Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Początek Wielkiego Tygodnia to dobry moment, by przyjrzeć się naszym słabościom. Wzięliśmy pod lupę 21 miast, w których działają redakcje "Gazety Wyborczej". Gdzie najczęściej się cudzołoży, gdzie króluje gniew, a gdzie największym problemem jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu? Dziś dwa pierwsze grzechy główne: pycha i chciwość.

WTOREK. W jakich miastach największe żniwo zbierają: nieczystość, zazdrość i łakomstwo
ŚRODA. Wielki finał: gniew i lenistwo



W tym roku mija 1510 lat od śmierci papieża Grzegorza Wielkiego, który ostatecznie zatwierdził listę siedmiu grzechów głównych złożoną z pychy, chciwości, nieczystości, zazdrości, łakomstwa (nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu), gniewu i lenistwa. Jak z tymi pokusami radzą sobie mieszkańcy największych miast?

Pycha - królowa grzechów

Pycha nie bez powodu znalazła się na pierwszym miejscu listy. Grzegorz Wielki nazywał ją "królową i matką wszystkich wad". Uważał, że owładnięty pychą człowiek łatwo poddaje się pozostałym grzechom. Dlatego pysze poświęciliśmy najwięcej miejsca, a grzech ten będzie najwięcej "ważył" w całym prezentowanym rankingu (najgorsze miasto mogło otrzymać za niego aż 50 pkt. karnych, a za pozostałe grzechy maksymalnie 30 pkt).

Co to jest pycha? Składa się na nią zarozumiałość i arogancja, poczucie wyższości i próżność, przekonanie o własnej samowystarczalności i wynikające z niego ignorowanie potrzeb innych ludzi czy społeczności. A także wiara, że "sami wszystko wiemy najlepiej". W miastach, w których żyjemy, spotykamy na co dzień bardzo wiele przejawów pychy - zarówno samych mieszkańców, jak i władzy. Z czasem przyzwyczajamy się do nich i przestajemy je zauważać. Stają się one znów widoczne dopiero wtedy, kiedy porówna się swoją miejscowość z innymi.

Pyszność jednoznacznie kojarzy się z luksusem. Obłędnie drogie marki, których cena nie ma żadnego uzasadnienia poza utwierdzaniem poczucia wyższości ich posiadaczy, coraz śmielej wchodzą do Polski: rynek towarów luksusowych szacowano w ubiegłym roku na niemal 11 mld złotych. Postanowiliśmy zmierzyć, w jakim stopniu nasycone są nimi polskie miasta. Pod uwagę wzięto salony sprzedaży 20 luksusowych marek - motoryzacyjnych (Ferrari, Maserati, Bentley, Aston Martin, Rolls-Royce, Land Rover, Lotus, Porsche, Jaguar) i "modowych" (Dolce & Gabbana, Prada, Gucci, Ralph Lauren/Moncler, Calvin Klein, Armani, Hugo Boss, Versace, Balenciaga, Sonia Rykiel, Stella McCartney). Co się okazało?

Wszystkie wymienione luksusowe marki mają punkty sprzedaży w Warszawie - naliczyliśmy ich 160, z czego 11 to salony samochodowe. Stolica okazała się najbardziej nasyconym luksusem miastem w Polsce: na 100 tys. mieszkańców przypada w niej ponad dziewięć sklepów najdroższych marek. Na kolejnych miejscach znalazły się Katowice, Poznań, Kraków i Gdańsk.

Takiego początku można się było spodziewać, o wiele ciekawsze są następne miejsca. Zajęły je Kielce, Lublin, Zielona Góra i Częstochowa, wyprzedzając m.in. Wrocław. Żadnych punktów sprzedaży drogich marek nie udało się natomiast znaleźć w Olsztynie i Szczecinie. Jeden jest w Gorzowie Wielkopolskim (Armani), po dwa w Toruniu (Gucci, Versace) i Białymstoku (salony Land Rovera i Jaguara). Te właśnie miasta zdobyły najmniej punktów karnych w kategorii "pycha", mierzonej zamiłowaniem do luksusu.

