Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W gminnych spółkach i magistracie Kędzierzyna-Koźla siedzą radni, ich żony, synowie, córki... - A czy fakt pokrewieństwa powinien dyskryminować kogoś w staraniach o pracę? - pyta prezydent Tomasz Wantuła.

Kędzierzyn-Koźle to drugie największe miasto Opolszczyzny. W regionie słynie z afer politycznych z bezpartyjnym prezydentem Wantułą i jego gabinetem w tle. Prokuratura sprawdzała już "aferę esemesową" i wciąż sprawdza "aferę naciskową". To sprawy, w których szefowie miejskich instytucji - Pomocy Rodzinie i Zarządu Oświatą - poskarżyli się, iż tzw. włodarze wywierają na nich naciski, by zatrudnili wskazane osoby.

Niezależnie od działań prokuratury Najwyższa Izba Kontroli - po zawiadomieniu posła PiS Sławomira Kłosowskiego - przeprowadziła kontrolę co do obsadzania urzędów sprzymierzeńcami prezydenta i ich rodzinami.

Mówi informator "Gazety" z NIK: - Nieprawidłowości są, ale wiedzieć o czymś to jedno, a udowodnić to drugie. Udało się wyłapać brak odpowiedniego papieru, naciągnięcie warunków konkursu... Wszystko na pograniczu prawa, moralnie wątpliwe.

Tylu nepotów nie widziałem

Rozterki moralne wcześniej niż kontrolerzy NIK przeżywał również jeden z kędzierzyńskich radnych - Grzegorz Mankiewicz z SLD. Dlatego w ostatni czwartek marca br. na sesji rady złożył interpelację. Domagał się informacji o zatrudnieniu członków rodzin radnych i ludzi z otoczenia prezydenta w urzędzie miasta i spółkach gminy.

- Jestem radnym od 1998 roku i przyznam, że nigdy wcześniej nie widziałem takiego nepotyzmu - mówi "Gazecie".

Dwa tygodnie później urząd odbił piłeczkę, pisząc, że radny nie sprecyzował pojęć "rodzina" i "członkowie rodzin". Dalej urząd - w osobie zastępcy prezydenta - przekonywał, że nie ma dokumentacji pracowniczej, która pozwalałaby na sprawdzenie powiązań. Na koniec pojawiła się propozycja, by radny przygotował ankietę i zapytał zainteresowanych.

Syn jedynym kandydatem

Ankieta nie jest jednak potrzebna. Radny Mankiewicz powiązania w mieście zna lepiej niż tabliczkę mnożenia. - Najjaskrawsze przykłady to sami radni. Zyskują ci, którzy startowali z list obecnego prezydenta albo dziś są blisko niego i wspierają jego polityczne decyzje.

I wymienia przypadek radnego Marka Niemca.

- Prezydent specjalnie dla niego utworzył stanowisko. Niemiec został zatrudniony jako szef "orlików", choć wcześniej takiego etatu nie było.

Zyskał również syn radnego. Dostał pracę w miejskiej spółce wodociągów.

- Proszę sobie wyobrazić, że chłopak był jedynym chętnym do pracy w wodociągach, choć w Kędzierzynie jest kilka tysięcy bezrobotnych.

Zyskać miała również żona radnego Niemca. Szykowano dla niej posadę w Miejskim Zarządzie Oświaty i Wychowania, ale sprzeciwiła się temu dyrektor placówki. Żona radnego pracy nie dostała, a dyrektorka straciła stanowisko.

Marek Niemiec działał niegdyś w barwach PO. Po kontrowersjach związanych z zatrudnianiem członków rodziny sąd koleżeński postanowił go wykluczyć. Radny ubiegł kolegów i sam odszedł z partii.

Wpłata na kampanię się zwraca

Kolejny przypadek dotyczy radnego Zbigniewa Barszcza.

Jego córka, podobnie jak syn Niemca, dostała posadę w wodociągach.

Żona radnego dostała posadę w Związku Międzygminnym "Czysty Region", którego zadaniem jest ochrona kędzierzyńskiego środowiska.

Sam radny dostał pracę w Miejskim Składowisku Odpadów. Jest tam mistrzem od eksploatacji.

To stanowisko, którego wcześniej w spółce nie było.

Barszcz mocno wspierał prezydencką kampanię Wantuły w wyborach w 2010 roku. Wpłacił wtedy 12,5 tys. zł.

