Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Tak można by opowiadać w nieskończoność.

Były narzeczony sąsiadki z zazdrości powybijał szyby w salonie, w którym ona pracuje. Policja dojechała po 40 minutach. Jeden z policjantów był szczególnie miły, żartował, że "taka zgrabna dziewczyna, tyle fajnych facetów dookoła, a ona tak źle trafiła ". Wieczorem dzwonił do niej na prywatny telefon.

Przyjaciel poszedł do lekarza rodzinnego zdjąć szwy z nogi. W gabinecie zabiegowym Pani powiedziała, że niestety nie ma nożyczek z ostrym końcem. No to poszedł do domu po swoje nożyczki.

Znajoma skończyła za granicą szkołę i studia. W Polsce nie mogła pójść na studia podyplomowe, bo nie miała polskiej matury. Udało się jedynie dzięki dobrej woli jednej z urzędniczek.

Dziecko znajomych leżało w szpitalu po ratującej życie operacji. Miało mieć założony dren, który odciągałby wodę z płuca. Ale nie dało się tego zrobić, bo brakowało jakiejś nakrętki. Dopiero Pan "złota rączka" pomajstrował i dren założono bez nakrętki.

A to Polska właśnie!

Pomiędzy codziennym życiem przeciętnego Polaka a opowieściami polityków jest coraz większy rozjazd. Słowa tych ostatnich maskują rzeczywistość, z którą właśnie jako politycy nie za dobrze sobie radzą. Jako politycy, bo jako obywatele radzą sobie całkiem nieźle.

Bez względu na to, na czym to maskowanie polega - czy na lukrowaniu, czy na tworzeniu "gotyckich" scenariuszy - rzeczywistości spoza tych opowieści nie widać. I być może nie ma być widać. Bo opowieści nie mają służyć jakimkolwiek zmianom. Mają tylko pomóc w utrzymaniu status quo. To status quo zapewnia politykom całkiem wygodne życie, a mierzenie się z rzeczywistością wymagałoby pracy, uczenia się, słuchania innych i znowu pracy, pracy, pracy

Opowieści przeciętnych Polaków nieco (!) rozmijają się z tym, czym żyją politycy. Przykłady można by mnożyć, każdy zapewne miałby wiele swoich do dorzucenia. Rzecz w tym, że rzeczywistość w wielu miejscach nie działa, a politycy, którzy nami rządzą, nie potrafią jej uporządkować.

Obraża mnie demonstrowanie w kampanii mięśni, przypudrowanych rodzinnych zdjęć i wyszczerzonych uśmiechów. Nie satysfakcjonują mnie debaty traktowane jak ring bokserski lub debaty o debatach. Szkoda czasu. Nie bardzo wierzę w wyborcze obietnice, rzadko spełniane, albo spełniane w postaci rozwiązań pełnych luk, bo zdaje się niewielu politykom zależy na współpracy z fachowcami, którzy mają coś do zaoferowania.

Chcę wiedzieć, co myślą, czym się kierują, jaką wizję mają ci, którzy startują w wyborach.

Może gdyby pudru i szczerzenia się było mniej, policjant jednak nie odważyłby się dzwonić prywatnie do ofiary, nożyczki z ostrym czubkiem należałyby do wyposażenia gabinetu zabiegowego itd.

W tej pokręconej rzeczywistości na wagę złota są ludzie, którzy z pasji, poczucia obowiązku, przyzwoitości, wiary robią to, co do nich należy i dodatkowo dużo, dużo więcej. Gdyby nie oni, byłoby nam wszystkim trudniej i gorzej.

Pójdę na wybory. Warto. I zachęcam innych. Może dzięki temu w Sejmie zasiądzie choć jeden człowiek, którego szanujemy. Albo ktoś, kto poważy się powiedzieć głośno coś, co teraz ginie pod warstwą lukru lub w "gotyckich" ciemnościach.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.