Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że - jak w starym dowcipie kabaretowym - PO chce dobrze, ale im nie wychodzi. Morał kabaretowy - życzmy sobie, żeby kolejna ekipa chciała źle i żeby im też nie wyszło (Pietrzak).

Egzaminy dopuszczające do zawodu nie są niczym złym, wręcz są wskazane. Powierzanie ich korporacjom zawodowym nie ma sensu, bo będą odcinać dostęp do zawodu. Egzaminy powinien prowadzić organ nadzorujący, ewentualnie ze współudziałem korporacji.

Natomiast wszelkie warunki progowe uważam za absurd wymagający zmiany. Może z wyjątkiem zawodów, gdzie w grę wchodzi życie ludzkie (np. lekarz - trudno, żeby był jeden egzamin, bez studiów kierunkowych obfitujących w egzaminy cząstkowe).

Ideałem dla mnie są regulacje wprowadzone w dziedzinie finansów przez pierwsze ekipy wolnej Polski. Dwadzieścia (lub kilkanaście) lat dowodzi, że robili to mądrzy ludzie - vide europejski kryzys bankowy vs. zdrowa sytuacja polskich banków.

I co tam było? Np. egzaminy maklerskie, bardzo trudne ze wskaźnikiem zdawalności na poziomie 7-10 proc. Testy czterokrotnego wyboru: dobra odpowiedź - 2 pkt.; zła - minus 1 pkt.; brak odpowiedzi - 0 pkt. I presja czasu - 1,5 minuty na pytanie. Kto umie liczyć doliczy, że zdawanie na "małpę" daje ujemny wynik.

A warunki wstępne? Niezdefiniowany poziom wykształcenia. Niezdefiniowane żadne kursy. Praktycznie niepełne podstawowe uprawnia do przystąpienia do egzaminu. Za to zdefiniowane - i to ściśle - wymogi egzaminacyjne i literatura. No i braciszku opanuj se podstawy prawa, ekonomii, matematyki finansowej itd.! W efekcie wielu absolwentów ekonomii kilkakrotnie bezskutecznie podchodziło do egzaminów. Bo z ekonomii byli dobrzy, ale mieli kłopoty z czytaniem (ze zrozumieniem) zapisów prawnych. I cena egzaminu. Jesteś dobry - zaryzykuj!

Piątka z plusem! Panowie Paga, Rozłucki i inni!

A np. obecnie tłumacz przysięgły. Egzamin - a jakże, ale żeby do niego przystąpić trzeba skończyć studia kierunkowe - filologiczne... Co idzie pod prąd wszystkich uregulowań europejskich, gdzie premiuje się przede wszystkim wykształcenie kierunkowe z dziedzin, które się tłumaczy. Bo prawnik może nauczyć się języka gdzie mu się żywnie podoba i będzie ze zrozumieniem wykonywał zajęcie tłumacza przysięgłego w dziedzinie prawa. Natomiast dr habilitowany lingwistyki, nie rozumiejąc prawa, nigdy go dobrze nie przetłumaczy.

W efekcie ja - absolwent historii sztuki - mam licencję maklerską nr 651 (egzamin zdany eksternistycznie), ale żeby przysięgle tłumaczyć teksty dot. rynku kapitałowego musiałbym ukończyć trzyletnie studia językowe.

Mądre?

No, mam inne zdanie.

A teraz wątek polityczny.

Jak w dowcipie na wstępie. Jak z ustawą o refundacji leków. Jak z postulatami, z którymi PO wygrała swoje pierwsze wybory. Ktoś je jeszcze pamięta? M.in. ograniczenie liczby posłów, jednoosobowe okręgi wyborcze (czyli głosowanie na ludzi - nie na partie polityczne; szansa dla lokalnych działaczy samorządowych itd.) ograniczenie administracji, długu publicznego, zwiększenie swobody gospodarczej... ach...

Ręce opadły.

A w kraju narastają nastroje buntu. Dodajmy do tego nepotyzm, czyli zamykanie dróg kariery zdolnym ludziom, bo pierwszeństwo mają "krewni i znajomi królika", a widzimy kształtowanie się sytuacji rewolucyjnej. Bo mamy: bunt plus zdolni ale wykluczeni... a to się równa rewolucja. Bo zdolni a wykluczeni potrafią tak skanalizować bunt, że przyjmuje on formy zorganizowane i prowadzi do zmian przy zabetonowanym korycie...

I już inne świnie są równiejsze, między równym zwierzętami (Orwell). Niestety efekty społeczne bywają różne... Robespierre, Dzierżyński itd.

Obym był złym prorokiem, panie Premierze

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.