Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Wiara jest być może ostatnią deską ratunku przed potwornością świata. Ale deską nabitą gwoździami - napisał w "Magazynie Świątecznym" Krzysztof Varga ("My, ateiści", 4-5 lutego). Pytał: skoro Bóg jest wszechmocny i miłosierny, czemu pozwala, by ludzie tak bardzo cierpieli? Czemu ludzie mordują innych w imię religii? To religia sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy.

Odpowiadał mu teolog Konrad Sawicki: racjonalny ateizm nie jest tak groźny dla chrześcijaństwa, jak chce Varga. Od samego początku Kościoła - odkąd prawie wszyscy apostołowie uciekli spod krzyża, na którym umierał Jezus, a Piotr wyparł się trzykrotnie mistrza - największym zagrożeniem dla chrześcijaństwa są sami chrześcijanie.

Anna Connolly pisała: W obliczu straszliwego świata przekonać kogoś o istnieniu Boga może tylko doświadczenie Go bądź uwierzenie komuś, kto Go doświadczył. Na mnie największe wrażenie wywarł Jezus, dlatego jestem chrześcijanką. Wiara religijna była (i jest) nadużywana do niecnych celów. Jednak jej istoty - przekonania, że ostatecznie zwycięży miłość - nie narusza to, że ludzie błądzą i grzeszą (oba teksty w "MŚ" 11-12 lutego).

"Deską nabitą gwoździami" jest nie tylko wiara, ale i ateizm. Również po nim wyciągamy gwoździe obmyte krwią niewinnych ludzi. Nie ma potrzeby licytować się ludzką krzywdą. Ostatnią deską ratunku dla świata jest niesprowadzanie Boga do roli totemu dla jakiegokolwiek fundamentalizmu - pisał ks. Jacek Prusak, jezuita.

Teiści uciekają od konfrontacji z mocnymi argumentami na rzecz ateizmu. Pięknie piszą o wierze, ale nie potrafią się ustosunkować do zarzutu, jak to jest, że wszechmogący i nieskończenie dobry Bóg dopuszcza do zła na świecie. Niech odpowiedzą racjonalnie na pytania stawiane im przez ateistów - wzywał Michał Osypowicz (oba teksty w "MŚ" 18-19 lutego).

Publikujemy kolejne głosy.

Lepszy Bóg zły niż żaden

Krzysztof Varga przywołuje najmocniejszy argument przeciw teizmowi - cierpienia niezawinionego: dlaczego wszechmocny i miłosierny Bóg zezwala na cierpienie?

Problem cierpienia nie jest obcy myśli religijnej. Już 2500 lat temu Budda Siakjamuni jako fundament swego nauczania pokazał cztery szlachetne prawdy, z których pierwsza - kamień węgielny buddyzmu i punkt wyjścia dalszych nauk - mówi o tym, że doświadczenie cierpienia jest podstawowym doświadczeniem egzystencjalnym człowieka i zmierzenie się z nim jest największym wyzwaniem stojącym przed nami.

Nie jestem buddystą, więc trudno mi się wypowiadać, na ile kwestia istnienia Boga jest w ogóle dla buddyzmu istotna, ale przywołuję tę tradycję, by pokazać, że wobec faktu istnienia cierpienia niekoniecznie trzeba rezygnować z refleksji religijnej.

Zajmijmy się kwestią, czy wobec występowania cierpienia na świecie Bóg istnieje. Sprawdźmy, czy odpowiedź na nie ma istotne praktyczne konsekwencje, czy też jest to raczej pytanie retoryczne. A zatem czy moja zmiana poglądu w kwestii istnienia Boga zmniejszy sumę cierpienia na świecie choćby o jeden gram? Jeśli tak by było, gotów byłbym zrezygnować z istnienia Boga, choćby i jutro.

Skoro jednak tak nie jest, wypada stwierdzić, że pytanie to nie zmienia w kwestii cierpienia nic, a z faktem jego występowania na świecie musi się zmierzyć tak wierzący, jak i niewierzący. I nie jest tu najważniejsze pytanie o przyczynę cierpienia, ale o naszą reakcję na nie. A zatem zasadne pytanie brzmi: "Co należy zrobić z cierpieniem? Jak je zmniejszyć?". I są to pytania, które zamiast dzielić ludzi na wierzących i nie, łączą ludzi różnych poglądów i dają nam możność wspólnie doprowadzić do realnej zmiany na lepsze.

