Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Nonszalancja jest szokująca. Tylko czyja?

Proszę o publikację poniższego listu, jestem czytelnikiem "Gazety" i po raz pierwszy zdecydowałem się zabrać głos w sprawie tekstu...

Chodzi mi - tak jak Pani Katarzynie - o odczucia, o dokuczliwe i wyjątkowe odczucie uwierania. Otóż uwiera mnie łatwość, z jaką wpada się dziś w księży ton, nonszalancja, z jaką wygłasza się kazania.

Nie upłynęło nawet piętnaście minut od lektury komentarza Pani Katarzyny, a sprawa ta zdecydowanie nie daje mi spokoju i nie pozwala przejść radośnie do służbowych wyzwań dnia powszedniego. Na początek dwa zastrzeżenia - bardzo lubię Katarzynę Kolendę-Zaleską, głównie dlatego, że lubię wszystkich ludzi, których nie znam trochę na kredyt. Po drugie nie zamierzam osądzać niczyich wyborów.

Ale coś mnie w tej sprawie uwiera nadal, pali wręcz w gardle niczym zgaga. Dziś ustawianie się w pozycji moralizatorskiej jest na porządku dziennym. W mediach komentatorzy często prześcigają się w świętobliwych oburzeniach roztrząsając sprawy, które w najmniejszym stopniu ich nie dotyczą i o których nie mają pojęcia, by w ten sposób zyskać na popularności, bo takiej ugrzecznionej, ciepłej i mdłej duchowej strawy oczekują widzowie i czytelnicy. W końcu nie ważne o czym mówię, ważne, że zgadzam się z Janem Pawłem II lub księdzem Bonieckim. Te nazwiska, obok mojego, wyglądają tak ładnie.

Tę potrzebę pławienia się w odbitym blasku chwały błogosławionych i mądrych ludzi można jeszcze zrozumieć. Każdy biznes rządzi się własnymi prawami. Ale Katarzyna Kolenda-Zaleska komentuje fakt, że ktoś ośmiela się mówić o sprawach intymnych i banalnych w swoim własnym intymnym odczuciu. Oto sprawa Marii Czubaszek stała się dylematem moralnym w kręgu nakreślonym nabożną dłonią Katarzyny Kolendy-Zaleskiej.

Tu żadne tabu nie zostało złamane. Przekroczono po raz kolejny granicę dobrego smaku w epatowaniu własnym zgorszeniem i poczuciem misji. Czy nie ma żadnego komentarza, który chciałoby się zachować dla siebie? Wszystko jest na sprzedaż?

"W Polsce toczy się debata o tym, od którego momentu można mówić o człowieku i czy nie zezwolić na przerywanie ciąży w jej pierwszych tygodniach. W debacie uczestniczą i politycy, od których zależy stanowione prawo, i Kościół, który uznaje, że życie zaczyna się w chwili poczęcia. Uczestniczą organizacje społeczne, zwolennicy i przeciwnicy aborcji na żądanie czy aborcji w ogóle. Debata jest czasami dramatyczna, padają argumenty wzajemnie się wykluczające. Ale jest to debata poważna, uwzględniająca wrażliwość jej uczestników. I nawet ci, którzy są zwolennikami liberalizacji prawa aborcyjnego w Polsce, podkreślają, że aborcja to ostateczność, zło, które odbije się na psychice kobiety...". Może nie każdej?

Ksiądz Adam Boniecki nigdy niczego mi nie opowiadał, ale kilka moich koleżanek i znajomych latami cieszyły się, że podjęły decyzję o usunięciu ciąży. Nawet jeśli wielu kobiet dotyka syndrom poaborcyjny, to wielu nie dotyka. Może warto się zastanowić, czy te, które zmagają się z nim latami, nie zawdzięczają tego stanu katechetycznej wrażliwości i delikatności, tej troskliwej pogardzie i łagodnemu potępieniu.

Trudno ocenić, jaki efekt przyniosą kolejne publiczne rozważania Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Czy będzie to dewastujące i traumatyczne doświadczenie dla czytelników "Gazety" i ich wrażliwości i inteligencji, czy też przeciwnie - z aprobatą pokiwają głową i nie osądzając niczyich wyborów osądzą i potępią. Myślę, że wypowiedzi osób publicznych mogą mieć swoje znaczenie w chwili gdy podejmujemy wybory moralne a mogą nie mieć żadnego.

W kwestii komentowania wypowiedzi innych osób potrzebna jest wstrzemięźliwość i umiar. Katarzyna Kolenda-Zaleska potraktowała zdanie innej osoby trochę jak bezczelny wybryk natury. I chyba najbardziej szokująca jest właśnie ta nonszalancja. Grzegorz Ufnal

Gratuluję Kolendzie, jej postawa jest na wagę złota

Dziękuję Pani Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej za komentarz. W dobie absolutnego braku poszanowania spraw intymnych i delikatnych, epatowania okrucieństwem i głupotą, hołdowania banałom jej postawa jest na wagę złota.

