Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Scholastyka to raczej domena Kościoła. Wywód Petera "Apostazja. Wykreślenie z ksiąg parafialnych, to nie ich fałszowanie" jest nieznośnie scholastyczny i koncentruje się na formie, zapominając o treści.

Wynika z niego, że apostata (dodam dla jasności, że nim od niedawna jestem) powinien mieć prawo domagania się "zatarcia" śladów chrztu, przez który, chciał nie chciał, został włączony do wspólnoty wiernych KK.

Po cóż jednak zacierać? Jest sens i logika w zacieraniu skazania za wykroczenie lub czyn przestępczy. Kara została wykonana, skazany ma otrzymać szansę powrotu do normalnego życia. Dostępność informacji o skazaniu byłaby dodatkową karą, bo - jak wiadomo - niechętnie zatrudnia się skazanych, są też inne konsekwencje.

Ale czy chrzest, z punktu widzenia wszystkich stron: rodziców, dziecka i Kościoła, jest aktem przestępczym? Czy trzeba się tego wstydzić, że się zostało ochrzczonym?

Nawet jeżeli wewnętrzne zasady Kościoła, zwane prawem kanonicznym, stanowią, że ochrzczony jest na całe życie niezależnie od swojej woli katolikiem, to przecież ma to skutek tylko dla Kościoła.

Akt apostazji połączony z wymazaniem z ksiąg parafialnych aktu chrztu byłby bez sensu. Jak mógłbym dowieść, że jestem apostatą, gdyby chrzest zniknął z akt kościelnych?

A jakie byłoby znaczenie odpisu aktu chrztu z adnotacją o apostazji, gdyby nie było odpowiadającego mu zapisu w księgach parafialnych? Może jest to odrobinę paradoksalne, ale kto świadomie zostaje apostatą, powinien być wręcz zainteresowany tym, aby taki zapis (oczywiście kompletny: akt chrztu i adnotacja o apostazji) istniał po wsze czasy w księgach parafialnych.

Tylko wtedy może udowodnić (gdyby miał taką potrzebę), że jest apostatą. W przeciwnym razie mógłby tylko twierdzić (niezgodnie z prawdą a przecież chyba nie o to mu chodzi), że nigdy nie miał nic do czynienia z Kościołem, a przecież bez trudu znajdą się świadkowie, którzy w zgodzie z prawdą zaświadczą, że miał. Jeżeli nie miał, to nie było też apostazji.

A jeżeli ktoś dokonuje takiego aktu, który wymaga pewnej dozy odwagi cywilnej, to raczej powód do dumy a nie do wstydu. Zostawmy więc scholastykę Kościołowi - instytucji średniowiecznej, która świadomie trwa w średniowiecznych standardach - a jeżeli chcemy naszą apostazję wykorzystać do celów publicznych (np. wywiesić ją na jakichś drzwiach), to trzymajmy się faktów: był chrzest, teraz jest apostazja.

Pierwsze może istnieć bez drugiego, drugie bez pierwszego nie. I nie ma znaczenia nasza kwalifikacja dokumentów Kościoła w rozumieniu prawa o archiwach, obowiązujących zasadach ochrony danych osobowych i tak dalej.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.