Poza stroną retoryczną pytania o relację Boga z cierpieniem jest też kwestia bardziej fundamentalna. Bóg - w większości perspektyw - jest transcendentny. Leibnizowskie pytanie: "Czy Bóg mógł stworzyć lepszy świat, na którym jest mniej cierpienia?", jest pytaniem o naturę Boga. Tak jak i bardziej naiwne: "Czy wszechmocny Bóg mógłby stworzyć kamień tak ciężki, że go podnieść sam nie może?".

Spójrzmy na relację cierpienie - Bóg jeszcze bardziej paradoksalnie: czy wraz ze wzrostem cierpienia na świecie Bóg przestaje istnieć jakoś bardziej? A wraz z jego spadkiem zaczyna się pojawiać? A jeśli kiedyś nam jako ludzkości uda się - dzięki postępowi - wyeliminować cierpienie, to czy Bóg zaistnieje? A może Bóg istniał, zanim pojawiły się organizmy żywe, zdolne do odczuwania bólu, a potem zanikł wraz z pojawieniem się cierpienia?

Paradoksy te wymieniam, by pokazać, że tak sformułowany problem ("Czy wobec cierpienia Bóg istnieje?") nie jest problemem istnienia Boga, tylko problemem naszego ułomnego języka służącego do opisania Go.

W tradycji muzułmańskiej, do której sam przynależę, Boga znamy poprzez asma ul-husna - 99 "pięknych imion", atrybutów, którymi Bóg opisał się w Koranie (będącym dla muzułmanów objawieniem podyktowanym przez samego Boga). Jest wśród nich i "wszechmocny", który brzmi ala kulli szain qadir - mocny nad wszystkimi rzeczami, mocny nad wszystkim w naszym świecie - ale czy mocny nad samym sobą? To na pewno ciekawa zagadka logiczna, ale nie coś, co dane jest nam poznać, skoro to, co wiemy o Bogu, wiemy z objawienia.

Analogicznie pytanie o stosunek miłosierdzia bożego do cierpienia na świecie jest tyleż pytaniem o cierpienie (mało owocnie sformułowanym), co pytaniem o naturę boskiego miłosierdzia. A tę znamy na tyle, na ile Bóg spoza tego świata objawił się nam w Koranie czy innych Świętych Księgach. Taka przynajmniej jest perspektywa teologii muzułmańskiej.

A zatem pytanie "czy Bóg mógł urządzić świat lepiej, z mniejszą ilością cierpienia?", jest w istocie pytaniem o to, "jaki jest Bóg", a ta wiedza nie jest nam dana. Natomiast zasadne i prowadzące do konkretnych rezultatów pytanie brzmi: "Co my możemy w tym świecie, takim, jaki jest, z tym cierpieniem zrobić?".

Varga wzywa teistów: "To wy, wierzący, wykażcie, że ten wasz Bóg istnieje naprawdę". Na pewno znajdą się tacy wierzący, którzy z ochotą będą przedstawiali długie dowody na boskie istnienie. Ja, kiedy tylko taki dowód się pojawi, przestaję wierzyć.

Po czyjej stronie leży dowodzenie istnienia Boga? Znów jest to pytanie - jak pytanie: "Czy Bóg istnieje, skoro istnieje cierpienie?" - które nie prowadzi do żadnych praktycznych rezultatów. Może być ćwiczeniem filozoficznym, ale może też być pytaniem, które dzieli ludzi. Mnie bardziej odpowiada inne pytanie: "Jak my - teiści, ateiści i ludzie innych opcji - mamy urządzić nasze społeczeństwo, tak by wszyscy czuli się w nim u siebie?". Vardze krzyż w Sejmie jest obojętny, ale wielu ateistom wiele rzeczy, choćby częsty brak lekcji etyki w szkołach, przeszkadza. Chciałbym, by Polska (i Europa) były tak urządzone, by im te kwestie nie przeszkadzały.

Varga pisze: "Możemy zgodzić się ewentualnie na istnienie Boga, ale pod warunkiem, że jest to Bóg nieskończenie zły, mściwy i nienawidzący ludzkości". Muzułmański mistyk Ibn Arabi (1165-1240) w "Księdze o podróży nocnej do najbardziej szlachetnego miejsca" pokazuje kolejne etapy na drodze zbliżania się do Boga. Nie wiem, może są i takie drogi do Boga - najpierw ujrzeć w Nim diabła, by z czasem dostrzec jego boskość.