Znajdzie się praca i dla opozycji

Przypadek radnego Roberta Młodzińskiego z PiS.

Jego żona została przyjęta na zastępcę dyrektora Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji.

- Proszę sobie wyobrazić, że i tego etatu wcześniej nie było. A teraz jest. W konkursie startowało kilka osób, posadę dostała żona radnego, który, mimo że jest w opozycji, często wspiera prezydenta - opowiada Mankiewicz. - Praca się znalazła, choć kobieta żadnego doświadczenia ze sportem nie ma.

Poza spółkami - w samym urzędzie miejskim - pracę znalazła krewna radnego Zygmunta Dereja i córka szefa Miejskiego Składowiska Odpadów, tego, który znalazł etat dla jednego z radnych.

Konkurs był nie dla wszystkich

Nie tylko Zbigniew Barszcz miał okazję zdyskontować hojność podczas kampanii. Po wyborach prezydenckich nowym szefem Miejskiego Ośrodka Kultury została Beata Malajka, która także wspierała finansowo komitet Wantuły. Choć - trzeba zaznaczyć - wpłaciła niewiele, w sumie 786 zł.

NIK po kontroli zatrudnień w mieście podał, że w przypadku Malajki jeden z członków komisji konkursowej zrezygnował, ponieważ "do udziału w konkursie nie zostały dopuszczone osoby, które mają pełne wykształcenie zarządzania kulturą i kilkanaście lat praktyki w zawodzie".

Miasto możliwości

Jeszcze mniej, bo jedynie 150 zł, wpłacił "na kampanię" Stanisław Węgrzyn, teraz szef Miejskiego Zarządu Budynków Komunalnych. Co do jego zatrudnienia kontrolerzy NIK również mieli wątpliwości. W tzw. wystąpieniu pokontrolnym zaznaczyli, że zatrudnienie go najpierw w ramach zastępstwa za poprzedniego dyrektora umożliwiło mu "zapoznanie się z funkcjonowaniem jednostki" i "mogło mieć wpływ na wynik ogłoszonego konkursu, zwłaszcza że jednym z elementów rekrutacji było... przedstawienie "koncepcji funkcjonowania jednostki".

- Mamy takie lokalne hasło, które ma kusić zewnętrznych inwestorów. Brzmi ono: "Kędzierzyn miasto możliwości". Rzeczywiście, możliwości są, tyle że dla ludzi z ekipy - ironizuje Mankiewicz.

Ankiety zostały odrzucone

Radny z SLD podarował sobie ostatecznie przygotowanie ankiet, za to pomysł podchwyciła lokalna fundacja Wiedzieć Więcej. Ankiety były dobrowolne. Radni nie mieli obowiązku ich wypełniać i... większość z tego przywileju skorzystała. Na 23 ankietę wypełniło siedmiu, dwóch kolejnych szef fundacji osobiście odpytał na korytarzu ratusza, a pozostała czternastka odmówiła.

Papierów nie wypełnili m.in. radni Niemiec i Barszcz.

Radni, nic się nie stało

Co mówią podejrzewani o kumoterstwo?

Radny Barszcz: - Nie wiem, czy wcześniej istniało stanowisko, na którym od maja pracuję. Wiem za to, że były ogłoszenia i tylko ja się zgłosiłem. Córka do wodociągów została skierowana z powiatowego urzędu pracy. Była sekretarką, awansowała na kadrową, bo poprzedniczka miała nieszczęśliwy wypadek. Córka ma odpowiednie wykształcenie. A żona wcześniej pracowała w domu dziecka i potem po prostu doszło do transferu na inne stanowisko między samorządowymi instytucjami, bo chciała zmienić pracę.

Radny Młodziński: - Moi przeciwnicy opowiadają bajki. Nieraz nie zgadzałem się z prezydentem Wantułą. On nie ma powodów, by mnie faworyzować. Moja żona wygrała konkurs.

Radny Derej: - Gdyby chodziło o moją rodzinę, tobym się przejął. Ale mówimy o żonie bratanka, to jaki w tym nepotyzm czy kumoterstwo? To nie jest moja rodzina.

