Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Niedziela 30 maja

Reżyserski debiut świetnego scenarzysty, fachowca w pisaniu tzw. komedii romantycznych (m.in. "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill"). Tu opowiada kilka luźno przeplatających się historii, których temat precyzyjnie oddaje tytuł: prawie wszyscy są albo zakochani, albo zakochają się wkrótce, albo odkochają, albo zmienią obiekt uczuć itd.
Film jest wdzięczny, zabawny, ma niekiedy bardzo dowcipne dialogi, choć oczywiście przy takiej liczbie wątków muszą zdarzyć się lepsze i gorsze. Mnie najbardziej podobała się miłosna przygoda Hugh Granta, rewelacyjnego w roli premiera Wielkiej Brytanii, który zakochuje się w swojej pulchnej specjalistce od parzenia herbaty. Świetny jest też Bill Nighy jako starzejący się rockman przerabiający swój dawny buntowniczy przebój na bożonarodzeniową piosenkę. Nighy działa odświeżająco na cały film, nie tylko dlatego, że jest bodaj jedynym samotnikiem w tym towarzystwie, ale również z powodu nieukrywanego cynizmu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.