Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Mój list jest wynikiem nagromadzonej w ciągu ostatnich miesięcy frustracji, poczucia bezsilności i gniewu. Te emocje, zamiast rozładowywać się z biegiem czasu, natężają się.

Chodzi o rzecz, patrząc na statystyki, banalną w naszym kraju - o wypadek drogowy. Pod koniec roku 2010 (w wieku 27 lat) prawidłowo przechodząc przez przejście dla pieszych zostałam potrącona przez samochód - droga była prosta, bez kolein, przejście oznakowane, pierwszy rząd samochodów zatrzymał się, nie byłam pierwszą pieszą, która weszła na jezdnię, więc nie ma mowy o żadnym wtargnięciu.

Kierowca "zagapił się" i potrącił 2 osoby - jednej z nich nic się nie stało, druga - czyli ja, nie miała tyle szczęścia. W wyniku wypadku doznałam utraty przytomności, miałam liczne potłuczenia, a ostateczne rozpoznanie to "ciężki uraz czaszkowo-mózgowy".

Tydzień spędziłam na oddziale diagnostyki neurologicznej, zostałam wypisana ze szpitala z zaleceniem robienia kontrolnych badań i stałej opieki neurologicznej. Kolejne dni spędziłam w łóżku, pod opieką rodziców, gdyż miałam trudności z chodzeniem i wykonywaniem podstawowych czynności.

"W międzyczasie" usiłowałam walczyć z piskiem w czaszce - na skutek wypadku cierpię po dziś dzień na szumy uszne. Ale na szczęście potem było już lepiej.

Kiedy już byłam w stanie samodzielnie funkcjonować, postanowiłam dowiedzieć się czy sprawca mojego wypadku poniósł jakiekolwiek konsekwencje swojego czynu. I właśnie tu zaczyna się wielka przygoda, frustrujące zmagania z tzw. stróżami prawa.

Najpierw nie byłam w stanie dowiedzieć się, czy sprawca wypadku został zidentyfikowany (nie miałam pojęcia, kim jest - w chwili zdarzenia straciłam przytomność, odzyskałam ją po przyjeździe karetki).

Wypadek miał miejsce w miejscu X - tamtejsza policja nie była w stanie udzielić mi żadnych informacji, pomimo moich telefonów i wizyt osobistych na komendzie. Dopiero po około miesiącu dowiedziałam się, że dane sprawcy "wykroczenia" uzyskam w wydziale ruchu drogowego. Na tę informację (jedno zdanie) musiałam czekać miesiąc.

Po wielu tygodniach chodzenia, pytania, dzwonienia uzyskałam dostęp do notatki policyjnej wg której nic mi się nie stało (sama jakoby powiedziałam to policjantowi przybyłemu na ostry dyżur, gdzie leżałam po wypadku, tak też jakoby twierdził jeden z pełniących dyżur lekarzy - może jeden z tych, którzy uznali wynik tomografii mojego mózgu za niepokojący i nakazali dalsze badania?)

W szpitalu policjant pytał mnie, jak doszło do zdarzenia i czy piłam alkohol, nie pytał o samopoczucie, a rozmawiałam z nim w pozycji leżącej, bo nie byłam w stanie nawet lekko unieść głowy wskutek wstrząsu mózgu.

Dowiedziałam się, że sprawca został ukarany mandatem w wysokości 500 zł i punktami karnymi. Koniec.

Stwierdziłam, że to kara nieadekwatna do tego, co zrobił i postanowiłam złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Ale nie było to takie proste. Na komendzie, gdzie wisi piękny plakat "Ofiaro - znaj swoje prawa" usiłowałam wytłumaczyć panom policjantom, co się stało.

Panowie policjanci z uśmiechami poklepali mnie tylko po plecach i powiedzieli ze według nich cyt. " (...) całkiem dobrze wyglądam i chyba przesadzam, że coś mi się stało".

Wyszłam stamtąd nie wierząc własnym oczom i uszom. Zaserwuję jeszcze dowcip jednego z panów mundurowych: cyt. "Szkoda, że pani z tego wypadku nie przywieźli nagiej w worku, chętnie bym sobie panią obejrzał, hahaha".

Mimo wszystko postanowiłam nie poddawać się. Wreszcie - udało się. Złożyłam zeznania, dokumentację medyczną. Biegły lekarz orzekł, ze doszło do rozstroju zdrowia powyżej 7 dni, sprawcy zostaną przedstawione zarzuty. Następnie sprawa trafiła do prokuratury. Tam sprawca poprosił o kolejną ekspertyzę biegłego - podważył moje obrażenia, miał do tego prawo, rozumiem.

Kolejny biegły przyznał rację swemu poprzednikowi - w myśl tego sprawca powinien stanąć przed sądem. Wobec tego oskarżony (do tamtej pory nie usłyszałam od niego chociażby "przepraszam") postanowił wystąpić o warunkowe umorzenie postępowania karnego. Pan prokurator, pomimo mojego sprzeciwu, zaaprobował ten pomysł.