Radny Niemiec: - Który przepis zabrania radnemu startować w konkursie? Ja takiego nie znam. Była oferta, to z niej skorzystałem, nie interesowało mnie to, czy to stanowisko już wcześniej było czy nie. Co do syna, to został wysłany z urzędu pracy na staż, którym nikt wcześniej się nie interesował, bo ludziom się ta oferta nie podobała. Co do żony, to nie było nacisków moich czy prezydenta na to, by ją zatrudniono w Zarządzie Oświatą. Przeciwnie. Żona została zaproszona na rozmowę, a potem nic z tego nie wyszło.

Prezydenckie naciski

- Śmiać mi się chce, jak słyszę takie wyjaśnienia - kwituje Katarzyna Dysarz, wciąż jeszcze dyrektor Zarządu Oświatą. Od 1 stycznia tę funkcję będzie pełnić ktoś inny. Dysarz uważa, że straciła stanowisko przez "aferę naciskową". - Prezydent życzył sobie, abym zwolniła konkretną osobę. Miał też życzenie, bym zatrudniła żonę radnego Niemca jako sekretarkę czy kogoś tam od faktur. Ta pani nie ma żadnych kwalifikacji, zajmuje się sprzątaniem.

- Radny przekonuje, że to pani sama zaoferowała jego żonie pracę.

- Bzdura. Sam do mnie przychodził i mówił, że "już wszystko ustalone", że "prezydent zdecydował".

- Co na to prezydent?

- Chciał, bym zwolniła główną księgową, do dziś nie wiem dlaczego. Mam nagrane, jak mi grozi, że jeśli jej nie zwolnię, to sama stracę pracę. O żonie radnego mówił, że albo zatrudnię ją, albo nikogo innego.

Uzdrowiciel jest spokojny

Przed trzema laty w trakcie walki o fotel prezydenta Kędzierzyna-Koźle hasło Tomasza Wantuły - z zawodu lekarza - brzmiało: "Uzdrowię miasto".

Dziś, gdy pytam go o zatrudnianie radnych i znajomych, odpowiada: - Pragnę zauważyć, że to nie ja kreuję politykę kadrową w miejskich instytucjach. Decydują o tym osoby nimi kierujące. Czy fakt bycia radnym lub pokrewieństwa z radnym powinien dyskryminować kogoś w staraniach o pracę, niezależnie od kompetencji? Moim zdaniem nie. Część rzekomych "afer" zakończyła się już umorzeniami prokuratury. Dajmy spokojnie pracować organom, a wszystko doczeka się wyjaśnienia.

Tomek Wantuła drukuje ulotki

Zmęczeni atmosferą w mieście kędzierzynianie zorganizowali w tym roku referendum obywatelskie dotyczące odwołania prezydenta. Przed referendum komitet rozdawał ulotki, w których wyliczał kumoterskie układy w urzędzie. W odpowiedzi prezydent wykupił ogłoszenie w lokalnym tygodniku, w którym - w imieniu komitetu referendalnego - przeprosił samego siebie.

Stworzył też własne ulotki, w których użył wizerunku i wypowiedzi m.in. Bronisława Komorowskiego namawiającego do nieuczestniczenia w referendum. Tyle że głowie państwa nie chodziło oczywiście o referendum w Kędzierzynie-Koźlu. Wantuła tłumaczył później, że ulotki przygotował nie jako prezydent, tylko jako "Tomek Wantuła".

"Gazecie" mówi: - Prezydent RP jest prezydentem także mieszkańców Kędzierzyna-Koźla. Gdyby moje działania były niezgodne z prawem, byłyby również niezgodne z moralnością i godnością. Nic takiego nie miało miejsca.

Kędzierzynianie poszli do urn 17 listopada. Za odwołaniem prezydenta opowiedziało się 4845 osób, 187 było przeciw. Frekwencja - zbyt niska, by uznać referendum za ważne.

Następnego dnia po referendum Wantuła skomentował wyniki: - To dla mnie wyraz dużego zaufania i nadziei, jakie są we mnie pokładane.

