Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu



Co miłego na dziś zaplanowałaś?

Dominika Jagiełło, 37 lat

Jak dobrze, że miałam depresję. Gdyby nie ona, nie nauczyłabym się tego wszystkiego. Psychoterapia wywróciła moje myślenie o mnie samej i moich umiejętnościach. Odkryłam samą siebie. Dużo łatwiej jest mi teraz żyć.

Postanowiłam o tym wszystkim opowiedzieć, także dlatego, że gdy zaczęłam psychoterapię, znajomi podchodzili do mnie jak do niepełnosprawnej. Niektórzy uważali, że muszę mieć nierówno pod sufitem. A przecież ludzie w terapii są przede wszystkim dzielni - próbują coś zmienić w swoim życiu, chociaż jest to takie trudne.

Skończyłam nauki polityczne i śpiew operowy. Przedpołudniami pracuję jako urzędniczka, a popołudniami śpiewam w chórze przy Teatrze Wielkim w Warszawie i w chórze eksperymentalnym; piszę też opowiadania i blog.

Kilka lat temu zaczęłam chorować. Miałam problemy ze słuchem, wzrokiem, kręgosłupem, nerkami, brzuchem, jelitami. Gdy jeden problem się kończył, ból zaczynał się gdzie indziej. Drętwiały mi palce tak, że trudno było mi sobie zawiązać sznurówki, czasem drętwiała cała lewa strona ciała. Coraz mniej jadłam. Ale badania nie wykazały żadnych chorób.

To trwało jakieś dwa lata. Ale - pomijając ciągły ból - wydawało mi się, że prowadzę normalne życie. Miałam 31 lat, byłam bardzo aktywna, towarzyska, na pełnych obrotach przez 15-17 godzin dziennie. Wszystkie urlopy spędzałam na warsztatach z chórem.

Jednak gdy miałam wolną chwilę... wybuchałam płaczem. Nie wiedziałam, dlaczego. Sięgałam wtedy po papierosa, wino, telewizję, sprzątanie. Potrafiłam sprzątać dwa razy dziennie, żeby nie czuć pustki. Chaosu.

Po wykluczeniu białaczki moja lekarka powiedziała: "To musi być depresja. Jeśli następnym razem do mnie przyjdziesz, zaczynamy od antydepresantów". Zaśmiałam się. Ale niedługo potem znowu się zaczęło: bóle mięśni takie, że nie byłam w stanie podnieść ręki ani oddychać.

Dostałam skierowanie na psychoterapię i leki antydepresyjne. Poprosiłam koleżankę psychologa o radę, jaki rodzaj psychoterapii wybrać, bo np. do psychoanalizy nie miałam przekonania. Doradziła mi terapię poznawczo-behawioralną. "Co to jest?". "Będziesz miała zadania do zrobienia". "Zadania? OK. Lubię zadania".

Na początku nie było łatwo. Wstydziłam się obcej osoby. Jakbym stała naga na wielkiej scenie Teatru Wielkiego. Żałowałam, że zamiast terapii nie wystarczy obecność rodziny i przyjaciół. Miałam się komu wyżalić: mam przyjaciół, siostrę, z którą jestem bardzo blisko. Oni byli dla mnie wsparciem, ale nie potrafili spojrzeć z dystansu. Kochająca cię osoba zrobi wszystko, by cię nie zranić, a mnie potrzebny jest dystans i wypunktowanie problemów.

Rozmowa z Ewą Woydyłło-Osiatyńską: Przyjaciółka bywa złym doradcą


Spodobało mi się, że nie wchodzimy od razu w dzieciństwo jak na psychoanalizie, tylko zajmujemy się teraźniejszością. Najpierw ciało - skoro boli, musimy nauczyć się je rozluźniać. Zajęłyśmy się ćwiczeniami relaksacyjnymi.

Dostałam mnóstwo zadań do zrobienia. Przykład: liczenie i wpisywanie do tabelki tego, co o sobie myślę i mówię. Byłam zszokowana, jak często bombarduję się negatywnymi myślami. Okazało się, że jestem skupiona na sobie - ciągle tylko ja i ja, i to jeszcze w negatywnym świetle.

Uczyłam się rozpoznawania emocji. Czy czuję zdenerwowanie, czy lęk? Dla mnie to było niemal to samo. Emocje miałam wpisywać do tabelki. Na przykład: czuję smutek. W rubryce obok: dlaczego? (bo jestem gruba, brzydka, nic nie osiągnęłam w życiu, jestem debilem). W trzeciej rubryce: jaki to rodzaj zniekształcenia rzeczywistości (a jest ich sześć). W czwartej: racjonalne powody, dla których jestem debilem (tu zwykle okazywało się, że racjonalnie rzecz biorąc, nic o tym nie świadczy). Uświadamiałam sobie, że byłam skupiona tylko na swoich wadach, które w dodatku były nierzeczywiste.

Wychodziłam z tych spotkań potwornie zmęczona. Płakałam, śmiałam się, złościłam. Terapeutka prosiła, bym mówiła do siebie na głos: "Dominiko - możesz postąpić tak i tak". Nie mogłam się przełamać: "Jakie to głupie! Nie będę gadać jak w amerykańskim filmie" - złościłam się. Kilka razy wyszłam wściekła i trzasnęłam drzwiami. Zaraz wracałam i przepraszałam. A terapeutka: "Niech pani nie przeprasza. Super, że pani to zrobiła, wreszcie się pani zdenerwowała!". Raz po porządnym trzaśnięciu drzwiami dostałam oklaski. "Brawo, brawo, tylko tak dalej!".

