Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Felieton Joanny Bator z pewnością podreperował samopoczucie wszystkich tych kobiet, które z jakichś powodów nie chcą mieć dzieci. Był zasłużoną rekompensatą po latach nagabywań przez matki, babki i wścibskie sąsiadki, umiejące artykułować zazwyczaj tylko jedno monotonne pytanie - "kiedy dzidziuś?"

Rozumiem, choć nie jest to moim doświadczeniem, że życie pod presją takich oczekiwań może budzić rozgoryczenie wobec ludzi. A już zwłaszcza wobec matek Polek, których widok kłuje w oczy, choćby one same nawet cichutko siedziały i ze swoim macierzyństwem wcale się nie obnosiły.

Nie oceniam Marii Czubaszek. Niech mi jednak wolno będzie odebrać jej słowa (a to zasadnicza różnica) za nieprzemyślane, nietaktowne czy już mówiąc mniej eufemistycznie - kompromitujące. Jeśli zgodzimy się na to, aby w pewnych sferach życia zbarbaryzować język pod płaszczykiem cudnie wyzwolonej z okowów hipokryzji - bezwzględnej szczerości, to jak daleko zajdziemy i co nam w rękach zostanie?

Jaka wartość ocaleje, jaka świętość nie zostanie sponiewierana przez chwilowy kaprys paplania o wszystkim bez zahamowań? Jeśli przystaniemy na to, aby mówić o niechcianym dziecku niemalże jak o pestce, którą w porę trzeba wypluć ze swojego organizmu, to każdy z nas będzie musiał też zredefiniować pojęcie o sobie samym i własnym człowieczeństwie.

Nie zgadzam się ze zdaniem Joanny Bator, że największe oburzenie wywołał sam fakt, że "Maria Czubaszek głośno powiedziała, że nie chciała rodzić tych dzieci". Oburza przede wszystkim fakt, w jaki sposób i w jakich słowach padło to wyznanie.

Rozumiem, że można nie czuć się dojrzałym do macierzyństwa, można go nie chcieć czy wręcz się bać, ale rozprawiać o usuwaniu ciąży językiem frywolnego felietonu to chyba jednak zbyt daleko posunięta działalność kabaretowa.

Nie rozumiem więc tak ekstatycznego entuzjazmu Joanny Bator dla słów Marii Czubaszek. Zapewne prawdą jest, że "nikt nie ma prawa mówić kobiecie jak powinna się czuć po aborcji, a jak czuć się jej nie wolno". Mamy jednak prawo prosić i oczekiwać, aby mówienie wobec całej Polski o doświadczeniu aborcji nie było ot -takim sobie paplaniem z uśmieszkiem przy kawce i papierosku.

Mimo wszystko, w akcie aborcji Ktoś został skrzywdzony i relacjonowanie tego faktu wszem i wobec w słowach "to była ulga" budzi uzasadnione sposępnienie i niedowierzanie.

Od tej pory każdy chodzący po tym świecie, mógłby stojąc przed lustrem cieszyć się, że tak ładnie wyrósł z zarodka dzięki temu, że jego Mama nie chciała sobie "ulżyć". Nie narzucam kobietom po aborcji co mają czuć - jak widzi to Joanna Bator. Jednakże mój uzasadniony sprzeciw budzi wnoszenie do dyskursu publicznego tonu ekshibicjonizmu, wesołkowatości i to w sferach tematów poważnych, intymnych, gdzie obowiązuje większa odpowiedzialność za słowo i jego oddźwięk.

Pobrzmiewa w felietonie także odrobina arogancji, która pozwala opisywać autorce kobiety z wyboru bezdzietne jako te silniejsze indywidualności, zdolne siłą swego charakteru oprzeć się pandemii rodzenia i namnażania.

Matka Polka jawi się w tym artykule jako nieco anachroniczny model kobiecości, który nawet jeśli nie wprost to między wersami warto obśmiać. Nie pojmuję po co ten cały trud wykrzewiania z Polaków wstrętów antyżydowskich, antyhomoseksualnych i wielu innych, skoro w zamian, na łamach "Gazety" fundujemy kolejne spory i preteksty do tego, by łypać na siebie z nienawiścią. Nowa batalia pod hasłem: "Zimne suki" kontra "Matki Polki" jako propozycja odwrócenia uwagi od nieudanych przygotować do Euro 2012.

Puentowanie felietonu według jednych - odważnym, według innych - żałosnym stwierdzeniem, że "lepiej być zimną suką niż matką Polką" to wątpliwa kropka na finał rozważań. Nie neguję uogólnienia że "suka to dobre zwierzę" ale wolę inne - matka to dobry człowiek.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.