Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Do napisania listu zainspirowała mnie nagłośniona przez media historia miłości polskich żołnierzy: Joanny i Piotra, którzy wzięli ślub w Afganistanie.

Cieszę się, że ta afgańska "miłość" ma szczęśliwy finał, a Piotr przywraca wiarę w to, że to co w sferze uczuciowej dzieje się w polskim kontyngencie w Ghazni może być prawdziwe, trwałe i przede wszystkim uczciwe. Bowiem "miłości" z Afganistanu zwykle mają mniej szczęśliwy finał, nierzadko po powrocie do Polski kończą się prawdziwymi dramatami - głównie kobiet.

Jeden z wysoko postawionych wojskowych komentując informację o ślubie w Afganistanie, powiedział, że w Ghazni hormony nie szaleją. Być może uważa tak, gdyż nie jest kobietą, która pracuje i mieszka w bazie. Z perspektywy kobiet sprawa wygląda inaczej - są one oblegane przez tabuny mężczyzn, którym często zdarza się zapominać, że mają w Polsce rodziny, że ktoś na nich czeka, że kogoś mogą skrzywdzić.

Wiadomo na wojnie kobieta to przedmiot deficytowy. I ostatecznie po powrocie do kraju tak właśnie jak przedmiot - który jak się znudzi można go, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności, odstawić - często są traktowane. Oczywiście nie jest tak, że panie są święte, a panowie w bazie to zło wcielone. Niektóre z kobiet świadomie korzystają z adoracji żołnierzy na tyle na ile mogą, zgodnie z powiedzeniem "dziewczyny, nigdzie nie będziecie tak piękne jak w Afganistanie" i wykorzystują damsko-męskie dysproporcje.

Problemem są sytuacje (wcale nieodosobnione) kiedy żołnierze wchodzą w stałe związki z kobietami w bazach, spędzają razem każdą wolną chwilę, planują wspólną przyszłość w Polsce, namawiają do zmiany planów życiowych, a zdarza się nawet, że się oświadczają, a w kraju dochodzi do zderzenia z rzeczywistością. Okazuje się, że "on" zapomniał powiedzieć, że ma rodzinę, że wcale nie jest rozwiedziony, że w ogóle to "byłaś głupia, że myślałaś, że to na serio", że "nic mnie nie obchodzisz", "mogłaś się domyślić, że kogoś mam".

Zdarzają się sytuacje, że "ona" jest w ciąży i zostaje z dzieckiem sama. Nie wiem z czego wynika taka nagła zmiana postawy, żołnierze tak mocno potrafią kochać i okazywać uczucia w bazie, to równie silnie i nagle potrafią "miłość" z bazy zostawić samą, brutalnie i oschle.

Odczuwalność emocji jest na wojnie na pewno inna niż w Polsce, może to jest tak jak pisze Marcin Ogdowski, że napięcia i stres znajdują ujście m.in. właśnie w tych tworzonych w bazie związkach? Nie rozumiem tylko dlaczego żołnierze często nie potrafią postawić sprawy uczciwie: w Polsce mam kogoś i kontynuacji nie będzie? Daliby wówczas kobietom z bazy możliwość zadecydowania, czy chcą wchodzić w głęboką (bo trwają one nawet po pół roku) relację z kimś, kto potem wróci do "swojego" życia? A może właśnie dlatego, że większość zostałaby odprawiona z kwitkiem kłamią i kreują nieprawdziwy obraz swojego życia nie myśląc o tym, jaką cenę za to za kilka miesięcy zapłaci ich "ukochana" z bazy?

Można uznać, że kobiety w bazie są naiwne, że powinny wiedzieć, że to jak w delegacji - "za granicą to się nie liczy". Ale kiedy odprawia się średnio kilkunastu adoratorów, to w końcu najprawdopodobniej i tak trafi się na kogoś, kto ma to "coś", komu się wierzy, kto chwyta za serce i z kim się chce być, bo w końcu nie można przecież zakładać, że wszyscy żołnierze w Ghazni kłamią. Prawda wychodzi na jaw dopiero po 6. miesiącach i niestety statystyki są mało optymistyczne - większość kobiet po powrocie do kraju zamiast wspólnej, świetlanej przyszłości czeka porzucenie, często w ordynarnym stylu.

Dlatego Panowie, proszę o chwilę zastanowienia nad konsekwencjami swoich działań nim w Ghazni zaczniecie wprowadzać kogoś w błąd, nim - mówiąc wprost - po prostu zaczniecie niszczyć komuś życie.

Panie - dla swojego dobra - nieco bardziej sceptycznie podchodźcie do tego, co mówią wasi adoratorzy z bazy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.