----------

JUTRO: Co się stało z moją klasą? Justyna Suchecka odpytuje kolegów i koleżanki z gorzowskiego liceum: gdzie pracują, co im się w życiu przydało i czy dla młodych ważne są "plecy"

Jak to się robi w Toruniu

Pod koniec 2010 r. województwo kujawsko-pomorskie przejęło od skarbu państwa cztery PKS-y. Marszałek Piotr Całbecki z PO powierzył ich restrukturyzację Markowi Błaszkiewiczowi, byłemu burmistrzowi Rypina. Gdy PKS-y połączyły się w nową spółkę Kujawsko-Pomorski Transport Samochodowy, jej prezesem został (bez konkursu) Błaszkiewicz. Były burmistrz z wykształcenia jest historykiem, dokształcał się na podyplomówkach z prawa europejskiego i polityki regionalnej. Transportem publicznym nigdy wcześniej się nie zajmował. Aktywnie działał za to w wojewódzkich strukturach PO.

TOMASZ CIECHOŃSKI

Jak to się robiło w Łodzi

Kumoterstwo w Łodzi największe rozmiary osiągnęło po 2010 r., gdy lokalne struktury SLD i PO dogadały się, by odwołać w referendum prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Czasu do kolejnych wyborów samorządowych było niewiele, więc zmiany na stanowiskach następowały rewolucyjnie. SLD i PO podzieliły się spółkami gminnymi. Sojusz dostał m.in. Zakład Wodociągów. Nagle okazało się, że szeregi partii zapełnia wielu "specjalistów" od kanalizacji, choć dotychczasowe ich kariery zawodowe na to nie wskazywały.

Według raportu rozesłanego do mediów przez oburzonych pracowników wodociągów w pięcioosobowym zarządzie spółki były aż cztery osoby związane z SLD: prezes Mieczysław Teodorczyk, radny sejmiku województwa łódzkiego (wcześniej był specjalistą od budownictwa mieszkaniowego i rolnictwa), Paweł Dziemdziela, przewodniczący rady SLD w Zgierzu, oraz Leszek Zduniak i Waldemar Dyba. Dla innych dwóch zasłużonych przy referendum radnych SLD - Piotra Borsa i Tomasza Treli - utworzono w spółce sztuczne etaty.

Stanowiska rozdzielał Dariusz Joński, wówczas wiceprezydent Łodzi, obecnie poseł i rzecznik SLD. W wodociągach pracę dostała wówczas Noelia Espinosa-Szczepańska, szwagierka Jońskiego. Była sekretarką z pensją 2,6 tys. zł plus 25 proc. premii. Joński na asystenta wziął sobie Sławomira Granatowskiego, byłego działacza młodzieżówki SLD. Żona Granatowskiego została wicedyrektorem wydziału gospodarki komunalnej, a jego teść - kierowcą Jońskiego.

WIOLETTA GNACIKOWSKA

OD WICEKOMENDANTA DO ADWOKATÓW Z POZNANIA

Zarobki miesięczne brutto (chyba że jest zaznaczone inaczej)

* 4800 zł (tzw. maksymalne wynagrodzenie zasadnicze) dostaje zastępca komendanta straży miejskiej w Poznaniu, który jest byłym policjantem. Na stanowisko mianował go komendant straży, również były policjant, jego dawny przełożony z komendy.

* 4900 zł zarabia młoda radna miejska Platformy Obywatelskiej z Bydgoszczy. Pracuje w biurze poselskim ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.

* Prawie 5000 zł zarabiała - zanim w kwietniu została częstochowską radną - żona posła i wojewódzkiego szefa rządzącego w Częstochowie SLD. Stanowisko: zastępca kierownika jednego z wydziałów miejskiej Oczyszczalni Ścieków "Warta". Dodatkowo otrzymywała ponad 2500 zł za przewodniczenie radzie nadzorczej miejskiej spółki Interpromex w Będzinie, w którym także rządzi SLD.

* Ok. 5000 zł dostał brat marszałka województwa świętokrzyskiego zatrudniony jako wicedyrektor powiatowego urzędu pracy w Kielcach.

* Ok. 5000 zł zarabiał od końca listopada ub. roku do zeszłego miesiąca specjalista w opolskim oddziale Agencji Nieruchomości Rolnych, z zawodu tapicer, przedstawiający się jako krewniak premiera (ma to samo nazwisko).

* 5200 zł to miesięczny dochód radnego PO z Lublina, który od kwietnia ubiegłego roku jest kierownikiem w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji - miastem współrządzi Platforma. Samorządowiec wcześniej pracował w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego, ten z kolei podlega rządzącej regionem koalicji PSL-PO.

