Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Zegary wynaleziono po to, by - po pierwsze, stosownie do rosnących potrzeb ludzkiej cywilizacji mierzyć upływ czasu, oraz po to, by określić porę dnia wtedy, kiedy nie było to możliwe lub łatwe poprzez obserwację nieba.

Kiedyś zegar miał być naśladowcą Słońca - i pierwsze tego typu zegary, zegary słoneczne, takie właśnie były. Zadaniem zegara było wskazanie możliwie najdokładniej czasu lokalnego - rytm ludzkiego życia regulowało bowiem Słońce, naturalny dostawca światła i ciepła. Zegar był tylko pomocniczym narzędziem, pozwalającym bez patrzenia w niebo (które mogło np. być zachmurzone) ustalić, kiedy Słońce wzejdzie bądź zajdzie.

Wraz z rozwojem cywilizacji, coraz szybszym pokonywaniem dystansów przez człowieka, a potem przez samą tylko informację, wraz z rozwojem środków komunikacji oraz środków masowego przekazu, sytuacja uległa diametralnej zmianie.

To zegar stał się regulatorem rytmu ludzkiego życia, wypierając Słońce z tej roli. Urzędy i zakłady pracy uruchamiane są o danej godzinie, o danej godzinie telewizja nadaje określony program, o danej godzinie odchodzi pociąg, autobus czy samolot.

Gdy człowiek zauważył owo przewartościowanie, wpadł na pomysł, że "oszukując" nieco zegar (a po trosze i samego siebie), może wpłynąć na dzienny rytm nocy i dnia.

Za praojca pomysłu uważa się powszechnie Benjamina Franklina, który jeszcze w XVIII wieku proponował, by w porze wiosenno-letniej ludzie wstawali i chodzili spać wcześniej, zapobiegając marnowaniu światła słonecznego. Nie wpadł on jeszcze na pomysł przesuwania wskazówek zegara, ale jego propozycja niczym ziarno zakiełkowała ponad 100 lat później.

Po fiasku wdrożenia w życie pomysłów wprowadzenia czasu letniego w Wielkiej Brytanii prekursorem tego sposobu na "wstrzymanie Słońca" w Europie stali się Niemcy, którzy wprowadzili czas letni w roku 1916. Idea czasu letniego rozpropagowała się w wielu krajach świata.

Wprowadzenie oraz odwołanie czasu letniego otworzyło "pole do popisu" dla dalszych manipulacji strefami czasowymi. Podczas II wojny światowej, Niemcy postanowili wprowadzić na całym okupowanym przez siebie terytorium jednakowy czas - taki jak w Berlinie (identyczny z obecnym czasem środkowoeuropejskim).

We wszystkich okupowanych przez Niemcy krajach położonych na zachód od Niemiec (np. we Francji), czas berliński tak się spodobał, że został zachowany po wyzwoleniu. Czas ten spodobał się nawet neutralnej Hiszpanii, która przyjęła go w roku 1946. Czas ten, różniący się znacznie od czasu miejscowego słonecznego, nie przestał się mieszkańcom zachodniej Europy podobać nawet, gdy zaczęto wprowadzać, jako czas letni, UTC+2, czyli czas miejscowy z południka 30°E, mimo że najbardziej na zachód wysunięte tereny Hiszpanii leżą w strefie czasu UTC-1, aż o trzy godziny różniącego się od czasu UTC+2.

Co daje wprowadzenie czasu "wcześniejszego", "bardziej wschodniego" w porównaniu z czasem strefowym najbliższym lokalnemu czasowi słonecznemu średniemu?



"Bardziej wschodni" czas = dłuższy dzień

Czy nie czuliśmy się przygnębieni tym, że w grudniu tuż po godz. 15, kiedy wielu z nas jest jeszcze w pracy, robi się ciemno? Z jakim utęsknieniem czekamy na wydłużenie się dnia - a zwłaszcza na zmianę czasu w marcu?

Czy nie lepiej, przyjemniej, bardziej optymistycznie, byłoby, gdyby słońce nie zachodziło aż tak wcześnie? Lokalizacji geograficznej nie zmienimy. Wyprowadzić się z Polski wszyscy nie mogą...

