Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jako, że kończę aktualnie studia (automatyka i robotyka) i liceum kończyłem nie tak dawno, bo 4 lata temu, uważam, że mogę się wypowiedzieć z dość dobrej perspektywy - ponieważ wiem jakie były mankamenty nauczania w liceum (ogólnokształcącym, profil mat-fiz) i wiem też jaki to później miało wpływ na studia. Dodam też, że historia jest jedną z moich większych pasji.

A więc stary system, ten o którego utrzymanie teraz głodują nauczyciele, był kompletnie bez sensu, nudy nudy i jeszcze raz nudy - ponieważ, może tego nie wiedzą starsi, ale program nauczania historii wyglądał tak (na przestrzeni całej edukacji) - podstawówka klasy 4-6, historia od starożytności do współczesności, gimnazjum 1-3 historia od starożytności do współczesności, liceum 1-3 historia od starożytności do współczesności - po prostu wychodziło to bokiem wszystkim, nawet mi, choć historię bardzo lubię.

Z każdym tym cyklem, który powtarzał się 3 razy w czasie całej mojej edukacji, brane było praktycznie to samo, trochę poszerzane, wiadomo, dorosłym ludziom w liceum daje się trochę więcej do nauczenia jak w podstawówce, ale z grubsza cały czas było to TO SAMO! A co więcej - na historię współczesną zawsze brakowało czasu, zawsze był to koniec 6 i 3 (w gimnazjum i liceum) klasy, zawsze były wtedy już jakieś egzaminy, zawsze historia współczesna była przerabiana na łapu capu, byle odbębnić i zrobić jakiś sprawdzian na koniec. Tak więc nie ma co płakać za starym systemem - to była ta sama historia powtarzana do znudzenia 3 razy.

Można powiedzieć, że z biologią czy fizyką jest tak samo, ale to nie prawda, bo tam zadania, wiedza, też oscylowała wokół podobnych tematów w każdym 3-letnim cyklu, ale materiał był o wiele bardziej poszerzany, na np. fizyce zadania były coraz trudniejsze, wszystko to miało jakiś sens, i z biologii, choć mnie średnio ciekawiła, do dziś dużo pamiętam, a koledzy nielubiący historii z trudem wymieniają nawet ważne daty w historii Polski - bo uczyli się na pamięć, przyporządkować datę do wydarzenia i tyle, później zapomnieć - taka jest prawda.

Ale teraz inna, o wiele bardziej istotna kwestia, która mi się podoba w nowej formule nauczania historii - skrócenie nauczania historii w liceum poskutkuje większą liczbą godzin na przedmioty, które dany uczeń chce realizować, zdobędzie o wiele bardziej szczegółową wiedzę tak bardzo potrzebną na studiach, zwłaszcza politechnicznych, gdzie studenci od razu są rzucani na głęboką wodę.

Może to zabrzmi nieładnie, ale przerabianie 3 raz w liceum tego samego programu historii co w podstawówce i liceum jest bezsensem i zabiera tylko czas uczniom, którzy chcą się rozwijać w innej dziedzinie. Nie można wymagać, że każdy uczeń ma być alfą i omegą, że ma znać historię Polski, świata, literaturę, czytać wszystkie lektury, do tego dobrze uczyć się z biologii, fizyki, matematyki czy chemii itp!

Na studiach liczy się szczegółowa wiedza z danej dziedziny, nie raz z kolegami na studiach rozmawialiśmy, że brakowało wielu rzeczy w liceum na profilu mat-fiz, byliśmy tylko w teorii przygotowani do studiów politechnicznych (choć szło i idzie nam bardzo dobrze, ale jest to okupione własną, naprawdę ciężką pracą).

Brakowało takich rzeczy jak więcej godzin informatyki, gdzie na mat-fizie powinno się uczyć już programować, przedmiotu takiego jak technika, gdzie uczylibyśmy się rysunku technicznego (ale nie kaligrafować pismo techniczne, a podstaw grafiki inżynierskiej), albo jakiegoś przedmiotu ogólnego (może właśnie takiej techniki) w której przez 2-3 lata liceum byśmy uczyli się podstaw do różnych kierunków studiów politechnicznych np. jeden semestr mechaniki, geometrii wykreślnej, elektryki, elektroniki, doświadczeń z chemii itp itd. Nie jest uczniom, którzy pójdą na politechniki, potrzebna historia wałkowana trzeci raz na przestrzeni całej edukacji - a szczegółowa wiedza z dziedzin, w których będą się kształcić dalej.

Na koniec opowiem o moim przypadku. Pod koniec liceum, już w kwietniu, dosłownie na miesiąc przed maturami, gdy zakuwałem codziennie matematykę, fizykę, polski i angielski, pani od historii wymyśliła, że każdy ma zrobić prezentację na temat jakiegoś z epizodów II Wojny Światowej z wojny na Pacyfiku. I wychodziła mi na koniec, do tamtego momentu, 6-tka, ale pomyślałem, przecież są tylko już 3 tygodnie do matur, przecież nie będę teraz tracił całego jednego dnia, aby robić prezentację z bitwy o Midway, gdy muszę zakuwać materiał z przedmiotów, od których zależą moje studia, czyli cała przyszłość.

Więc zrobiłem coś na "odwal się", pani powiedziała, że stać mnie było na więcej i dała mi za to 3 i powiedziała, że już nie mam co liczyć na 6 na koniec, choć wiedzę z historii do dziś mam bardzo dużą, samemu czytam regularnie "Mówią wieki" i na tę 6-tkę sobie w pełni zasłużyłem, to jednak właśnie traktowanie do samego końca poważnie przedmiotów, które dla wielu uczniów są drugorzędne i zbędne w przyszłej edukacji, skutkuje albo gorszymi stopniami z nich, albo (to na pewno) mniejszą wiedzą z przedmiotów, od których zależeć będą ich studia i cała związana z nimi przyszłość.

Wiem też jakie jest podejście nauczycieli, większości wydaje się, że ich przedmiot jest najważniejszy, mówią frazesy typu - "jak to może być, skończyć liceum i nie będziesz tego [tu nazwa jakiejś części materiału] wiedział z historii/polskiego/matematyki/fizyki/biologii/chemii/itp. [niepotrzebne skreślić]". Myślenie rodem z XIX wieku, dziś jest inaczej, i drodzy nauczyciele, kształcić trzeba inaczej i sami powinniście się nauczyć jak uczyć w dzisiejszych realiach.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.