Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jestem, przynajmniej według współczesnych standardów cywilizacyjnych, młodym człowiekiem - mam dwadzieścia lat i kończę drugi rok studiów. Wypowiadając się przy różnych okazjach o tym, jak spostrzegam zagadnienie szkolnictwa i edukacji spotykam się z opiniami, że mój głos "nie brzmi jak głos młodego człowieka".

I wydaje się, że jest to jednym z poważniejszych symptomów tego, jak niedojrzały okazuje się paradoksalnie stosunek pokoleń starszych do młodszych.

Uczniowie i studenci mają prawo do bycia traktowanymi jako godni partnerzy. Godny partner to jednak nie ktoś, do kogo puszcza się oczko i kogo kokietuje się wprowadzaniem w zaplecza powierzchownie rozumianej dorosłości. To raczej ktoś, od kogo się wymaga i od kogo oczekuje się odpowiedzialności.

W mojej opinii dla odpowiedniego zmierzenia się z zagadnieniem edukacji niezbędne jest wyjście od bazy pojęć niemodnych i zarazem znacznie bardziej fundamentalnych: zagadnień etyki, społecznych powinności, filozofii, cywilizacyjnych i kulturowych doświadczeń, a także gmachu wiedzy jako całości.

Problemem jest stale obniżający się poziom

Wymagania z jednej strony zmniejszane są odgórnie, z drugiej - cały system skonstruowany jest tak, by każdy mógł skończyć szkołę i studia i wielu pedagogów nie robi nic, by z tym walczyć. Powtarzający klasę uczeń jest wychowawczym problemem, a student wyrzucony z państwowej uczelni to stracone pieniądze, jakie państwo zapłaciłoby za niego placówce.

Poddając się krzywdzącej kategoryzacji ludzi, zostałbym zaliczony w niechlubny poczet humanistów. A mimo to nawet ja, przeglądając testy gimnazjalne z przedmiotów ścisłych oraz podstawową maturę z matematyki z kilku ostatnich lat uważam je za uwłaczające inteligencji ucznia.

Jeżeli zdawalność egzaminu dojrzałości wyniosła w ubiegłym roku 75,5 proc., oznacza to, że jedna czwarta uczniów w ogóle nie nadaje się do podjęcia studiów (choćby uniknąć krzywdzących uogólnień, wyłączyć należy zbyt przenikliwe osoby, które nie wstrzeliły się w klucz na języku polskim, a także drobny odsetek innych pechowców - formuła testu nigdy nie jest obiektywnym sprawdzianem wiedzy).

Nie oznacza to implicite, że pozostałe trzy czwarte na studia się nadają, a jedynie tyle, że mają dość szczęścia, by dobrać właściwe odpowiedzi w części zamkniętej egzaminu, albo potrafią podstawić wzory z tabeli matematycznej do zadania.

Nie chodzi tu o krytykę moich rówieśników

Nie czuję się od nich bardziej kompetentny, a znam także wielu, którzy swymi pasjami i kompetencjami żywo przeczą ogólnej tendencji.

A jednak ciężko nie próbować diagnozować zjawiska, w którym przy powszechnym dostępie do edukacji, grozi nam wtórny analfabetyzm, a na rynku pracy brakuje wykwalifikowanych kandydatów.

Jedno z wiodących stanowisk epistemologicznych głosi, że całość dostępnej człowiekowi wiedzy jest wiedzą o relacjach. Koncepcja ta, będąca być może w znacznej mierze odbiciem epoki i zachodzących w niej przemian, świetnie wpisuje się w wiek XX i w początki wieku XXI: potwierdziła ją teoria względności Einsteina i fizyka kwantowa, do tych samych przeświadczeń odwołują się też od dłuższego czasu inne nauki ścisłe.

Coraz częściej przez pryzmat uchwytywania wzajemnych powiązań patrzą na swoje dziedziny wiedzy także humaniści. To samo świetnie przenosi się na zdobywanie wiedzy: fakt, że bitwa pod Biełasicą miała miejsce w 1014 roku, albo że światło ma dwoistą budowę nie ma żadnego znaczenia w oderwaniu od większego systemu. Stwierdzenie truistyczne, ale nawet o nim szkoła zapomina zbyt często.

