Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W "Gazecie Wyborczej" napisaliśmy o nowym sposobie oceniania egzaminu gimnazjalnego z języka polskiego. Zgodnie z nowymi zasadami jeśli błędy rzeczowe, które uczeń zrobi w rozprawce, nie zakłócają logicznego wywodu, nie mają wpływu na punktację. Można więc na przykład bezkarnie napisać, że "Romeo i Julia" to powieść. Pobłażliwość w ocenianiu egzaminu gimnazjalnego sięgnęła zenitu - zaalarmowali sprawdzający właśnie prace gimnazjalistów egzaminatorzy z Krakowa.

"Nie warto zabierać punktów uczennicy, która nie zna nazw gatunków literackich. Czy człowiek musi dziś wiedzieć, czym różni się epos od epopei (...)? Nowoczesna edukacja odchodzi od sprawdzania wiedzy na rzecz badania umiejętności, bo w XXI w. całą wiedzę mamy dosłownie pod ręką (klawiaturą)" - skomentował ich protest Piotr Pacewicz, publicysta "Gazety".

Odpowiada mu Wojciech Rzehak, wieloletni egzaminator, krakowski polonista:

Z wielką uwagą czytam artykuły redaktora Piotra Pacewicza. Zdarza się, że zaskakują one swą przenikliwością, jak choćby świetny - moim zdaniem - bo niepozostawiający nikogo obojętnym i prowokujący do merytorycznej dyskusji "Egzaminy dławią szkoły". Czasem jednak pan redaktor formułuje myśli, które budzą moją refleksję natury dość... ponurej. Tak właśnie stało się z komentarzem do ważnego tekstu pani Olgi Szpunar: Egzamin gimnazjalny: nauczyciele przymykają oko na oczywiste błędy ("Egzamin nie za surowy").

Oceniam egzaminy maturalne z języka polskiego od początku tak zwanej nowej matury. Przeczytałem tysiące prac, pisanych tak na poziomie podstawowym, jak i rozszerzonym. Ten, mający przecież dopiero osiem lat, egzamin doskonały na pewno nie jest, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Należy go zmieniać, przekształcać, czynić bardziej sensownym i racjonalnym. I to się właśnie dzieje.

Zmiany w formule egzaminu maturalnego z języka polskiego mogą pójść w różnych kierunkach. Ścierają się różne koncepcje, trwają dyskusje akademickie, padają najwymyślniejsze propozycje. Sytuacja jest o tyle trudna, że na edukacji w Polsce znają się wszyscy i wszyscy mają swoje jedynie słuszne racje. Brakuje wymiany myśli, z różnych stron padają natomiast frazesy, hasła i zaklęcia. I o tych ostatnich chciałbym napisać dwa słowa.

Najgroźniejszym z zaklęć jest, w moim przekonaniu, to wyartykułowane przez pana redaktora Pacewicza w zdaniu "Nowoczesna edukacja odchodzi od sprawdzania wiedzy na rzecz badania umiejętności...". Niby słusznie, ale w formie skrajnej - a takie stanowisko przyjmują głosiciele tego zaklęcia - rysuje się nam wybitnie niebezpieczna perspektywa. Istotą uwag egzaminatorów nie jest przecież problem nieznajomości gatunków literackich, to wygodny argument do zbicia. Chodzi o coś znacznie poważniejszego - o pytanie, które musimy sobie zadać: czy szkoła ma jeszcze przekazywać JAKĄKOLWIEK wiedzę? Z komentarza pana redaktora, powtarzającego przecież argumenty wybitnych autorytetów, wynika, że niekoniecznie.

Internauci, komentujący wypowiedź red. Pacewicza, bez trudu pokazują absurdalność odstąpienia polskiej szkoły od wymagania wiedzy. Dreszcz przerażenia budzi perspektywa bycia operowanym przez lekarza, który, mając "całą wiedzę dosłownie pod ręką (klawiaturą)", zechce w czasie operacji "wygooglać", czy operuje właśnie śledzionę, czy omyłkowo ciachnął wątrobę - bo WIEDZA, z której strony w człowieku znajduje się dany organ, nie wydawała mu się konieczna. Adwokat, sprawdzający w czasie mowy w zasobach internetu paragrafy i casusy, wyglądałby - zgodzi się pan ze mną - raczej mało profesjonalnie.

Podaję przykłady skrajne? To odwołam się do waszego redakcyjnego podwórka. Kilka tygodni temu relacja z pokazu mody damskiej w Krakowie została okraszona przez dziennikarza żartobliwym tytułem "Kobiety kobietom zgotowały ten wieczór". Jestem przekonany, że autor wykazał się UMIEJĘTNOŚCIĄ znalezienia błyskotliwej puenty, zaciekawienia czytelnika niebanalnym tytułem. Czego zabrakło? Kultury? Taktu? Moim zdaniem zabrakło WIEDZY, że dowcipnie strawestowane motto pochodzi z książki Zofii Nałkowskiej, opisującej między innymi gehennę kobiet uwięzionych, katowanych i mordowanych w obozie koncentracyjnym. Może hasło w Wikipedii okazało się tym razem za krótkie?

Dzięki fetyszystom 'umiejętności' maturę może dzisiaj mieć praktycznie każdy, a w szeroki świat ruszają całe zastępy studentów przekonanych o tym, że Marek Edelman był gestapowcem, hitlerowskim oprawcą albo kapusiem (matura 2010), że Mickiewicz w "Odzie do młodości" pisał o bitwie pod Grunwaldem (matura 2008), że Kordiana z powieści Słowackiego była żoną Męża z "Nie-Boskiej Komedii' (matura 2005)... Mnie to przeszkadza. Panu nie? To proszę sobie wyobrazić, że mówimy o przyszłych nauczycielach i wychowawcach młodzieży, którzy następnym pokoleniom przekażą już tylko UMIEJĘTNOŚCI, wiedzę wszak wszyscy będą mieli "pod ręką". Ku przestrodze,

*Wojciech Rzehak - polonista, wicedyrektor w VII Prywatnym LO i Prywatnym Gimnazjum nr 8 im. Reja w Krakowie, egzaminator maturalny z języka polskiego.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.