* 5500 zł dostawał brat byłego starosty w Aleksandrowie Kujawskim, gdy został dyrektorem Zarządu Dróg Powiatowych, który podlega starostwu. Obecnie mężczyzna jest wicedyrektorem ZDP.

* Ponad 5500 zł zarabia w radzie nadzorczej trójmiejskiej spółki o nazwie Biuro Inwestycji Euro 2012 radny z PO, dawny działacz młodzieżówki Platformy. Mistrzostwa dawno się skończyły, ale spółka będzie działała jeszcze przez kilkanaście lat, ponieważ musi spłacać długi zaciągnięte na budowę stadionu. Płaci miasto Gdańsk, którym rządzi prezydent z PO.

* Ok. 6000 zł zarabiał działacz katowickiej PO i miejski radny jako dyrektor ds. marketingu i rzecznik Kolei Śląskich. Spółka podlega marszałkowi województwa. Rajca dostał stanowisko, gdy marszałkiem był szef katowickiej PO.

* Ok. 6000 zł dostała siostra wiceburmistrza Końskich (woj. świętokrzyskie) zatrudniona jako wicedyrektorka miejsko-gminnego ośrodka pomocy społecznej w miasteczku.

* 6000 zł - to ubiegłoroczna miesięczna pensja szczecińskiego radnego PiS w gminnej spółce Szczeciński Fundusz Pożyczkowy. PiS popiera prezydenta Szczecina, a rajca dostał tę posadę po stracie pracy u prywatnego przedsiębiorcy.

* 6300 zł wynosiła w ubiegłym roku miesięczna pensja radnej popierającej prezydenta Szczecina. Zatrudnienie jej na stanowisku project manager w gminnej spółce Szczeciński Park Naukowo-Technologiczny zbiegło się z przejściem pani radnej z opozycji na stronę prezydenta.

* Ok. 6500 zł dostał olsztyński radny PO na stanowisku kierownika w Warmińsko-Mazurskiej Strefie Ekonomicznej w Olsztynie. Strefa podlega rządowi PO-PSL. Wcześniej radny był dyrektorem w prywatnej spółce, ale ta wpadła w kłopoty finansowe. Ciekawostka: na prywatnym poletku nasz bohater pracował wspólnie z innym radnym PO, który też dostał posadę na otarcie łez: prezesa miejskiej spółki śmieciowej w Olsztynie.

* Ok. 6500 zł płaci lubelski ratusz córce radnej Wspólnego Lublina. Klub ten popiera w głosowaniach prezydenta. Córka radnej jest od 2011 roku dyrektorem jednego z wydziałów w urzędzie.

* Ponad 6700 zł dostawała kancelaria adwokacka, która wygrała przetarg na usługi prawne w szpitalu dziecięcym w Poznaniu. Kancelarię prowadzi teściowa dyrektora szpitala.

* Ok. 7000 zł od dwóch miesięcy zarabia córka członka zarządu lubuskiej PO jako dyrektorka w platformerskim Urzędzie Marszałkowskim w Zielonej Górze. Posadę dostała bez konkursu. Zasiadła w fotelu szefa departamentu administracyjno-gospodarczego. Jej ojciec jest zarazem radnym lubuskiego sejmiku oraz szefem PO w Krośnie Odrzańskim. Zasiada też w radzie krajowej Platformy.

>> 2 tys. dla sekretarki, 6 tys. dla radnego [CAŁA KUMOTERSKA LISTA PŁAC]

PRZYGOTOWALI: MAGDALENA CIEPIELAK, DOROTA STEINHAGEN, WIOLETTA GNACIKOWSKA, KRZYSZTOF KATKA, JAN KĘDRACKI, TOMASZ MACIEJEWSKI, ARKADIUSZ ADAMKOWSKI, TOMASZ CIECHOŃSKI, MARCIN KOBIAŁKA, MAJA SAŁWACKA, MACIEJ NOWAKOWSKI, JACEK BRZUSZKIEWICZ, MAREK PODMOKŁY, AGATA KULCZYCKA, JOLANTA KOWALEWSKA, MAŁGORZATA BUJARA, LESZEK FRELICH, JACEK HARŁUKOWICZ, PRZEMYSŁAW JEDLECKI, TOMASZ KURS, KRZYSZTOF AŁADOWICZ, ALEKSANDRA PRZYBYLSKA, ELŻBIETA POLCYN

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.