Chyba każdy z nas ma wewnętrzny kodeks moralny, niezależny od pochodzenia, wyznania czy poglądów politycznych, jednak często spychany jest on na dalszy plan. Nawet jeśli pani Kolenda-Zaleska będzie krytykowana za swoje poglądy, pragnę wyrazić swój szacunek za postawę i odwagę. Wanda Franek

Absolutne zło?

Być może Katarzyna Kolenda-Zalewska oraz Dominika Wielowieyska miałyby rację w sprawie Marii Czubaszek i pośrednio prof. Magdy Środy, gdyby nie fakt, że aborcja w Polsce nie jest sprawą prywatną. Być może wtedy zarzuty o ekshibicjonizm, o uleganie celebryckiej kulturze w przypadku pani Czubaszek i o brak obiektywizmu w przypadku pani profesor miałyby swoją zasadność.

Tylko, że w Polsce aborcja nie jest sprawą prywatną kobiety, niestety jest sprawą polityczną i ideologiczną. Aborcja została zepchnięta do podziemia, a mówienie o niej, a nie daj boże, przyznawanie się do niej zostało zepchnięte do moralnego podziemia. Kościół i konserwatyści doprowadzili do tego, że aborcja jest traktowana jak absolutne zło i zdominowali dyskusję o niej, narzucając swój język.

Dlatego dla mnie wystąpienie pani Marii Czubaszek nie jest żadnym ekshibicjonizmem, czy objawem niszczenia wszelkiego tabu, tylko jest odważnym ujawnieniem się. Ujawnieniem przypominającym ujawnienie się gejów i lesbijek. Maria Czubaszek, jako celebrytka i osoba sławna, łamie pewne tabu i niszczy stereotypy. I może tak trzeba. Może, jeżeli chcemy rozpocząć poważną, racjonalną dyskusją o aborcji, wyzbytą potępień moralnych.

Bo jak na razie w Polsce racjonalnej dyskusji o aborcji przeprowadzić się nie da. Swoim wyznaniem Maria Czubaszek zadaje kłam, że aborcja zawsze jest traumą i niesie poważne konsekwencję psychiczne - załamanie, czy depresje. Pokazuje, że po aborcji można normalnie żyć. Natomiast dziwi mnie atak na nią i broniącą ją prof. Środę. Przypomina krzyk "ciszej nad tą trumną". Mam nadzieję, że tak już się nie da. Michał Osypowicz

Zacznijmy od siebie

Mam wielką prośbę do Pani Kolendy-Zaleskiej - niech zejdzie na ziemię z wyżyn etycznego dziennikarstwa, i zobaczy świat całkiem nieraz odbiegający od tego, jakim chciałaby go widzieć.

Też mi nie w smak publiczne "obnażanie się", ale tak bym sobie marzyła, by rozmowa pani Kolendy z panem Rutkowskim też podlegała takiej ocenie. Uwierała mnie jej stronniczość, brak szacunku do gościa, sarkazm i lekceważenie.

I dlatego piszę - zacznijmy od siebie, wyznaczajmy SOBIE wysokie standardy moralne, etyczne, ale nie wymagajmy, aby cały świat podążył za nami. Mam świadomość , że mój głos nie zostanie uwzględniony, ale mimo to piszę. Bo bardzo się na pani Kolendzie zawiodłam, i gdy dziś przeczytałam tekst, w którym znów uderza w podobne tony, to mnie już mocno zdenerwowało. Elżbieta Anna Cholewiak

Publicznie nie karcić

Podziwiam Pani zaangażowanie w pracę, zawsze chętnie słucham Pani w radio, ale tym bardziej muszę zareagować na Pani wypowiedź "Nonszalancja Marii Czubaszek".

Niestety w mojej opinii wpisuje się Pani w to, co złego dzieje się w polskim społeczeństwie, a mianowicie bezmyślne krytykowanie wszystkich: Prezydenta, Premiera, Noblistki... Powiedzmy sobie szczerze: dla niektórych ludzi aborcja JEST jak wyrwanie zęba. Mają prawo tak to odczuwać, aby o tym mówić, aby tego się nie wstydzić. I nie chodzi o to, by propagować, chwalić taką postawę. Pani Maria Czubaszek, jak rozumiem, nie zachwala swojego zachowania jako wzoru do naśladowania. Ale to nie znaczy, że musi się z tym kryć.

