Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Kilka uwag w związku z tekstem prof. Stanka: "Do młodych, wykształconych bezrobotnych: Zostaliście oszukani"

Szanowni absolwenci szkół wyższych i Ty Jasiu za kilka dni przystępujący do egzaminu maturalnego. Nie wiem przez kogo zostaliście oszukani i czy nadal będziecie zwodzeni jakością kształcenia.

Może winne po trosze są uniwersytety, może ludzie kształtujący, w politycznym aspekcie, ustrój szkolnictwa wyższego, może ja, bo byłem w wymaganiach zbyt liberalny.

Szukanie winnego nie ma sensu

Kara nic nie zmieni. Popatrzmy za to wstecz. Najpierw zmieniono system szkolnictwa podstawowego i średniego. Powiedziano Wam - nie tracie czasu na zdobywanie zawodu. Liczy się tylko wykształcenie ogólne. To prawda.

Tylko czy Jasio, który nie miał percepcji intelektualnych, pozwalających opanować wiedzę szerszą niż liczenie i pisanie, czuł się w tym dobrze?

Nie! Jasio czuł się niepotrzebny, gorszy. Jego frustracja przekładała się na agresję. Nie dość, że się nie uczył, co nie było jego winą, to jeszcze przeszkadzał tym, którzy uczyć się mogli, i co ważniejsze chcieli. System szybko to dostrzegł. Stworzył segregację pod postacią testów przedgimnazjalnego i gimnazjalnego.

Po prostej i sprytnej socjologicznie selekcji (wszyscy zdają, nie ma ocen, tylko punkty) Jasio trafił do klas z innymi Jasiami, gdzie mógł wkładać kubeł ze śmieciami na głowę nauczycielowi.

I nie była to wina Jasia, ani wina nauczyciela - urzędnika państwowego, którego nic i nikt już nie chroni.

Jasiowi zabrano możliwości wyboru już na starcie

Powiedziano mu, że będzie mądrzejszy, bo będzie licencjatem lub magistrem. Zabrano szkoły zawodowe, gdzie w trudzie piłował młotek przez 3 lata.

Był w tym świetny, zadowolony i doceniony. Piłował i myślał - mam fajnie, a te głąby siedzą w liceach u uczą się o amebie i wrotkach.

Ktoś powie, po co komu umiejętność ręcznego piłowania w dobie obrabiarek cyfrowych? Pozornie po nic. Jednak to lepsze niż hipokryzja, udawanie i udowadnianie, że jesteśmy narodem intelektualnie wybranym. Nie urzędy tu się liczą, nie wskaźniki, nie dobro polityczne, a człowiek. To on buduje siłę gospodarczą, on jest sfrustrowany lub zadowolony. Zepchnęliśmy tę frustrację na dalsze lata. I mamy efekty.

Wielokrotnie w prasie wspominano, że po 20 latach przemian edukacyjnych zaczęliśmy kształcić na poziomie wyższym około 50 proc. absolwentów szkół średnich, mających świadectwo dojrzałości. Dwadzieścia lat wstecz było to 8 proc. Pewnie, że za mało, i warto to było zmienić.

Czy opłaciło się jednak zmuszać uczelnie do przyjmowania na studia wszystkich chętnych, poprzez system dotacji - "od głowy"?

Dzisiaj Jasio jest magistrem i nie umie projektować młotka

Co więcej, nie umie go również wypiłować. Jasio ma wpojone silne przeświadczenie, że jest mądrzejszy od niestudiujących kolegów. Ma dyplom i wkładkę z ocenami z różnych dziwnie brzmiących przedmiotów.

I zupełnie nie rozumie, dlaczego nikt go nie chce przyjąć do pracy? Drogi Jasiu, możesz pozwać swój kraj za niespełnione obietnice i utracone nadzieje. O ile potrafisz to wycenić? Znacznie lepiej będzie, jeśli zakopiesz dyplom pod gruszą i zaczniesz robić to co umiesz najlepiej. Zajmij się ślusarstwem. Możesz się nauczyć zawodu od innych. Jeszcze tacy żyją.