Może jednak jest sposób? Spójrzmy w kalendarz. Na półkuli północnej w roku są cztery charakterystyczne dni: 17 czerwca - dzień najwcześniejszego wschodu słońca, 25 czerwca - dzień najpóźniejszego jego zachodu; 13 grudnia - dzień najwcześniejszego zachodu słońca i 31 grudnia - dzień najpóźniejszego wschodu słońca (w związku z przestępnością lat mogą występować jednodniowe różnice od tych dat). W Warszawie wschody i zachody słońca w tych dniach (dla roku 2012) przypadną w następujących godzinach (wg czasu urzędowego):



Warszawa Wschód Zachód
52,25 st.N 21 st.E - -
(UTC+1 /+2) - -
17.06 4:14 21:00
25.06 4:16 21:01
13.12 7:38 15:23
31.12 7:46 15:33
A jak to wygląda... w Paryżu?



Paryż Wschód Zachód
48,87st.N 2,33st.E - -
(UTC+1 /+2) - -
17.06 5:47 21:57
25.06 5:49 21:58
13.12 8:36 16:54
31.12 8:45 17:03
Jak widać, w Paryżu, gdzie na początku lata dzień trwa kilkadziesiąt minut krócej niż w Warszawie, słonecznym dniem radować można się o niemal całą godzinę dłużej - o dziesiątej wieczorem jest jeszcze bardzo widno. W Polsce o tej porze jest już mrok, choć wskazówki zegarów wskazują tę samą godzinę. Oczywiście w Polsce mamy za to jasno już o czwartej rano. Pytanie tylko, ile osób - w dzisiejszych realiach - z tej jasności korzysta? W grudniu paryżanie praktycznie nie doświadczają mroku nawet o godzinie 17.00, choć płacą za to mrokiem o ósmej rano.

Patrząc na mapę stref czasowych w Europie i na świecie, zauważamy, że w wielu krajach występuje tendencja do przyjmowania "bardziej wschodnich" czasów. W Rosji (ZSRR) od 1930 roku zaczęła obowiązywać zasada, że strefy czasu urzędowego będą przesunięte o godzinę "do przodu", dając na większości terytorium efekt podobny do osiąganego we Francji w zimie.

Dodatkowo od roku 1981 w ZSRR stosowany był czas letni, który także i w lecie powodował zjawisko analogiczne z francuskim, dając różnicę między czasem urzędowym a "naturalnym strefowym" wynoszącą 2 godziny. Choć niedawno Rosja zlikwidowała swą najbardziej wschodnią strefę czasową (czas kamczacki), to jednak wskutek pozostawienia czasu letniego na cały rok, pozostaje chyba liderem w dziedzinie stosowania czasów "bardziej wschodnich".

Może by tak u nas?

Koronnym argumentem zwolenników czasu letniego jest generowanie oszczędności energii elektrycznej. Ten sam argument zapewne, nomen omen, przyświecał również zwolennikom zmian urzędowej strefy czasowej w wielu krajach. Argument ten często podważany jest przez przeciwników zmian.

Czy jednak tylko o to chodzi? Moim zdaniem nie tylko. Oszczędności energii, przez wielu kwestionowane, są sprawą wtórną. Są one relatywnie niewielkie (ale są) - osiągnąć można je niejako przy okazji. Dużo bardziej istotną sprawą jest nasze samopoczucie, które na pewno poprawi się w wyniku późniejszych zachodów słońca. Czyż nie sympatyczną wydaje się wizja zmroku zapadającego latem dopiero po 22?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość przedstawicieli europejskich społeczeństw czynnych zawodowo pracowała w przemyśle. W nim pracuje się na zmiany. Wiele osób wstawało na pierwszą zmianę do pracy wcześnie rano, wracając wczesnym popołudniem. Wczesne wschody słońca latem (pamiętajmy, że przed regularnym wprowadzeniem czasu letniego w Polsce wschody słońca były nawet tuż po godz. 3.00), były w jakiś sposób wykorzystywane.

Dzieci do łóżek "Pszczółka Maja" czy "Miś Uszatek" wysyłały już po 19. Od tego czasu dużo się zmieniło. Większość czynnych zawodowo Polaków pracuje w sektorze handlu oraz usług - rozpoczynając pracę między ósmą a dziesiątą rano. Wiele firm, zwłaszcza zagranicznych, wprowadza "przerwy na lunch", czasem nawet dwugodzinne. O ile sjesta jest jak najbardziej na miejscu w Hiszpanii, gdzie w wyniku "bardzo wschodniego" czasu oraz bliższemu równikowi położenia słońce nie zachodzi nigdy przed 18, o tyle w Polsce harmonogram pracy - np. 7-17 z dwugodzinną przerwą oznacza przez ok. 3 miesiące konieczność wychodzenia do pracy oraz powrotu z niej... w nocy.