Mnie uwiera to, że narzucane są pewne wzorce "poprawne politycznie" i brakuje im przeciwwagi. Głos pani Czubaszek pojawił się z tej drugiej strony. Sądzę, że należy raczej "pielęgnować" takie wydarzenia. Niestety jeszcze dzisiaj osoby myślące inaczej niż większość, są publicznie karcone. Nie powinniśmy jako społeczeństwo iść w tym kierunku, media, i Pani jako ich część w szczególności, wszyscy powinni mieć tego świadomość. Janusz Sołtysik

Aborcja, zło, z którym nikt nie walczy naprawdę

Szanowna Pani Katarzyno! Mnie w wyznaniu p. Marii Cz. uwiera to samo, co uwiera Panią. Porównała Pani styl jej relacji, o wykonanych przez nią aborcjach, do relacji o wyrwaniu zęba. Porównanie proste i trafne. Porównanie uświadamiające nam jak przerażająco łatwo kobieta może mówić o zabiciu przez siebie swoich dzieci. I jaki cel miała ta kobieta chwaląc się tym publicznie? Czy czekała na uznanie z kręgów zwolenników wolnej aborcji? Czy może chciała się znaleźć pod ostrzałem krytyki tzw. konserwatywnej części społeczeństwa, aby jakąś błyskotliwą fintą ugodzić "ciemnogród"? A może w zapędzie szczerości przyjemność sprawiał jej ten psychiczny ekshibicjonizm? A może to taki niezwykły krzyk rozpaczy zagubionej kobiety?

Aborcja była udziałem, chyba można to powiedzieć bez ryzyka popełnienia błędu, milionów, milionów kobiet. Smutne. Pytanie: co one czuły wtedy, gdy wykonywały zabieg, i co czuły po upływie lat? Przypuszczalnie jednym aborcja kojarzyła się z zabiegiem sanitarnym, gdy u innych do głosu dochodziło narastające latami poczucie winy.

Za sprawą p. Czubaszek ponownie powrócił temat istoty i moralnej oceny aborcji. Nie chcę wypowiadać się o aborcji w kategoriach prawnych. Jestem człowiekiem, nie jestem prawnikiem. Opisany przypadek skłania mnie zatem do zabrania głosu, o tym, że publiczna dyskusja o aborcji w Polsce została w ostatnich latach sprowadzona do absurdu. Z jednej strony apologeci aborcji chcą ją traktować jako zabieg sanitarny, lub środek antykoncepcyjny, i żądają nieograniczonego prawa do niej, usiłując jednocześnie odsunąć aspekt moralny, podczas gdy z przeciwnego bieguna słychać hierarchów Kościoła Katolickiego żądających całkowitego zakazu aborcji. Cynizm kontra utopia?

Przykro jest mi słuchać, gdy niepohamowane w swych poglądach kobiety tego maleńkiego ludzika, ten mały kiełek życia w swoim łonie traktują jak brud za paznokciami, który się usuwa, bo przeszkadza. Na użytek tej ideologii śmierci powstało hasło: "mój brzuch, moja sprawa".

Ale z drugiej strony tego frontu widzę Kościół Katolicki, który potępia aborcję i coraz bardziej domaga się od Państwa, aby wprowadziło całkowitą ochronę prawną życia od poczęcia. I choć nie jestem fanem Kościoła Katolickiego, to tu w kwestii oceny moralnej całkowicie się z nim zgadzam. Z tym, że Kościół żądając prawnego zakazu aborcji przyznał się jako pasterz dusz do swej sromotnej klęski na polu edukacji moralnej i teraz ten szum medialny służyć mu ma jako zasłona dymna. I im więcej tego szumu, tym bardziej Kościół obnaża swoją nieudolność jako nauczyciel.

Staje się więc ponownie jak inkwizytor, który chce się ukryć za ramieniem sprawiedliwości świeckiej, bo sam poniekąd przyznał się do swojej moralizatorskiej bezpłodności wobec trzódki, którą nadal traktuje za swoją, choć dawno już jego być przestała. Z drugiej strony każda taka "zabłąkana" owca powinna mieć świadomość przynależenia do Ciemnej Strony Życia, jeśli podejmuje krok mający tego małego lokatora w ciele kobiety z pełnym cynizmem eksmitować jak śmieć.

Kiedyś się mówiło: panna z brzuchem, hańba dla rodziny. Dziś: usunięcie ciąży z przyczyn społecznych. Zmieniły się czasy, cel jest stale ten sam. Zabić! I tego typu myślenia nie zatrzymał ani Dekalog, ani nie zatrzymają żadne najostrzejsze zakazy kodeksowe. Kościół miał już swoje pięć minut, które na swoje życzenie stracił.

A Państwo... Państwo zamiast zaostrzać kodeks karny może niech lepiej się zabierze na serio za powszechną edukację seksualną z prawdziwego zdarzenia i za nauczanie etyki, ale etyki nie jako zamiennik nauki religii w szkole, bo jakie to dotąd dało efekty widzimy wszyscy. A może wtedy za jakieś kilka pokoleń częściej usłyszymy słowa, których wewnętrznym przekazem stanie się: "niech będzie błogosławiony owoc żywota twego". Jan Fuhrmann, Warszawa

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.