Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czuję się uprawniony do wzięcia udziału w dyskusji, ponieważ życie postawiło mnie kolejno po kilku stronach barykady.

Jestem doktorem fizyki teoretycznej. Byłem (i nadal jestem) nauczycielem akademickim, prowadziłem ośrodek szkoleniowy dla dużej amerykańskiej firmy programistycznej, jestem (od 1992 r.) czynnym autoryzowanym instruktorem oraz egzaminatorem w zakresie profesjonalnych systemów operacyjnych (muszę co trzy lata dawać odpowiednie egzaminy).

Przez wiele lat byłem także pracodawcą, oraz pracowałem jako "siła najemna" dla różnych firm - w tym wielkich korporacji o zasięgu światowym oraz w jednej polskiej.

Ponieważ przez dłuższy czas byłem zarówno wykładowcą na uczelniach (tych starych, państwowych) oraz równocześnie pracowałem w tak zwanym "biznesie" opiekowałem się kilkoma pracami magisterskimi inspirowanymi rzeczywistymi potrzebami. Ich tematyką było badanie wydajności systemów klastrowych, systemy sterowania dla domów jednorodzinnych, badania wydajnościowe systemów terminalowych, wykorzystywanie kwantowych generatorów liczb losowych w ochronie informacji itp.

Badania studenci prowadzili wykorzystując sprzęt i oprogramowanie prowadzonej przez mnie firmy. Mam za sobą również kilka dużych wdrożeń systemów obejmujących kilkadziesiąt tysięcy stanowisk pracy. Co ważniejsze, są one oparte o oprogramowanie systemowe opracowane w całości w Polsce - wiele z nich pracuje do dziś.

Wydaje mi się, że mam więc prawo wypowiadać się na temat współpracy nauki i "biznesu".

Pic i fotomontaż

Muszę przyznać wiele racji prof. Stankowi. W edukacji często mamy do czynienia w oszustwem. Zasadą, która mnie obowiązuje przy egzaminowaniu na rzecz firmy amerykańskiej programistycznej jest kryterium zaliczenia egzaminu. Wynosi ono 70 proc. poprawnie rozwiązanych zadań egzaminacyjnych.

Są to problemy praktyczne, a nie testy wyboru! I nie ma przeproś - 69 proc. - wynik "no pass". Wszelkie próby oszustwa mam obowiązek natychmiast zgłaszać. I kropka.

W Polsce na zeszłorocznej maturze kryterium "zdał" wyznaczono na 30 proc. maksymalnego wyniku! Poziom zadań jest ogólnie znany. O czym my w ogóle rozmawiamy? Przecież to "pic i fotomontaż". No i mamy powszechne "wykształcenie" średnie i całe tłumy "matóżystuf".

Czy naprawdę musimy sami siebie oszukiwać?

Nauczyć się szybko uczyć

Kolejny etap edukacji to studia. Liczba studentów zwiększyła się w Polsce pięciokrotnie! Dziś mamy ich niespełna 2 miliony. Co to oznacza? Ano to, że w praktyce większość młodych ludzi coś "studiuje".

Nikt jednak nie zastanawia się co i po co! Wiem, studia to najwspanialszy okres w życiu. Ale kiedyś się kończą i jak mówi stary dowcip "Jeśli wstajesz o 6 rano, a nie kładziesz się o tej porze spać, to znaczy, że nie jesteś już studentem". No i młodzi zaczynają pisać CV (zwane dawniej życiorysem) i szukać pracy. Jaki ich spotkają propozycje?

Większość stanowisk pracy tak naprawdę nie wymaga wykształcenia wyższego. Ale pracodawcy chętnie piszą "wymagane wyższe wykształcenie ekonomiczne", a okazuje się, że chodzi o "okienkowego" pracownika banku lub przedstawiciela ubezpieczeniowego. Poszukiwany "inżynier informatyk" - czytaj potrzebny "manager produktu" czyli nowego gadżetu, który firma chce na siłę wdusić klientom.

No i larum - "uczelnie nie przygotowują do praktycznego zawodu". Oczywiście, że nie, bo nie są po to! Uczelnia to nie szkoła zawodowa i nie ma uczyć spawaczy czy administratorów systemów komputerowych. Student powinien studiować, poznać aktualny stan wiedzy w danej dziedzinie i przede wszystkim nauczyć się szybko uczyć.

Nieprzypadkowa jest opinia Prezesa PZU, że zatrudnia fizyków lub biologów zamiast... Właśnie, zamiast kogo? I dlaczego okazuje się, że absolwenci kierunków w zasadzie teoretycznych cieszą się dobrą opinią Pana Prezesa? Bo nauczono ich się uczyć - i to szybko!

Motywacja!

Tylko jest jeden ważny problem - motywacja do studiowania! Prowadziłem dużo zajęć na wydziale mechanicznym na ostatnim roku studiów magisterskich. Większość studentów uważa, że wiedza z matematyki, fizyki, a nawet wytrzymałości materiałów jest im po prostu zbędna. I co najgorsze mają rację, bo w Polsce w zasadzie brak stanowisk pracy koncepcyjnej. Jeśli ktoś na takie trafi, to ma wielkie szczęście. I studiuj tu studencie te całki i różniczki, a i tak pracę znajdziesz jako "menedżer" niskiego szczebla z perspektywą awansu na "super managera". Opracowywanie technologii? Co ty, nasz właściciel narzuca własną. Masz tylko wkuć procedury i postępować zgodnie z nimi.

