach. Ale zarazem przebija z nich duma ze stolicy, z potęgi i wielkości Ukrainy. No i ten swoisty wdzięk młodych dziewczyn, ich szyk i czar, z wyzywającym ubiorem. Pięknych kobiet to na pewno dobry Pan Bóg im nie poskąpił. Klęska urodzaju.

Widać wszechobecny kryzys (ktoś gwizdnął nawet metalowego Behemota z domu Bułhakowa - życie krótkie a pić się chce). Moja ulubiona kijowska ulica -Andriivskiji spusk - straszy powyrywanym brukiem. A tylko tam można było poczuć smak dawnego Kijowa - no może jeszcze na kasztanowych skarpach nad Dnieprem. Kryzys Ukraińcy przypisują donieckiemu desantowi. I mają w tym sporo racji. Tylko, że sami go przecież wybrali. Obwiniają go za wszystkie swoje niepowodzenia. A przede wszystkim za zduszenie klasy średniej, korupcję, stagnację i nepotyzm.

Ale - jeszcze dyszym - jak mawiają Ukraińcy. I jest w tym stwierdzeniu cała prawda o nich. Ludzi tak życzliwych, gościnnych, ujmujących swą prostotą ludzkiej egzystencji, trudno spotkać we współczesnej Europie. I jeżeli napisałem coś o nich krytycznego, to na pewno nie po to, by ich urazić. Jak łatwo dostrzec źdźbło w oku bliźniego! Nigdy z ich strony nie spotkało mnie nic złego. Wręcz odwrotnie. Do tego wszystkiego, dochodzi jeszcze duża dawka sympatii dla Polski i Polaków - tak często przez nas nieodwzajemnionej.

A więc, jedziemy?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.