Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Nie zgadzam się z opinią czytelnika opublikowaną pod tytułem: "Apostazja? OK. Fałszowanie ksiąg parafialnych? Nie ma zgody".

Mamy XXI wiek. Polska jest nowoczesnym, demokratycznym, wolnym i niezawisłym państwem, które dysponuje całym niezbędnym aparatem administracyjnym do wytworzenia, przechowywania i aktualizacji wszelkich możliwych dokumentów i zapisów związanych z życiem obywateli od chwili narodzin (a nawet stwierdzających stan przed tym momentem, na przykład identyfikując rodziców i wiążące ich związki formalne), aż do śmierci i później, o ile ma to wpływ na innych, żyjących ludzi czy instytucje.

Zaletą systemu państwowego jest to, że wszystkich traktuje jednakowo, nakładając identyczne obowiązki i prawa. Jednocześnie, na skutek demokratycznego nadzoru nad tworzonym prawem, państwo jest gwarantem przestrzegania standardów zbierania, przetwarzania i przechowywania owych danych, stosując w razie potrzeby aparat przymusu do wyegzekwowania tych standardów i ochrony tzw. danych wrażliwych.

Kościół nie jest instytucją demokratycznego państwa, funkcjonuje w nim, ale jest od niego prawnie oddzielony. Zatem twierdzenie, że kościelne archiwa są równoważne dokumentom państwowym, jest niepoważne - nie mogą być im równoważne, bo po pierwsze nie dotyczą WSZYSTKICH obywateli w równym stopniu (dziecko urodzone w rodzinie ateistycznej i podzielające poglądy rodziców w późniejszym życiu NIGDY się w nich nie znajdzie - a przynajmniej nie powinno się tam znaleźć), po drugie zaś nie ma ustanowionych standardów kontroli nad gromadzonymi w nich danymi, więc nie są one godne zaufania zarówno formalnie, jak i historycznie.

Mówiąc inaczej - wiem, że zapisanie nieprawdziwych danych w dokumencie administracji państwowej jest naruszeniem prawa ściganym przez organa owego państwa oraz, że na mocy prawa wszystkie niezbędne dane zapisane tam zostały.

Tego samego NIJAK nie da się powiedzieć o archiwach kościelnych, więc dla odtwarzania danych historycznych zapisy w archiwach państwowych są o wiele "pewniejsze" i bardziej przydatne. Zasadniczo inaczej te kwestie wyglądały w międzywojniu i w czasach zaborów, ale tamta rzeczywistość nijak się ma do nowoczesnego państwa ery informatycznej.

Polska nie jest państwem wyznaniowym

To jednak nie wszystko. Polska jest także na mocy konstytucji państwem świeckim. Kościoły i związki wyznaniowe cieszą się pewnymi przywilejami, włącznie z autonomią, ale z punktu widzenia obywatela NIC nie stawia ich ponad państwem ani nawet na równi z nim.

Każdy z nas najpierw jest obywatelem, potem dopiero wiernym jakiegoś kościoła. To jest wystarczająco silna przesłanka, by Janusz Palikot mógł się domagać wymazania wszelkich zapisów dotyczących swojej osoby z ksiąg parafialnych na mocy praw obywatelskich wynikających z Konstytucji.

To, że w konkordacie tę kwestię przeoczono nie świadczy o niczym poza niedoskonałością tej konkretnej umowy.

Oto mamy zasadnicze pytanie - czy wewnętrzne regulacje jakiegokolwiek kościoła i umowa między państwem a tym kościołem, w tym wypadku konkordat, zawieszają prawa obywatelskie i konstytucję, czy nie?

Czy może istnieć zapis tak osobistej i intymnej kwestii, jak światopogląd religijny i OSOBISTE decyzje z nim związane (zmiana wyznania, odejście z kościoła) przechowywany poza kontrolą demokratycznych instytucji państwa i dostępne, de facto, dla wszystkich. Bo księga parafialna NIE jest jedynie zapisem faktu odbycia chrztu - to jest zapis poglądów religijnych rodziców oraz tego, w jakich obrzędach religijnych dziecko uczestniczyło. Bo chrzest to deklaracja religijna, nawet, jeśli dokonują jej rodzice w imieniu nieświadomego dziecka.

Nie jest więc prawdą, że zapis w księdze parafialnej nie może być zmieniony, bo to oznacza SFAŁSZOWANIE dokumentu. Sfałszować dokument może proboszcz, wpisując nieprawdziwe dane, chrzest, który się nie odbył, lub błędne imię dziecka. Zamazanie wpisu niezgodnego ze stanem faktycznym (bo chrzest, według nauki samego kościoła, jest aktem religijnym a nie jedynie obrzędem, aktem, którego apostata zwyczajnie sobie nie życzył) jest czymś wręcz odwrotnym w stosunku do fałszerstwa - oznacza, że jedno z podstawowych praw gwarantowanych obywatelowi przez państwo nie jest tylko pustym frazesem, a wszelkie zgromadzone dane o konkretnej osobie są zgodne ze stanem faktycznym.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.