Targowiska próżności

Dbanie o wygląd to dziś niemal obowiązek, ale czy 21 fryzjerów dla psów w Bydgoszczy (polski rekord!) to nie przesada? Mimo to wcale nie Bydgoszcz zdobyła najwięcej punktów karnych za kolejny przejaw pychy, jakim jest próżność. Pod uwagę wzięliśmy bowiem także zwykłych fryzjerów, perfumerie, sklepy z biżuterią i galanterią skórzaną. Wyniki?

Najwięcej takich "przybytków grzechu"- niemal 16 na 10 tys. mieszkańców - jest w Zielonej Górze. Na następnych miejscach znalazły się Poznań, Opole, Warszawa, Kraków oraz Gdańsk i Wrocław. Ranking zamykają Łódź, Toruń, Płock, Bydgoszcz i Radom, gdzie jest ich ok. półtora raza mniej.

Salony piękności kojarzą się przede wszystkim z kobiecą próżnością, więc żeby było sprawiedliwie, weźmy się teraz za panów. Czy zatłoczenie miasta samochodami może być dowodem pychy? Auta są przecież potrzebne do pracy - powie większość kierowców. Istnieje jednak granica, po przekroczeniu której miasto przestaje być przyjazne ludziom, a staje się przestrzenią maszyn, które najczęściej wożą tylko jednego pasażera - kierowcę. Dodajmy jeszcze, że zazwyczaj jest to kierowca dumny z posiadanej maszyny - więc im większa i droższa, tym lepiej. Miastem, które opanowały maszyny i ich jeźdźcy, okazała się Warszawa.

Stolica jest jednym z najbardziej zatłoczonych samochodami miast na świecie. 1918 aut na kilometr kwadratowy daje gorszy tłok niż w Tokio (1521), Berlinie (1586), Moskwie (1593), a nawet Londynie (1653). Z tego właśnie powodu przyznaliśmy stolicy 10 punktów karnych. Inne miasta nawet nie zbliżyły się do tego wyniku. W drugim najbardziej zatłoczonym autami Poznaniu na 1 km kw. przypadają 1173 samochody, w trzecim Krakowie - o trzy mniej. Pierwszą piątkę zamykają Wrocław i Łódź (odpowiednio 1166 i 1107 aut/km kw.).

A w których miastach jest najwięcej przestrzeni dla ludzi? Rekordzistą jest tu Szczecin, gdzie na kilometr kwadratowy miasta przypadają zaledwie 592 samochody (i to po odliczeniu powierzchni wód, które zajmują wielką część Szczecina). A nie jest to miasto małe, więc posiadanie samochodu ma w nim uzasadnienie. Mimo to mieszkańcy Szczecina nie dopuścili, by maszyny zdominowały ich życie. W piątce najmniej zatłoczonych przez auta miast znalazły się także Gorzów Wielkopolski, Częstochowa, Rzeszów oraz Opole i te właśnie ośrodki otrzymały najmniej punktów karnych za "motoryzacyjną pychę".

Władza wozi się skromnie

A co z samochodami, którymi wozi się władza? Z naszego badania wynika, że prezydenci największych miast najwyraźniej zrozumieli, że nie warto kłuć w oczy obywateli drogimi służbowymi autami. Aż w 11 z 21 miast wybrali skody superb - samochody wygodne i dobrze wyposażone, ale niekojarzące się z przepychem. Nie znaczy to jednak, że tanie.

Najdroższe auta mają do swojej dyspozycji prezydenci Torunia i Katowic - ich zakupione w ub. roku "superby" warte są obecnie ok. 100-105 tys. zł (może być to cena zaniżona, ponieważ nie znamy ich pełnego wyposażenia). Na kolejnych miejscach znaleźli się prezydenci Gdańska, Warszawy, Olsztyna i Białegostoku, którzy również mają do dyspozycji taki sam model, tylko starszy. W środku stawki znaleźli się prezydenci Kielc i Krakowa, wożeni w 6-7-letnich audi A6 wartych obecnie 55-60 tys. złotych, chociaż w momencie zakupu tych aut ich wartość przekraczała 200 tys. zł.

