Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jednym z głównych problemów internetowego prawodawstwa jest fakt, że tworzący prawo wykazują się fundamentalnym niezrozumieniem tego nowego medium. Czasami bielmo to jest celowe, narzucone przez osadzone w dwudziestym wieku koncerny medialne, czasami zaś jest niewinne, niezamierzone i wynika ze zwyczajnego umysłowego zakorzenienia w poprzedniej epoce. Internet jednak jest inny niż wszystko, co znaliśmy do tej pory. Stąd i proponowane rozwiązania muszą być inne.

Ad Acta (internet jest inny)

Kiedyś wszystko było proste. Artysta tworzył dzieło i niósł je do kogoś, kto mógł owo dzieło wypromować. Promotor, jeśli dzieło wyglądało obiecująco, produkował dzieło i promował je. Niósł je potem do sprzedawcy, który dzieło rozpowszechniał (jeśli było do dzieło powielone), lub próbował je sprzedać (jeśli było jednorazowe). Internet przyniósł zasadnicze przetasowanie w tym systemie. Obecnie twórca może stworzyć dzieło w domowym zaciszu, a następnie, pomijając cały ten łańcuszek pośredników, "wrzucić" je na YouTube'a czy MySpace, podzielić się nim na Flickrze czy po prostu zaprezentować je na swojej stronie internetowej (blogu).

Droga od twórcy do odbiorcy skróciła się drastycznie. Miejsce dziesiątków ludzi, przekazujących sobie dzieło z rąk do rąk, zajęła sieć. Za produkcję odpowiada darmowe oprogramowanie zainstalowane na domowym komputerze, medium jest YouTube, promocję zapewnia Facebook, grono recenzentów zaś znajduje się w blogosferze. Jeśli zaś ktoś koniecznie chce zaistnieć w radiu - może zarejestrować się na Last.Fm. Skrócił się też czas. Kiedyś od nagrania piosenki do wydania jej na płycie mijały miesiące. Obecnie nowo nagrany utwór można zaprezentować swoim słuchaczom w momencie, gdy dźwięk gitary rezonuje jeszcze w pokoju. Daje to niespotykane dotąd możliwości twórczości aktualnej, reagującej na zmieniającą się rzeczywistość.

Artyści dostają grosze

Wszystko to pięknie, ale co ma zrobić twórca, który chce zarobić na swojej twórczości? Co na zrobić pisarz, który spędził tygodnie na pisaniu nowej powieści i powinien otrzymać za to jakieś wynagrodzenie? Cóż, w obecnej sytuacji pisarz taki musi spakować ideały wolności w sieci do koperty i wraz z analogowym wydrukiem książki wysłać je do tradycyjnego wydawcy, który puści w ruch opisaną wcześniej machinę produkcji, promocji i sprzedaży. Problem w tym, że puszczenie w ruch machiny bardzo często nie zapewnia twórcy należytej zapłaty.

Parę lat temu rozmawiałem z członkiem zespołu muzycznego, który właśnie wydał swoją drugą płytę. Zażartowałem, że teraz to chłopaki pewnie topią się w pieniądzach. W odpowiedzi dostałem album do ręki i podpowiedź, że jeśli chce mu dać za płytę tyle samo pieniędzy, ile on dostaje od wytwórni za sprzedaną sztukę, powinienem wejść do najbliższego sklepu i kupić mu kajzerkę. Sumy przekazywane przez niewielką, niezależną wytwórnię, liczyły się w groszach. Medialne molochy wcale nie płacą lepiej. Tajemnicą poliszynela jest, że muzycy od lat zarabiają niemal wyłącznie na koncertach.

Wracając zaś do sprzedaży płyt. Wytwórnie od lat narzekają na panoszące się w sieci piractwo. Wprawdzie liczne obliczenia pokazały, że rozpowszechnianie w sieci nie wpływa istotnie na sprzedaż fizycznych krążków, ale puśćmy to chwilowo w niepamięć. Nie opierając się na żadnych badaniach pozwolę sobie założyć, że każda sprzedana płyta oznacza dziesięć płyt nielegalnie ściągniętych z sieci. Innymi słowy - artysta, który sprzedał dziesięć tysięcy albumów, ma w rzeczywistości sto tysięcy słuchaczy. Koncerny płaczą, marząc, by owa setka tysięcy zapłaciła za produkt, jednak powiedzmy sobie szczerze - dla artysty każdy odbiorca to kapitał. To bilet na koncert, do kina czy teatru, to kliknięcie na stronę, osoba na spotkaniu autorskim.