Czy zatem sensowne jest utrzymywanie niedostosowanego do obecnego trybu życia czasu urzędowego UTC+1/+2? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Zmiana czasu na UTC+2 w zimie oraz UTC+3 w lecie, byłaby rozwiązaniem najlepiej dostosowującym przedział jasnych godzin dnia do aktywności współczesnego Polaka. Zyskalibyśmy dodatkową jasną godzinę wieczorem, co poprawiłoby nasze samopoczucie, osłabiając czy niwelując skutki tak czasem dokuczliwego jesienno-zimowego przygnębienia.

Malkontenci zaoponują - przecież rankiem będzie dłużej ciemno! Otóż godzina jasności rano a godzina jasności wieczorem nie są jednakowo wartościowe. To dokładnie tak samo, jak gdyby człowiek miał wybierać, czy chce być najpierw biedny i nieszczęśliwy, a potem do samej śmierci bogaty, czy też najpierw opływający w dostatek, a przed śmiercią ich pozbawiony. Wybór jest chyba oczywisty - lepiej, by "dobre" było na końcu.

Są blaski, a cienie?

Oprócz korzyści psychologicznych, wskazać można także kilka innych. Zanim je wymienię, warto wspomnieć, że pomysł zmiany czasu urzędowego pojawia się także w Wielkiej Brytanii. Od pewnego czasu grupa brytyjskich parlamentarzystów lobbuje za zmianą na czas środkowoeuropejski, co zrównałoby Brytyjczyków z Francuzami. Oprócz korzyści energetycznych oraz psychologicznych, wspomina się tam także o pozytywnym wpływie tego rozwiązania na branżę turystyczną, a także na zmniejszenie liczby wypadków na drogach.

My także mamy piękne bałtyckie plaże - może, gdyby słońce zachodziło nad nimi równie późno, jak na hiszpańskiej Majorce, przyjeżdżałoby więcej gości?

Przeciwnicy idei mogą podnieść duże koszty tej zmiany i chaos w sektorze informatycznym. Czy na pewno mają rację? Doświadczenia krajów "majstrujących" ze swymi strefami czasowymi pokazują, że nie są to koszty kolosalne. We współczesnych komputerach wcale nie trzeba nawet zmieniać czasu - wystarczy zmienić strefę czasową - wewnętrzny zegar komputerów "tykać" będzie bez żadnych zmian.

Najlepszym momentem do wprowadzenia reformy strefy czasowej u nas byłaby październikowa zmiana czasu - po prostu raz nie cofnęlibyśmy wskazówek w październiku, zaś już w marcu następnego roku znaleźlibyśmy się w nowej dla naszego kraju strefie UTC+3.

Wprowadzenie zmiany powinno oczywiście zostać poprzedzone konsultacjami społecznymi - w szczególności regionów, w których w wyniku zmiany słońce wschodziłoby w zimie najpóźniej. Np. w Świnoujściu wschód słońca w sylwestrowy oraz noworoczny poranek następowałby o godz. 9.22. To późno i wymagać będzie szczególnej uwagi - choć tego roku w Moskwie tego samego dnia słońce wzeszło jeszcze później - dopiero "punkt dziesiąta".

A Rosjanie przed tegorocznymi wyborami prezydenckimi zarzucali władzy różne rzeczy - nikt jednak nie narzekał na wschód Słońca o dziesiątej - może więc nie będzie to duży problem? Na zachodzie Francji słońce też wschodzi po dziewiątej i nie ma z tego powodu problemów, podobnie w hiszpańskiej La Corunie.

Alternatywy

Przedstawiony w niniejszym artykule wariant nowej strefy czasowej dla Polski jest według mnie najbardziej optymalny. Zachowuje przy tym dotychczasowe zmiany czasu zimowy/letni. Dzięki temu dodatkowe godziny zyskujemy i zimą, i latem. W epoce globalizacji oraz tanich linii lotniczych (a tym samym jet lagów dla każdego) podnoszone przez niektórych niekorzystne wpływy zmian czasu wydają się błahostką wobec korzyści osiąganych w wyniku zmiany - niczym chwila goryczy podczas przełykania pigułki niwelującej mogącą trwać tygodniami grypę.

Zmianę czasu najlepiej pozostawić. Inną alternatywą jest obecny czas letni trwający przez cały rok - da on nam korzyści w zimie, ale nie da tego, co najlepsze: słonecznych, letnich, francuskich wieczorów, którym oprócz promieni słońca przyświecać będzie radość życia i optymizm.

Naprawdę. Wystarczy tylko głosowanie i podpis prezydenta. Było już wiele głosowań, po których miało być lepiej, a było jak zwykle. Efekt tej jednej, jedynej zmiany odczujemy jednak pozytywnie wszyscy.

Czy Ty też tak uważasz? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.