W tej sytuacji najskromniej wypadła władza w Zielonej Górze, gdzie służbowym autem głowy miasta jest wciąż 10-letni peugeot 407 za około 18 tys. zł. Niewiele więcej warta jest 9-letnia skoda superb prezydenta Bydgoszczy, 8-letni dwulitrowy passat turbodiesel prezydenta Częstochowy, czy 8-letnie skoda superb i kia carnival prezydentów Radomia i Rzeszowa. Żadne z tych aut nie jest warte więcej niż 32 tys. zł, tak więc te miasta zdobyły najmniej punktów karnych w kategorii "zamiłowanie władzy do luksusu".

Niewierni wierni

Ostatni badany przez nas rodzaj pychy nie jest już związany z pieniędzmi i rzeczami. Dotyczy uczestnictwa w niedzielnych mszach świętych osób, które w księgach parafialnych figurują jako katolicy. Czy niechodzenie do kościoła może być traktowane jako przejaw pychy, czy jest raczej przejawem lenistwa? Postawiliśmy na pychę, uznając, że katolicy unikający świątyń swoiście demonstrują własną "wyższość" - nie muszę słuchać księdza, bo sam wiem, co jest dobre, a co złe.

Po zbadaniu absencji na mszach (pomogły dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego), udało się nam stworzyć "ranking niedzielnej pychy". Pierwsze miejsce zajął Szczecin, w którym na nabożeństwa nie chodzi aż 74,2 proc. ludzi uważających się za katolików. Na drugim miejscu znalazła się Łódź (72,4 proc.), a na kolejnych Olsztyn (70,5 proc.), Gorzów i Zielona Góra (po 69,7 proc.) oraz Warszawa (68,7 proc.). Miastami, w których wierni najbardziej serio traktują swoje obowiązki, są z kolei Rzeszów (35,8 proc. nieobecnych na mszach), Kraków (47,6 proc.), Opole (52,6 proc.), Białystok (54 proc.) i Kielce (57,7 proc.).

Pora na pierwsze podsumowanie wszystkich wymienionych kategorii pychy. Ranking miast, w których pierwszy z siedmiu grzechów głównych zbiera największe żniwo, wygląda tak:



Jak powstał ranking

Czy można zmierzyć coś tak nieokreślonego jak grzeszność? Dzięki statystykom z wielu źródeł zebraliśmy dane o przeszło 20 różnych przejawach grzeszności. Jeśli w którejś z kategorii miasto uzyskało najgorszy wynik, otrzymywało 10 punktów karnych, a pozostałe proporcjonalnie mniej. Na koniec sumowaliśmy punkty karne ze wszystkich kategorii. Wykorzystaliśmy dane GUS, Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, Komendy Głównej Policji, Ministerstwa Finansów, firmy Samar, serwisów panorama firm.pl, zumi.pl, autocentrum.pl, mapahandlu.pl oraz informacje zebrane przez 21 redakcji "Wyborczej".
+ Najbardziej pyszna okazała się Warszawa (45,9 punktów na 50 możliwych do zdobycia). Najmniej grzeszą pychą mieszkańcy Rzeszowa (22,2 pkt)
+ Liderem chciwości został Gorzów Wielkopolski (20,3 pkt na 30 możliwych). Najmniej grzeszny okazał się Olsztyn (6,1 pkt).



Chciwość, czyli hazardziści i filantropi

Przestępstwa finansowe i gospodarcze, hazard, skąpstwo - to różne imiona chciwości.

Gorzów, Toruń, Katowice, Kielce i Wrocław znalazły się w pierwszej piątce miast, w których popełnia się najwięcej przestępstw gospodarczych w przeliczeniu na liczbę mieszkańców.

Według danych Komendy Głównej Policji w Gorzowie niemal jeden na stu mieszkańców był zamieszany w jakieś nielegalne kombinacje, co daje miastu pozycję lidera w kategorii chciwości i 10 punktów karnych. Najmniej przestępstw gospodarczych popełniają mieszkańcy Radomia, Rzeszowa, Białegostoku, Olsztyna i Opola (ok. 2 na tysiąc mieszkańców).