Wszystko przez internet

W dzisiejszych czasach relacyjna koncepcja wiedzy uwidoczniła się bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, a to za sprawą rozwoju środków multimedialnych i internetu. Jedno hiperłącze może odesłać nas ze strony biograficznej Bacha do nagrania koncertów brandenburskich na portalu YouTube, stamtąd zaś do strony lokalnej filharmonii lub do portalu informacyjnego.

Wszystko to da się w tej samej chwili "z-share-ować", "zlajkować" albo "z-twittować". Chcąc uchodzić za zorientowanego w świecie, musimy jednego dnia przyswajać informacje, które kiedyś człowiek przyswajał w trakcie całych lat - dowiadując się o wyniku mistrzostw Europy w piłce nożnej, zamachach terrorystycznych na Ukrainie, działaniach rządu irańskiego w Teheranie, nowej premierze w krakowskim Teatrze Starym i problemach z CERN-em.

Następnie, usiłując połączyć zgromadzone wiadomości w spójną siatkę, pozostajemy z tym sami. Z jednej strony wiedza relacyjna idealnie wpisuje się w zaproponowany schemat, ale z drugiej jakość relacji pozostawia wiele do życzenia - są one siłą rzeczy w każdym z tematów powierzchowne.

Co może zrobić szkoła? Wychowywać.

Ale najpierw musiałaby nauczyć się uczyć. Ministerstwo Edukacji zauważyło, że trzykrotne powtarzanie kursu z historii starożytnej (w podstawówce, gimnazjum i liceum) mija się z celem. Gorzej jest jednak z wyciągniętymi wnioskami. Zamiast trzykrotnego opowiadania o bitwie pod Maratonem dałoby się opowiedzieć raz a porządnie, dorzucając bitwy pod Ajgospotamoi i Kynoskefalai.

Tymczasem w liceum przedmioty niezwiązane z profilem nauczania ograniczone zostaną do luźnych ścieżek tematycznych (o wodzie, o historii płci, o bohaterach narodowych).

W dziedzinie chemii z dumą mienię się idiotą, ale przynajmniej idiotą w dziedzinie chemii organicznej i nieorganicznej, nie zaś w kwestii tego, że woda jest cenna i zdrowa. Lać wodę uczniowie umieją aż nadto dobrze, choć pod względem gramatycznym potokowi ich erudycyjnych elaboratów bliżej do chińskiej Żółtej Rzeki, niż do przejrzystości krynicznych górskich źródeł.

Wymagać od innych jest cnotą

Trudną, bo kto wymaga, nie jest lubiany. Do tych jednak nauczycieli, którzy potrafią odnaleźć w sobie żyłkę perwersyjnej przyjemności, kieruję słowa cesarza Kaliguli: "Niech nas nienawidzą, byle się nas bali".

Cnota, u starożytnych arete, przez wieki kształtowała w kulturze europejskiej model odpowiedzialnego wychowania i dojrzewania. Rozdroże pomiędzy nią a występkiem (kykia) to jeden z najstarszych retorycznych motywów.

My tymczasem, zamiast stać na rozdrożu, jeździmy w kółko po rondzie, z którego nie ma nawet właściwego zjazdu. W duchu oświeceniowego wstecznictwa uważam, że społeczeństwo oparte na cnocie zdoła wytworzyć odpowiedni model pozyskiwania i wykorzystywania wiedzy, a więc stanie się efektywne także na rynku pracy.

Do tego potrzebny jest jednak jeszcze jeden pomysł Hellenów, którzy jak wiadomo dawno temu dali się podbić Rzymianom, a następnie wpakowali się w finansowy kryzys: pathei mathos - nauka dokonuje się poprzez cierpienie.

Beniamin Bukowski, (ur. 1991), student MISH UJ i PWST w Krakowie

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.