Czy do takiej pracy trzeba ukończyć studia wyższe? Ależ skąd! Wystarczy jedno- lub dwutygodniowy kurs. No to skąd ma się wziąć motywacja do studiowania np. najnowszych metod projektowania maszyn? Coś ty, przecież maszyny kupuje się od "lidera rynku" lub się je sprzedaje (a twoim zadaniem jest pokonanie konkurencji, choćby z pomocą kłamstwa). Po co studiować "metodę elementów skończonych"? Bzdura. Naprawdę wartościowe jednostki zwieją za granicę i to wcale nie na zmywak - tylko właśnie do tych "liderów" lub na zagraniczne uczelnie.

Mówi się o "innowacyjności" - a przepraszam, gdzie mamy ją robić? W centrach "outsourcingowych" wielkich firm? Czy w montażowniach, które można zwinąć w miesiąc?

Nowe technologie kosztują

Pewna znana i duża polska firma posiadała dział nowych technologii. I nie była to tylko "marketingowa ściema" - opracował on, oraz co ważniejsze, wdrożył do produkcji i sprzedaży własne, oryginalne produkty, które przeszły wszelkie badania, uzyskały oficjalne certyfikaty itp.

W dodatku dział przynosił spore zyski - jednak nieregularnie. W rozliczeniu rocznym profit był wysoki, ale bywały miesiące, w których ten dział nie zarobił nic. A ciągle tylko "miał wymagania" - nie chciał korzystać z najtańszego sprzętu, żądał dotrzymywania jakiś "głupich parametrów technicznych".

Rezultat był łatwy do przewidzenia - "rycerze MBA" zlikwidowali dział, a pracownicy dostali ciekawą propozycję sprzedaży toreb do notebooków - bo to daje stały, stabilny przychód. Oczywiście nikt z tej "korzystnej" propozycji nie skorzystał...

Oszukujemy się

Podsumowując - oszukujemy się nawzajem! Hasło z czasów PRL "Polska krajem ludzi kształcących się" okazało się wiecznie żywe. Na papierze mamy powszechne wykształcenie średnie (ale takie na 30 proc. poprawnych odpowiedzi), miliony studentów i absolwentów (tu nawet nie zaryzykowałbym twierdzenia, że na 30 proc.) z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić. Rozwalono prawie całe szkolnictwo zawodowe i podnosi się larum, że brakuje fachowców do wykonywania typowych prac.

Z drugiej strony rozbudzono aspiracje młodych ludzi dając im ułudę matury, licencjatu, magisterium, a nawet doktoratu. Prawie nie ma już szkół wyższych - mamy Uniwersytety, no, ewentualnie Akademie. Wolałbym jednak studiować w MIT lub CalTechu, pomimo że to ani uniwersytety, ani akademie. Nazwa to nie wszystko. A dla pani Minister Kudryckiej mam propozycję, aby ten swój milion złotych przeznaczyła na nagrodę dla najlepszego Ośrodka Szkolenia Zawodowego za wzorową współpracę z "biznesem".

Elastyczność!

Warto, aby wreszcie ktoś powiedział otwarcie - społeczeństwo nie potrzebuje tak wielkiej armii ludzi z wyższym wykształceniem. Zdecydowana większość stanowisk pracy w tak zwanym "biznesie" może być z powodzeniem wykonywana przez osoby o podstawowym wykształceniu ogólnym i przyuczeniu na specjalistycznych kursach lub szkoleniach.

Taki system jest elastyczny - bo szkolenia są dość krótkie. Jeśli potrzeby biznesu się zmienią można szybko przekwalifikować pracowników. Warunek jest jeden - szkoła musi zapewnić im wystarczające wykształcenie ogólne oraz wytworzyć odpowiednie nawyki.

Technika zmienia się bardzo szybko i wymaganie, aby pięcioletnie studia uczyły konkretnego zawodu jest bezsensowne. To właśnie kompletny brak elastyczności takiego systemu tworzy młodych bezrobotnych i rodzi frustracje.

Zadaniem uczelni jest tworzenie elit - a to wymaga ostrej selekcji. Służy temu system zaliczeń, egzaminów itp. A tymczasem zlikwidowano już pierwszy jej etap - egzaminy wstępne zastępując ją "maturą" - tą na "30 proc.". Oznacza to, że zdają ją abiturienci, którzy na trzy zadane pytania potrafią odpowiedzieć na jedno! A i tak pomimo drastycznego obniżenia poziomu matury i takich "kryteriów" nie zdaje jej 20 proc.! I tak trwa i co gorsza rozwija się to oszustwo dydaktyczne.

Obezwładniające komentarze

Ma ono jeszcze drugie, groźne oblicze. Przeczytałem komentarze do wypowiedzi Prof. Stanka i ogarnęło mnie przerażenie:

*Dziekan wtedy powiedział: "Panowie, puszczamy ich. To są pieniądze dla uczelni. W przyszłości życie ich zweryfikuje. Nie chcą się uczyć trudno , kiedyś nie znajdą pracy"

*Niewątpliwym plusem była likwidacja przymusu nauczania wymierającego wschodniego narzecza, w którym nic mądrego nie powiedziano i nie napisano.

*Skończyłam SGH i pamiętam co tam się działo podczas egzaminów. Wiele z nich było parodią egzaminu, ludzie potrafili książki na kolanach trzymać i spisywać odpowiedzi. Kwitł też proceder pisania prac magisterskich lub licencjackich za pieniądze!

*Natomiast na śmierdzących leni i freeriderów nie ma lekarstwa - uczyć się nie chcą, studia ich nie interesują. Chcą tylko papierka, więc ich przepuszczam.

*Oddają one znakomicie kondycję naszej edukacji oraz kadry dydaktycznej. Takie właśnie "elity" produkują uczelnie - i to te z "wyższej półki".


Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.