Stwierdziłam, że w tej sytuacji bez prawnika nie dam rady sama dłużej tego kontynuować. Rozpoczęłam współpracę z panią adwokat. Wreszcie spotkaliśmy się we czwórkę przed sądem - adwokaci, sprawca oraz ja. Dopiero wtedy, rok po zdarzeniu sprawca mnie przeprosił i poprosił, żebym wycofała oskarżenie, bo cyt. "Czy ja chcę mu złamać karierę?". Odparłam, że nie, ale chciałabym wiedzieć czy on ma świadomość, że "złamał mi" coś ważniejszego od kariery.

Pełnomocnik sprawcy zaproponował mi ugodę - moja zgoda na warunkowe umorzenie postępowania w zamian za pieniężne zadośćuczynienie. Pieniądze są ważne, nie przeczę, ale w tym wszystkim zależało mi na tym, aby sprawca wypadku poniósł odpowiedzialność z swój czyn, żeby zastanowił się nad tym, co zrobił. Żeby pomyślał o swoim zachowaniu - myślę, że moje nastawienie byłoby inne, gdyby chociaż odwiedził mnie w szpitalu i powiedział mi uczciwe, szczere "przepraszam". Nie miało to miejsca (sprawca tłumaczył to błędnymi informacjami udzielonymi mu przez policjanta).

Pani adwokat zaczęła namawiać mnie na ugodę. Byłam już zmęczona tym wszystkim - oprócz tego, że pracuję, robię studia podyplomowe i leczę się wskutek urazu - miałam jeszcze na głowie (nomen omen) sprawę sadową. Wyraziłam zgodę na umorzenie postępowania .

W ciągu miesiąca miałam otrzymać pieniądze na pokrycie kosztów leczenia, na przyszłe wizyty lekarskie (wskutek urazu do tej pory leczę się neurologicznie i otolaryngologicznie). Ale pieniądze nie nadchodziły. Wreszcie nadeszło pismo z sądu - w wyniku błędu prokuratora (pomylił jedną cyferkę w dacie zdarzenia) musi mieć miejsce kolejna rozprawa. A ja wobec tego pieniądze dostanę za pół roku (w najlepszym wypadku), za rok lub półtora. Może potrwać to dłużej - nie wiadomo. Jedna cyferka. Jedna cyferka źle wstawiona przez pana prokuratora - a ja nie mam pieniędzy i mam na nowo przeżywać stawianie się w sadzie, przeżywać to, czego chciałam uniknąć.

To tyle. Boję się pomyśleć, czym jeszcze mnie zaskoczy państwo polskie. Jestem ciekawa, czy pan prokurator pożyczyłby mi pieniądze na badania, których wskutek jego pomyłki nie mogę zrobić w najbliższym czasie, bo mnie na nie po prostu nie stać?

Dziękuję losowi, że jestem w stanie chodzić, że choć do tej pory odczuwam skutki wypadku, to wciąż pracuję, uczę się, mam plany na przyszłość.

Państwo polskie pod postacią policji i prokuratury wysłało mi jasny przekaz - nie wyobrażaj sobie, że cokolwiek możesz. Musiał minąć rok, abym w pełni to zrozumiała. Teraz rozumiem.

Dziękuję za nauczkę. A jaki z tego morał? Jeżeli uda mi się otrzymać odszkodowanie, jego część zainwestuję w bilet w jedną stronę na zachód od Polski. Ktoś powie - wszędzie jest tak samo. Ok., pewnie tak, ale może policja czy prokuratura na zachodzie ma odrobinę cywilnej odwagi, żeby przyznać się do popełnionych błędów? Może tam ofiary przestępstw nie są wyśmiewane i "przyjacielsko" klepane po plecach. Kolejne pytanie: jak panowie policjanci traktują ofiary gwałtów - czy też je poklepują? Czy im też serwują widoki zdjęć pornograficznych zawieszonych nad stanowiskami pracy? -miałam kilkakrotnie okazję, by podziwiać takie elementy wystroju wnętrz. I wreszcie: może tam do mojego wypadku by nie doszło, bo kierowcy zwalniają przed przejściem dla pieszych? Bo może są tam surowsze kary za zniszczenie ludzkiego zdrowia lub życia?

Nie zamierzam składać skargi na działania instytucji, z jakimi miałam nieprzyjemność się kontaktować - lepiej poinformowani w tej materii ludzie wręcz mnie przed tym przestrzegali. Nie wiem czy takie działania są normą, czy to ja miałam po prostu pecha i trafiłam na ludzi, na jakich trafiłam. Śledząc informacje prasowe na temat tego typu praktyk obawiam się jednak, że nie jestem wyjątkiem.

A ewentualnym ofiarom wypadku mogę poradzić, aby wszystko co się da dokumentowały/nagrywały/miały świadków na potwierdzenie prawdziwości swoich słów - lepsze to niż liczenie na prawdomówność tych, którzy teoretycznie powinni jej strzec i bronić.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.