Maciej Kochanowicz - socjolog, specjalizuje się w badaniach opinii publicznej; w latach 2005-08 pracował w "Gazecie Wyborczej". Muzułmanin - nieregularnie pisze blog bisurmanin99.blogspot.com

Bóg i zło. Wierzący inaczej

Dlaczego wszechmogący i miłosierny Bóg pozwala, by ludzie tak bardzo cierpieli? Czemu nie robi nic, aby zlikwidować głód, wojny, katastrofy? - zastanawia się Krzysztof Varga.

To jedno z najbardziej kłopotliwych pytań stawianych ludziom, którzy wierzą lub pragną wierzyć w jakiś wyższy ład, sens i cel życia, w jakąś Wyższą Świadomość ogarniającą całość.

A gdyby przyjąć taką oto, nieprzyjemną hipotezę. Otóż owa Wyższa Świadomość (Źródło, Absolut, Bóg) celowo powołuje wypaczony świat, abyśmy musieli ewoluować, przekształcając zarówno siebie wewnętrznie, jak i nasze fizyczne, ziemskie otoczenie. Z rozmysłem umieszczani jesteśmy w niedoskonałej rzeczywistości, abyśmy w trakcie procesu jej poznawania i przeżywania poznawali też, przemieniali i doskonalili siebie. Zło ma być dla nas wyzwaniem. Inaczej nie mielibyśmy żadnego powodu ni motywacji do poprawiania tej rzeczywistości, rozwijania się i mierzenia swego postępu na duchowej ścieżce.

Taka koncepcja jest trudna do zaakceptowania, bo zakłada świadomy plan, w którym cierpienie i przemoc pełnią zaaprobowane funkcje, a zło traktowane jest jako instrument edukacji. Przypomina to trochę zachowanie "strasznego dziadunia" ze znanej powieści Rodziewiczówny, który całe lata tresuje w chłodzie i głodzie swego ukochanego wnuka, by wyrósł na silnego i szlachetnego mężczyznę. I udaje mu się. No cóż, w realnym życiu często jest odwrotnie.

Zadaniem duszy, czyli naszego wyższego, wewnętrznego Ja, jest wszechstronny rozwój. Dlatego musi ona poprzez swego "nosiciela", istotę ludzką, nauczyć się umiejętności radzenia sobie w różnych warunkach, co oznacza doświadczanie nie tylko miłości i sprawiedliwości, lecz także nienawiści i nieprawości. Owszem, egzystowanie na Ziemi przypomina poniekąd jakieś zdumiewające laboratorium, gdzie szalony (genialny?) naukowiec nieustannie zestawia, zderza i krzyżuje ze sobą przeciwieństwa: zło - dobro, brzydota - piękno, ból - przyjemność, cierpienie - radość, depresja - błogostan.

Być może gdyby człowiek poznał jedynie pokój i miłość, nigdy nie potrafiłby rozpoznać i realizować swego potencjału. Nie wiedziałby, co to odwaga i poświęcenie, bo nie znałby strachu i zagrożenia. Bez przeżycia chaosu nie umiałby stwarzać i docenić harmonii. Dusza nie jest w stanie zgłębić tego wszystkiego w jednym, krótkim, ziemskim życiu. Mozolna edukacja dokonuje się poprzez długi ciąg wcieleń i zróżnicowanych żywotów, w których bywamy zarówno tymi dobrymi, jak i złymi.

Oczywiście, każdy ponosi pełną odpowiedzialność za swoje destrukcyjne, aspołeczne i okrutne uczynki, gdyż posiada wolną wolę i ma możliwość wyboru swego postępowania. Ale w jakimś stopniu odpowiada za to również Bóg, bo zachęca nas do tej nauki i badania rozmaitych stron egzystencji i natury ludzkiej.

Czy człowiek może wzrastać duchowo bez zaznania zła, a wyłącznie dzięki pozytywnym impulsom - miłości, empatii, zadowoleniu? Pewnie tak, kiedy już znajdzie się na innym etapie rozwoju, gdzie konieczność przeżywania negatywnych stanów i doświadczeń ma za sobą.

Jeśli przyjąć, że wszystko we Wszechświecie stanowi jedność, to rozwój każdej duszy wzbogaca również Źródło. Inaczej mówiąc, Bóg ewoluuje wraz z nami, bilionami ludzkich dusz. Taki jest chyba sens naszych trudów i zmagań, przeżywania strasznych i wspaniałych chwil oraz doskonalenia siebie.

Barbara Labuda - działaczka opozycji demokratycznej w czasach PRL-u, po 1989 r. posłanka (OKP, UD, UW). B. minister w Kancelarii Prezydenta RP, b. ambasador RP w Luksemburgu

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.