Cukierki w ciemnym pokoju

Piractwo jest popularne - fakt. Jest ono jednak popularne z przyczyn zupełnie innych niż te, które starają się pokazać wielkie firmy. Piractwo jest popularne, ponieważ po pierwsze - jest łatwe, po drugie - jest w harmonii z istotą internetu.

Wyjaśnienie zacznę od pierwszego powodu. Od samego początku sieci swobodna wymiana plików była jej istotą. Gigantyczny sukces Napstera, później Audiogalaxy, wszelkiej maści Torrentów czy w końcu - Rapidshare i innych jemu podobnych serwisów, pokazuje, że wolnego obrotu plikami nie da się zatrzymać.

Każde ze wspomnianych rozwiązań było inne, wszystkie jednak miały jedną wspólną cechę - korzystanie z nich było tak proste, jak sprawdzenie e-maila. Uświadomienie sobie, że całe bogactwo zdigitalizowanej kultury jest tylko o jedno kliknięcie od mojego komputera, nieuchronnie prowadzi do jego wykorzystania. A więc w konsekwencji do piractwa. Kradzieży? W świetle obecnego prawa - z całą pewnością tak. Jest to jednak tak, jakby wszystkie cukierki świata znalazły się w ciemnym pomieszczeniu, w którym jesteśmy całkiem sami i do którego nikt nigdy nie wchodzi. Czy można nas winić za zjedzenie paru cukierków z takiego stosu?

Internet = wolność

Napisałem przed chwilą, że serwisy udostępniające pliki są w zgodzie z duchem internetu. Wypada więc zadać fundamentalne pytanie - czymże jest ów duch? Dokładnej definicji nikt z pewnością nie poda, łatwo jednak można określić, że lwią część jego składu stanowi swoboda. Wolność, jeśli ktoś woli bardziej podniosłe stwierdzenia. Wolność wyboru, wolność wypowiedzi.

W tym sensie internet jest najbardziej demokratycznym medium, jakie kiedykolwiek pojawiło się na świecie. I nic dziwnego, że w takim właśnie kształcie chcemy go bronić. Czy zrzeklibyśmy się z uśmiechem na ustach prawa do głosowania? Prawa do gromadzenia się, demonstrowania, wyboru własnego wyznania czy przekonań? Dla internetu swoboda pisania na forach czy słuchania dowolnej muzyki jest tak samo esencjonalna jak powyższe dla fizycznej demokracji.

Żądanie nieograniczonej wolności sieci prowadzi nas wręcz do paradoksu. W prawdziwym życiu nie pozwalamy pokazywać naszego nazwiska na domofonach czy skrzynkach na listy, w internecie zaś, na portalach społecznościowych, dzielimy się nie tylko wszystkimi danymi, ale i zdjęciami dzieci czy intymnymi szczegółami życia.

Gdy jednak władze Korei Północnej w ramach eksperymentu wprowadziły konieczność identyfikacji każdego użytkownika piszącego jakikolwiek tekst w sieci przez odpowiednik PESEL-u, w internecie podniósł się hałas, że oto kończy się anonimowość, kończy się wolność. Wnioski? Udostępnianie danych jest dobre, ale tylko wtedy, gdy robimy to sami. Tylko wtedy, gdy nikt nie próbuje nas do niczego zmuszać.

Lubię to

Od lat wiemy już, że "kopanie się z koniem" mija się z celem. Na potrzeby tego tekstu koniem niech zostanie internetowa swoboda. Jakkolwiek nie będziemy próbowali ją ograniczyć - ona znajdzie sposoby, by wrócić, i to ze zdwojoną siłą. Przykładem niech będzie Napster. Jego zamknięcie zlikwidowało nielegalną wymianę plików na jeden może wieczór. Już następnego ranka wszyscy mogli swobodnie korzystać z Audiogalaxy. I tak jest ze wszystkim. Przyroda nie znosi próżni. Co więc zrobić? Jak regulować kwestię praw autorskich, jak dać zarobić twórcom, w dobie nieograniczonej wolności? Odpowiedzią może być wskoczenie na przyprowadzonego przed chwilą konia i próba pokierowania nim w dobrym kierunku.

Z powyższych rozważań wnieść łatwo można, że aby coś zadziałało w sieci, musi być łatwe i nie wymuszone. Łatwe jak kliknięcie "Lubię to" na Facebooku i tak samo dobrowolne. Podążającym tym tropem rozwiązanie nasuwa się samo. Odpowiedzią na problemy artystów i kwestię piractwa w internecie powinien być system, który w prosty sposób zachęca do dobrowolnego płacenia za udostępnione darmowo treści. Oto jak powinno to działać.