Drugim kryterium oceny była skłonność do hazardu. Tu wzięliśmy pod uwagę salony z automatami do gier oraz kasyna działające na podstawie wydanych przez Ministerstwo Finansów koncesji (automaty nielegalne i tak - przynajmniej częściowo - znalazły się w kategorii przestępczość gospodarcza). Pięć miast uzyskało w tej kategorii czyste konto, natomiast liczba punktów karnych zdobytych przez pozostałą szesnastkę uzależniona była od liczby osób przypadających na salon gier w danym mieście. Im mniejsza była to liczba, tym gorzej.

Najbardziej zepsuty przez hazard okazał się Płock, który zdobył w tej kategorii 10 punktów karnych. W niezbyt dużym mieście działa zarówno salon gier, jak i kasyno, więc na każdą z tych "jaskiń hazardu" przypada tam 62 tys. osób.

Kolejne miejsca zajęły Kielce, Wrocław, Radom i Częstochowa. Co ciekawe, tradycyjnie kojarzona z hazardem Warszawa, w której działa aż 11 kasyn i salonów gry, znalazła się dopiero na miejscu dziewiątym (155 tys. osób na jeden salon lub kasyno). Dopiero dwunaste miejsce zajęła Łódź, a czternaste - Poznań.

Wbrew oczekiwaniom niezbyt dobrym miejscem do dania upustu chciwości okazał się zajmujący szesnastą pozycję Kraków, w którym o salon gier lub kasyno trudniej niż w Bydgoszczy, Toruniu, Gorzowie czy Lublinie. Miastami najmniej dotkniętymi hazardem (przynajmniej tym oficjalnym) okazały się Białystok, Olsztyn, Szczecin, Zielona Góra i Gdańsk, chociaż w tym ostatnim przypadku to pewnie zasługa Sopotu, który wziął hazard na siebie.

Grzechy można odkupić - w przypadku chciwości jej przeciwieństwem jest szczodrość i chęć do dzielenia się z innymi. Postanowiliśmy więc sprawdzić, jaka była średnia kwota, którą mieszkaniec każdego z miast wrzucił do skarbonki w czasie ostatniego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Najmniej - zaledwie po 60 groszy - przypadło na statystycznego mieszkańca Lublina i Szczecina i to oni otrzymują po 10 punktów karnych w powiązanej z chciwością kategorii skąpstwo. Niewiele lepiej było w Łodzi, Częstochowie, Bydgoszczy, Rzeszowie, Białymstoku, Radomiu, Poznaniu i Wrocławiu - w żadnym z tych miast średnia kwota przekazana na WOŚP nie przekroczyła złotówki. Liderami hojności okazali się mieszkańcy Katowic (3,92 zł). Za nimi znalazły się Opole, Płock, Kraków i Kielce.

Pora na ustalenie miast, w których chciwość zbiera największe żniwo - patrz wykres:



Czym na miejsce najbardziej chciwego miasta w Polsce zasłużył sobie Gorzów Wielkopolski? O jego pozycji zdecydowała przede wszystkim najwyższa wśród badanych miast skłonność mieszkańców do robienia lewych interesów. Miasto nie jest też wolne od hazardu, nie pomogła mu również dość przeciętna kwota przekazana przez statystycznego mieszkańca na WOŚP. Podobnie było z zajmującymi kolejne miejsca w rankingu chciwości Wrocławiem, Bydgoszczą i Częstochową. Kielce najwięcej straciły przez wysoki poziom przestępczości gospodarczej i hazard.

Najmniej chciwi i skąpi okazali się mieszkańcy Olsztyna, Białegostoku, Gdańska i Krakowa - każde z tych miast zdobyło poniżej 10 punktów karnych. Olsztyn i Białystok walczyły do ostatniej chwili - poziom przestępczości gospodarczej i skłonność do hazardu są w tych miastach identyczne. Zadecydowała znacznie wyższa kwota przekazana przez statystycznego mieszkańca Olsztyna na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Dzięki naszemu rankingowi chciwości pada również stereotyp skąpego krakowskiego "centusia".

Co jutro i pojutrze w cyklu "Miasta grzechu"?
WTOREK. W jakich miastach największe żniwo zbierają: nieczystość, zazdrość i łakomstwo
ŚRODA. Wielki finał: gniew i lenistwo





Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.