Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Edwin Bendyk słusznie zauważył, że od czasu II Wojny Światowej coraz bardziej laickie narody odchodziły od religii i rozluźniały więzy, które powstały na jej bazie. Dobrze działające społeczeństwo potrzebuje oleju, smaru, który wprawi wszystkie jego elementy w ruch. Im lepiej działa ten smar, tym gładsze (mniej problemowe) są stosunki społeczne. Nową religię wynaleziono i wdrożono w ruch.

Nazywa się ją konsumpcjonizmem

Odtąd niekupowanie stało się zachowaniem antyspołecznym. Po raz pierwszy sam akt kupowania zdobył status niematerialny, stricte duchowy. Odtąd kupujemy nie tylko przedmiot, ale również i markę, a wraz z nią - swoją tożsamość. To zjawisko świetnie opisuje Marylin Halter w książce Shopping for identity. Za symboliczną datę uznaje się rok 1991 kiedy w USA sprzedaż salsy zdobyła przewagę nad sprzedażą ketchupu. Na rok 2003 szacowano, że wartość "rynku tożsamości" osiągnęła bilion dolarów. Bendyk podaje taki przykład: chcesz być Żydem, ale nie możesz zapomnieć smaku bekonu? Idziesz do sklepu i po prostu kupujesz koszerny produkt pełen odpowiedniego aromatu.

Posiadanie odchodzi w niepamięć, o wiele ważniejszy staje się akt kupowania, podobny do manifestu własnej tożsamości, samookreślenia się, ekspresji poglądów. Żiżek zauważył, że nawet swoisty bunt przeciwko systemowi może być wykorzystany jako chwyt marketingowy, wtłoczony w machinę socjotechnicznej strony konsumpcjonizmu. Kupując w Starbucksie kawę, jednocześnie wydajemy małą sumkę na obronę lasów, chleb dla głodnych w Afryce i wszelkie inne formy "charytatywnej" działalności. Już nie muszę się o nic buntować. Po prostu kupuję swój mały, cichy bunt przeciwko niesprawiedliwości na świecie.

Buty Singera

Peter Singer przeprowadzał kiedyś doświadczenie. Zapytał swoich studentów, jakie mają buty. Wybrał jedne z najdroższych i postawił pytanie: gdybyście zobaczyli lub dowiedzieli się, że gdzieś w okolicy jest osoba, która się topi - czy przybieglibyście jej na pomoc wiedząc, że wasze buty mogą zostać zniszczone? Studenci oczywiście potwierdzili, mówiąc, że ludzkie życie jest ważniejsze od jakiś tam butów, choćby były najdroższe. Konkluzja Singer'a pokazuje cały problem: wiemy, że ludzie umierają z głodu lub żyją w strasznej biedzie wokół nas, ale mimo to wszyscy nosimy drogie buty.

Ot, cały sekret.

Doszło do tego, że kto sobie nie radzi ten nieudacznik. Kto biedny, ten głupek. I najważniejsze - wina jest zawsze jego.

Co to przypomina? Dzieci od gimnazjum uczone etosu przyszłego pracownika - podporządkowaniu autorytetowi, dla którego wykonują pracę. Nie muszą już udawać, że go lubią, nie grożą za to jakieś wielkie sankcje, czują się wolni. Warto jednak zapytać: co to za wolność, jeśli od dziecka uczy się mnie pracować w taki sposób, by kogoś zadowolić, nie by działać dla dobra własnego i wspólnego? Uniwersytety i szkoły wyższe nie mają już wychowywać otwartych, inteligentnych ludzi, którzy horyzontem swojego umysłu obejmą przyszłość, teraźniejszość oraz przeszłość. Mają przygotowywać ekspertów, którzy nie będą zadawać zbędnych pytań typu: po co i dlaczego? Przecież ostatecznie, chcemy po prostu żyć w spokoju.

Demokracja nie jest wartością

W imię tego spokoju nie dyskutujemy specjalnie z wymaganiami naszej kultury - pracuj, kupuj, załóż rodzinę, podążaj za modą, przestrzegaj prawa. Jakkolwiek trudno doczepić się przestrzegania prawa, ale warto pamiętać, że ktoś to prawo ustala. A jak pokazuje praktyka - sprawa konsultacji społecznych w wykonaniu rządu to nic wartego zabawy. Kogo to obchodzi jak ludzie patrzą na wprowadzane w ich życiu zmiany? Gdzie kampanie informacyjne, dyskusje, konsultacje społeczne? W imię skuteczności oddamy to wszystko? Przecież dobry rząd to taki, który sprawnie działa.