Autor skończył pisać powieść i za pomocą dostępnego powszechnie oprogramowania przekształca swoje dzieło do formatów, które z łatwością mogą obsłużyć czytniki e-booków, telefony i tablety. Następnie przekształcony twór wrzuca na swoją stronę internetową. Od tego momentu, każdy, kto znajdzie jego stronę, będzie mógł pobrać za darmo ukończoną powieść i cieszyć się geniuszem naszego hipotetycznego artysty. Gdzie więc zysk pisarza? Otóż obok przycisku "Pobierz" znajduje się jeszcze jedna ramka. W ramce tej widoczne są trzy monety - brązowa, srebrna i złota - o nominałach odpowiednio - 2 zł, 5 zł i 10 zł. Przy okazji pobierania książki, przy pomocy jednego kliknięcia, możemy podarować twórcy jedną z wymienionych kwot - w zależności od zasobności naszego portfela i od estymy, jaką darzymy autora.

Naiwne? Wcale

Brzmi to wszystko naiwnie? Obiecuję, że naiwne nie jest. O ile przekazanie "dwójki" nie będzie wymagało mozolnego wpisywania tysięcy kodów i numerów, użytkownicy (odbiorcy) z przyjemnością zapłacą. Tak samo jak płacą Amazonowi za e-booki czy iTunesowi za empetrójki. Ludzie chcą legalnych treści w internecie. Tyle tylko że treści te nie mogą być za drogie i muszą być łatwo dostępne. Przytaczałem wcześniej przykład artystów, dostających 30 groszy za sprzedaną płytę. Wyobraźmy sobie zatem sytuację, w której sto tysięcy pobranych albumów oznacza dotację wysokości dwa złote od co drugiego użytkownika (założenie wynika z obliczenia, że niektórzy odbiorcy zapłacą pięć lub dziesięć złotych, podczas gdy inni nie zostawią ani grosza). Zbiera nam się eleganckie sto tysięcy złotych. W tym samym czasie tradycyjna sprzedaż przynosi - bądźmy hojni - nawet złoty pięćdziesiąt za płytę. Problem w tym, że sto tysięcy albumów ściągniętych z sieci równa się dziesięciu tysiącom kupionych w sklepie. Rachunek jest prosty - artysta ze dystrybucji tradycyjnej otrzyma 15 000 złotych. Jaki system jest korzystniejszy? Odpowiedź jest dość prosta.

Wykorzystajmy wolność

Oczywiście są pewne problemy. Trzeba by stworzyć prosty system oferujący możliwość wygodnego dotowania drobnych kwot, stworzyć system certyfikacji, uniemożliwiający zakładanie fałszywych kont - wszystko to jednak jest "do przeskoczenia". Samo nazwanie problemu jest wszak połową drogi do jego rozwikłania.

Na opisanym powyżej rozwiązaniu więcej ludzi zyska, niż straci. Zyskają artyści, którzy będą mogli liczyć na większe zyski ze swoich dzieł, zyskają użytkownicy, z których spadnie piętno piratów i którzy utrzymają wolność, zyska w końcu państwo, z którego spanie konieczność ścigania piractwa. W obliczu oferty oficjalnego ściągania dzieła z sieci, nikt nie będzie chciał "piracić". Bo i po co. Stracą tylko wielkie koncerny mediowe, które będą musiały szukać innych sposobów na zarobienie pieniędzy albo spojrzą bankructwu w oczy. Obiecuję jednak każdemu, że jakkolwiek wielki taki koncern nie jest - w porównaniu do twórców i odbiorców stanowi on mniejszość.

Mądre głowy w Brukseli czy w Warszawie łamią się nad planami ograniczenia piractwa. Żadna z tych głów jednak nie dostrzegła tego, czym w istocie jest sieć. Wymianę plików traktują jak zagrożenie, nie zaś jak szansę. Najstarsze demokracje robią wszystko, żeby ograniczyć wolność - czy to nie ironia? Nie ograniczajmy wolności - wykorzystajmy ją. Nie wydawajmy milionów na kolejne wysublimowane zabezpieczenia i kolejne policyjne akcje. Przeznaczmy je na stworzenie systemu, na którym wszyscy zyskamy. Tak narzekamy, że Europa nie może być liderem w świecie, że Polska nie może być liderem w Europie. Otóż może. Musi się tylko odważyć.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.