Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Z trudem doczytałam do końca tekst gazety "Operacja się udała , pacjentka cierpiała". Żałuję natomiast , że nie obejrzałam programu Tomasza Lisa, który zapytał premiera Tuska o to, czy ten był w centrum onkologii w Warszawie, bo nie do końca znam intencje pytającego. Chciałabym jednak wyrazić swoje zdanie w kwestii zachowania lekarzy.

Potrzeba starannej selekcji

Jesteśmy z mężem po studiach medycznych, pracujemy w zawodzie ponad 20 lat. Ilekroć czytam czy słyszę w mediach skargi dotyczące zachowania moich kolegów "po fachu" zadaję sobie pytanie: dlaczego ludzie się dziwią, że lekarz był nieuprzejmy, niemiły czy wręcz ordynarny, chamski? Ja osobiście upatruję w dużej mierze powodów takiej sytuacji w kwalifikacji kandydatów na studia. Chyba nikt myślący zdroworozsądkowo nie przypuszcza, że Akademie czy teraz Uniwersytety Medyczne szturmują zastępy Judymów. Wydaje się, że kandydaci na tak specyficzny, wymagający kierunek powinni być szczególnie starannie dobierani. Wszak by zostać przyjętym na Akademię Sztuk Pięknych trzeba się wykazać zdolnościami malarskimi, by zostać architektem kandydat wykazuje się w rysunku, do Szkoły Aktorskiej przyjmą kandydata z osobowością, ekspresją, warunkami głosowymi itd. Czym musi się wykazać kandydat na przyszłego doktora ciała i duszy, powiernika cierpienia, obaw i nadziei? Musi napakować swoją pamięć wiedzą z chemii, fizyki i biologii. I już. Z całym szacunkiem dla osób zajmujących się programem rekrutacji na studia medyczne, czy nikt przez lata działania szkól medycznych naprawdę nie pomyślał , żeby to zmienić? Przecież każdy w miarę inteligentny licealista jest w stanie opanować wystarczająco program tych przedmiotów, ale zdecydowanie nie każdy ma predyspozycje by zostać dobrym lekarzem.

Wiedza jest, a gdzie empatia?

Dlaczego, obok koniecznej matury, nie ustanowić głównym kryterium przyjęcia testu psychologicznego, badającego ile w kandydacie empatii, zdolności do poświęcenia, logicznego myślenia potrzebnego do podejmowania trafnych decyzji i zwykłej, nieudawanej, wrodzonej dobroci? Potrzebnej po to, by nie minąć pacjenta na korytarzu, by zatrzymać się przy wyglądającym na potrzebującego człowieku i spytać, czy pomóc? Dlaczego wielu ludzi korzysta tak chętnie z pomocy ludzi zajmujących się działaniami paramedycznymi? Może dlatego, że ci ludzie , choć bez dyplomu, umieją wysłuchać , zrozumieć , współczuć? Ze zgrozą obserwuję, jak studia medyczne kończą kolejne zastępy biznesmenów, wykształconych , z wiedzą na temat chorób, nowoczesnych sposobów leczenia, których obarcza się tysiącami przepisów do których muszą się dostosować, by leczyć efektywnie w sensie ekonomicznym, tracących w tym wszystkim z oczu dobro pacjenta. Na szczęście jeszcze nadal są lekarze, którym udało się pogodzić dobroć z wiedzą i szczerze wierzę, że są tacy wśród młodych adeptów. Chciałabym jednak , by odpowiedzialni za kształcenie zrobili krok w kierunku poprawy systemu doboru kandydatów. By za parę lat, idąc korytarzem onkologii w Warszawie, czy jakimkolwiek innym , nie trzeba było liczyć na szczęście.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.