Aż chce się zawołać - co ma wspólnego demokracja z planetą Ziemią? Dwie rzeczy. Po pierwsze wszystkim nam się wydaje, że poza demokracją i Ziemią nie ma życia. Po drugie - wszyscy jesteśmy w obu sprawach w błędzie. Dr Baranowski zauważył ostatnio, że potrzebujemy Żiżka i jego języka, bo w naszym języku nie ma odpowiednich słów czy terminów nacechowanych takimi wartościami, by wyrazić pytania o przyszłość ustroju, a przede wszystkim tego, co będzie za nim. Zizek zaś stawia pytanie: co to za wolność, jeśli dla demokracji nie ma alternatywy? Potrafimy sobie wyobrazić "lek" na starość, przywrócić do życia mamuty lub kolonizować inne planety, ale nie możemy sobie wyobrazić alternatywy dla demokracji liberalnej. Czy to nie brzmi śmiesznie?

W Stanach Zjednoczonych, "ojczyźnie wolności" pod pretekstem podejrzenia o terroryzm, wojsko może aresztować każdego. W Guantanamo dochodzi do tortur nie tylko wobec złapanych talibów (prawa człowieka przecież ich nie dotyczą, nawet w "ojczyźnie wolności"), ale również obywateli amerykańskich (jeden z nich po zmianach wprowadzonych przez prezydenta Obamę, będzie miał proces - niesamowite). Niedługo w Polsce na manifestacjach nie będzie można zakładać maski, wszystko w imię bezpieczeństwa.

ACTA - syndrom choroby

Przyjęcia ACTA nie tylko obroni interesy wielkich wytwórni, ale przede wszystkim przekaże w ręce rządzących władzę, której nikt nigdy nie powinien mieć. Tylko naiwni mogą sądzić, że wcześniej czy później nie zostanie ona wykorzystana. I to w najgorszy z możliwych sposobów.

Ale ACTA jest tylko jednym z syndromów chorej sytuacji. Gdzie koncepcja umowy społecznej? My wybieramy was, wy rządzicie w naszym imieniu. Chcecie dokonać zmian i korekt? Proszę bardzo, ale co dostaniemy w zamian? Kongresman, który całą kadencję zabiega o pieniądze na następną kampanię i dostaje je w zamian za przychylną postawę wobec darczyńcy i to w majestacie prawa, jest najlepszym przykładem patologii. Polski poseł też nie jest wiele lepszy. Obojętnie, jakie jest jego zdanie odnośnie tej lub tamtej sprawy. Musi głosować tak, jak przykaże mu wódz jego ugrupowania. Czy mu się to podoba, czy nie.

Wybory do Senatu pokazały na ile liczy się osoba, a na ile partyjny szyld. Wystarczy spojrzeć ilu senatorów ma PO. Wprowadzanie zmian w prawie bez konsultacji społecznych? Każdy protestujący jest odbierany jak wariat. Przecież wszystko gra, o co im znowu chodzi?

W Wietnamie ludzie wierzą bądź wierzyli w magiczne smoki, które w chwili zagrożenia zerwą się na równe nogi i spalą swymi gorejącymi oddechami każde zło, które zagrozi Wietnamowi. My również mamy swoje smoki i one również śpią. Nie zesłali ich na żadni tajemniczy bogowie. To my sami, ludzie, społeczeństwo. Dotąd śpimy, choć kryzys i kolejne sprawy powoli nas budzą. Rządzący powinni pamiętać, że ognisty oddech jest niczym w porównaniu z rewolucją, za którą stoją inteligentni i świadomi ludzie.

Nasze uśpienie polega na jednym, największym błędzie. Zapomnieliśmy, kto tu naprawdę rządzi. Nie Donald Tusk, nie Jarosław Kaczyński, nie Obama czy Merkel. My tu rządzimy. My powołujemy rządy. My również możemy je obalić. Powinniśmy o tym stale przypominać rządowi, przede wszystkim panu premierowi. Chcieć wprowadzić coś takiego jak ACTA, tylnymi drzwiami i po cichu to jest obrzydliwa podłość.

Donald Tusk oraz całe PO już nigdy nie dostaną ode mnie głosu.

Żaden system polityczny nie trwa wiecznie.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.