Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jestem mamą dwóch trzecioklasistów. Właśnie dziś moje dzieci spotkało, nie waham się użyć tego słowa, nieszczęście pod postacią przymusowego przystąpienia do OBUT-a, czyli Ogólnopolskiego Badania Umiejętności Trzecioklasisty. Jestem zbulwersowana treścią tegorocznego testu, nie mniej oburza mnie, sposób, w jaki został on skonstruowany.

Test składa się de facto z dwóch testów- matematycznego i polonistycznego. W pierwszym z nich znajdowały się między innymi zadania, z którymi spotkali się po raz pierwszy w życiu, o całe lata świetlne oddalone od tego, co znajduje się w ich podręcznikach, a więc niespójne ze sławetną "nową podstawą programową", która również domagała by się pomsty i służy jedynie zniechęcaniu dzieci do myślenia. Ale, ok., dzieci dały radę.

Całość niestety zbudowana była w sposób, który wyraźnie pokazywał, że nikomu nie chodzi o to, by sprawdzić, co dzieci umieją, co potrafią, jak myślą czy rozwiązują problemy. Nie - wszystko nakierowane było tylko na jedną rzecz, żeby wykazać dzieciom, czego nie umieją, przyłapać je na błędach, pokazać im, że nie potrafią. I to przy pomocy schematycznych, nudnych zadań. Nie wiem, co jeszcze paskudniejszego można by zaproponować dzieciom w tym wieku, żeby uznały, że szkoła jest do bani, uczyć się nie warto (bo i tak zapytają o co innego, i trzeba będzie wybierać a, b lub c, a nie przypadkiem samodzielnie myśleć). Ale test matematyczny to małe miki.

Dzieci wróciły z szkoły zaniepokojone

W części polonistycznej moje dzieci dostały zadanie mniej więcej takiej treści (cytuję z pamięci): "Jesteś uczniem szkoły, która ma zostać zlikwidowana, ponieważ jest w niej zbyt mało uczniów i kosztuje zbyt wiele pieniędzy. Napisz do wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, co o tym myślisz". Przecież to są 8, 9-letnie dzieci!!!!!

Moi synowie nie chodzą do tego rodzaju szkoły, ale test jest ogólnopolski i na pewno trafiło to też do dzieci, którym taka sytuacja się przytrafiła. Poza tym, czy naprawdę nie można przygotować dzieciom w tym wieku jakiegoś innego tematu do korespondencji z władzami?

Synowie przyszli do domu zdezorientowani i zaniepokojeni tym, że może i ich ukochaną szkołę kiedyś ktoś zamknie. Co to ma znaczyć "szkoła kosztuje zbyt wiele pieniędzy"? Czego my chcemy uczyć nasze dzieci, jaki obraz świata przekazują im autorzy tego testu?

Czy dziewięciolatki naprawdę nie mogłyby pisać o tym, dlaczego warto pomagać innym, albo dlaczego w mieście można by odnowić park dla mieszkańców? Cóż to za genialny umysł został zaprzęgnięty do sprzedawania dzieciom w całej Polsce takiej wizji świata? Czy naprawdę nie ma innych problemów, nad którymi można by pomyśleć pod koniec trzeciej klasy szkoły podstawowej?

Żeby poczuł się jak debil?

Młodszy syn ma nadpobudliwość psychoruchową, dysgrafię, dysleksję, problemy grafmotoryczne. Nie zwalniam go z tego powodu z żadnych obowiązków, zajęć. Nie usprawiedliwiam, nie zwalniam z myślenia. Wręcz przeciwnie - co dzień ma ich więcej, bo pracujemy w domu, ćwiczymy, piszemy itd. Szkoła oczywiście nie oferuje żadnej pomocy, mam naprawdę szczęście, że trafiliśmy na cudowną zaangażowaną, mądrą nauczycielkę, która go wspiera w miarę swoich możliwości.

Test pokazał wyraźnie, że nasza trzyletnia praca jest g. warta. Nikogo poza mną i wychowawczynią nie obchodzi, czego on się nauczył, jak się poprawił, ile skorzystał z lekcji. Autorów testów obchodzi, czy moje dziecko pasuje do jakiejś odczłowieczonej sztancy, która nie przystaje do rzeczywistości i jest nie wiadomo po co.

Chyba tylko po to, żeby poczuł się jak, przepraszam za wyrażenie, debil. Nie dostał więcej czasu, nie bierze się pod uwagę jego problemów (i innych dzieci z różnymi innymi kłopotami), więc na pewno nie poszło mu tak, jak mogłoby, gdyby dostał np. 10 minut więcej, lub gdyby ktoś wpadł na rewolucyjny pomysł, żeby wziąć pod uwagę, że w tym wieku dzieci też mają dysleksję i nie oznacza to, że są kretynami.

Niestety tego właśnie dowiadują się w szkole. Za każdym razem, kiedy moje dzieci stykają się z tzw. "systemem" gdzieś wyżej niż poziom wychowawczyni (a podejrzewam, że to raczej z powodu tego, że wychowawczyni jest dobrym pedagogiem i wspaniałym człowiekiem), okazuje się, że nie pasują, nie przystają, nie spełniają norm takich, siakich czy owakich.

Testy torturują dzieci

Poza tym cała ta testowania doprowadza mnie do rozpaczy. Moje dzieci pisały już trzy testy na koniec trzeciej klasy. Po co? Młodszy syn przeżywa je za każdym razem. Ponoć jest to tylko "obiektywna informacja o umiejętności dziecka" (ja podejrzewam, że jest to swoisty bat na nauczycieli i wyrafinowane narzędzie torturowania ich).

Ale skoro tak, to dlaczego w tych testach dobrze wypadają tylko te dzieci, które chodzą na drogie pozalekcyjne zajęcia lub mają to szczęście, że rodzice mają czas i ochotę pracować, bawić się czy odkrywać z nimi świat w domu. Żeby test zaliczyć na co najmniej B nie wystarczy to, co przewiduje program zajęć w szkole. Test jest więc nieuczciwy, oszukańczy wręcz, a dodatkowo zwrotnie rani dzieci, którym nie poszło.

Z drugiej strony całe trzy lata miałam wrażenie, że najważniejsze jest nie to, że się myśli, ale to, w jaki sposób stawia się literki, ile się umie wyklepać na pamięć, czy nie wyjeżdża się za linię kolorując obrazki, czy umie się dopasować do schematu. Zamiast robić różne ciekawe rzeczy traciliśmy w tym roku szkolnym tydzień w tydzień czas na rozwiązywanie testów (są głupie).

Ostatnio straszy syn, który pół roku temu zgłębiał, czy się różni kwant od kwarka, który czyta po kilka książek w miesiącu, zapytał mnie o coś, co było na lekcji. Kiedy zaczęłam mu opowiadać, powiedział mi, żebym się tak nie rozgadywała, on tylko musi wiedzieć, tyle, żeby poprawnie zaznaczyć odpowiedź a, b lub c w teście.

Z przerażeniem obserwuję jak z miesiąca na miesiąc moje ciekawe świata, twórcze dzieci coraz mniej cieszą się szkołą, coraz bardziej popadają w jakieś dziwne myślowe kalki.

Jestem naprawdę przerażona, bo czuję, że albo staną się maszynkami do rozwiązywania testów, albo - jeśli nadal będę uczyła ich myśleć samodzielnie i relatywnie - nie będą mieli w szkole żadnych sukcesów (a przecież dzieci jakichś sukcesów potrzebują). To strasznie smutne.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.