Co mają zrobić absolwenci o umysłach przystosowanych do nauki na wysokim poziomie. Nic nie musza robić, oni nie są bezrobotni.

Jeśli Ministerstwo Edukacji się wysili i policzy jaki odsetek kończących studia nie ma pracy, okaże się, że jest ich około 60-70 proc. Diagnoza, co dalej jest prosta. Sito edukacyjne na poziome wyższym musi być szczelniejsze. Nie szafujmy procentami.

Nie szastajmy pieniądzem

Jeśli predyspozycje do nauki ma 20-30 proc. chętnych, przyjmiemy tylu na studia. Jeśli mniej, to mniej. Uczelnie mają dużą autonomię, dobrze wiedzą, ilu studentów można kształcić na odpowiednim poziomie?

Szkoły wyższe mogą wprowadzać ostre kryteria naboru na studia. Tylko po co działać nieracjonalnie? Czy jest taki uniwersytet na świecie, który chce splajtować? Pytania retoryczne. Żeby dyplom oznaczał jakość, musi się zmienić system finansowania uczelni. Jakość, a nie ilość. Takie to proste, a takie niemożliwe do realizacji. Co więcej ta efektywna edukacja będzie kosztować tyle samo.

Jest jeszcze powszechnie znana kwestia jakości nauczania. Pracownicy naukowo-dydaktyczni rozliczani się tylko z osiągnięć naukowych. Są oczywiście systemy oceny pracy dydaktycznej. Na tyle są efektywne, na ile dobrze są wykształceni absolwenci. To widać bez specjalnej diagnozy. I nie zmieni tu nic system boloński.

"Krajowe Ramy Kwalifikacji" to za mało. Papier jest cierpliwy, a organów kontrolujących możemy mnożyć bez liku. Dopóki dotacja dla szkół będzie zależała tylko od jakości prac naukowych, a pozostała cześć dochodów uczelni będzie dotacją "per capita" nie będzie dobrze. Nauczyciele, pasjonaci uczący nie dla oceny, lecz dla satysfakcji, zaczynają już wymierać.

Edukacja - strata czasu?

W społeczeństwie zaczyna się rodzić przeświadczenie, że edukacja to strata czasu. Jasiu, słyszy od rodziców - co też ta pani od matematyki umie, jeśli pracuje za marne 2000 zł, gdyby była zawodowo dobra pracowałaby gdzie indziej.

Jeśli tata Jasia ma pieniądze, Jasio pójdzie do szkoły prywatnej. Mniej tam uczniów, może i nauka jest bardziej efektywna. Rozdwojenie jaźni. Z jednej strony przeświadczenie, że szkoła nic nie uczy, z drugiej tli się myśl, może to jednak potrzebne.

Dwie połówki dadzą ćwiartkę

Na jednym ze spotkań dotyczących ram kwalifikacji w szkolnictwie wyższym usłyszałem historię o studentce pierwszego roku politechniki. Świeżo upieczona maturzystka, na kursie matematyki wyższej, zapytana ile jest 1 + 1 odpowiedziała - 1. - A jeśli pani doda do siebie dwie połówki chleba, ile to będzie? - Cały bochenek odpowiedziała. Dobrze - nie dał się ponieść emocjom profesor - w takim razie 1 + 1 to ile da razem? Mówiłam przecież, że 1. - A gdzie pani kończyła maturę i dlaczego studiuje na kierunku technicznym - zapytał wykładowca? - Skończyłam szkołę tańca, a studiuję tutaj, bo tu były wolne miejsca.

Czas uszanować tych co się chcą uczyć. Jeszcze nie jest za późno. Już wiemy, że za dwadzieścia lat mało kto będzie umiał zaprojektować most. Ci, którzy obecnie jedzą nasz chleb doczesny, zaczną uczyć za kilka lat. Obecnie studiują na bardzo licznych studiach, w tym doktoranckich. Czy będą potrafili zlepić to, co zostało nie za dobrze podzielone?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.