Uczyłam się asertywności. Zrozumiałam, że nie zawsze muszę być układna, dobrze wychowana, miła, bo to uderza we mnie. Do tabelki wpisywałam rzeczy, które mi nie pasują w moich relacjach z innymi, i takie, których się obawiam. Obok pisałam, jak mogę komuś powiedzieć "nie". A potem robiłam eksperyment - przeprowadzałam taką rozmowę. Opisywałam reakcję rozmówcy i na ile sprawdziły się moje obawy. Oczywiście zdarzały się porażki, gdy tchórzyłam i wycofywałam się - albo przeciwnie, na fali entuzjazmu, że potrafię twardo mówić o swoich potrzebach, wykrzykiwałam to ludziom w twarz i rodził się konflikt.

Pierwszy etap terapii miał rozwiązać moje największe problemy, zadziałać doraźnie. I tak się stało. Objawy depresji minęły. Nic mnie nie bolało. Pobiegłam z kwiatami do mojej lekarki rodzinnej. Czułam się nowym człowiekiem.

Ale miałam też wrażenie, że mam przed sobą otwartą skrzynkę z narzędziami, ale jeszcze nie wszystkimi potrafię się posługiwać. Pewnych spraw ledwie dotknęłam. Wróciłam więc jeszcze na terapię, żeby wejść głębiej - w przyczyny.

Odkąd pamiętam, miałam bardzo kiepską opinię o sobie, mimo że znajomi uważali, że jestem pomysłowa, silna i prę do przodu. Gdy sięgałam podczas terapii w głąb siebie, zobaczyłam, że to się zaczęło już w dzieciństwie. Miałam w sobie poczucie zagrożenia - że jestem sama, porzucona, że świat jest straszny, mimo że obiektywnie sytuacja była normalna. Byłam ambitna, ale wielu rzeczy w życiu nie spróbowałam, mimo że miałam ochotę, bo bardzo bałam się porażki. To nawet nie była kwestia wymagań rodziców, tylko moich wyobrażeń na temat tego, czego oni ode mnie oczekują. Na przykład nie poszłam do szkoły muzycznej, bo bałam się, że sobie nie poradzę, śpiewu zaczęłam uczyć się dopiero po maturze. Przy dużym stresie zapadałam się w głęboki smutek. Długo nie miałam partnera, moja samotność rosła. To wszystko latami narastało, a ja nie miałam narzędzi, by sobie z tym radzić.

Czy samotność jest wyborem? Zastanawiają się autorzy książki ''Blisko, nie za blisko''

Dowiedziałam się, że takie lęki są przenoszone nieświadomie, z pokolenia na pokolenie. A predyspozycją jest nadmierna wrażliwość.

Terapia była płatna. To były spore pieniądze, ale na początku się nad tym nie zastanawiałam. Potem zaczęło mnie to wkurzać, ale postanowiłam traktować to jak studia, jakbym sobie opłacała jakiś kurs.

W czasie terapii nosiłam przy sobie karteczkę z pytaniami: "Jaką przyjemność sobie na dziś zaplanowałaś? Co miłego sobie dzisiaj powiedziałaś?". Strasznie się wtedy z tego śmiałam. Ale działało! Teraz staram się robić sobie przyjemności, dbać o siebie. Zanim na coś się zgodzę, zastanawiam się, czy mi to pasuje, czy znowu nie robię czegoś kosztem samej siebie. Zimą na tydzień wyjeżdżam do ciepłych krajów, żeby zafundować sobie więcej światła i ciepła. Kiedy zaczynam tracić apetyt, to jest sygnał, że trzeba zacząć się pilnować - wracam do moich tabelek, zadań.

Terapeutka zauważyła, że kiedy trudno mi coś powiedzieć, sięgam po kartkę. "Powinna pani pisać" - powiedziała. Zaczęłam pisać bloga o walce z depresją, najpierw tylko dla siebie, a potem go upubliczniłam. Koniec chowania się, nie ma czego się wstydzić. Przecież tyle osób pytało, co mi pomogło. Są metody, by wyjść z depresji, a każdemu życzę, by zareagował, zanim ona się zacznie.

Nie dam szczęścia, gdy będę nieszczęśliwy

Piotr Matłok, 36 lat

Mój świat był kiedyś prosty. Jestem inżynierem. Miałem żonę i czwórkę dzieci. Moim zadaniem było utrzymanie rodziny. Kiedy trafiłem na terapię, ta inżynierska wizja zaczęła się rozpadać. Powoli, cegła po cegle, zaczęły się ukazywać zręby zupełnie nieznanego mi świata. Zobaczyłem, ile rzeczy zostało mi "zaprogramowanych". Zrozumiałem, że moje małżeństwo się skończyło, ale nie muszę się z tego powodu zadręczać do końca życia. Znalazłem w sobie spokój. Dlatego nie wstydzę się teraz opowiadać o swoich doświadczeniach terapeutycznych.

Jak to się zaczęło? Po studiach na politechnice w Krakowie nie mogłem znaleźć pracy jako inżynier. Byłem świeżo po ślubie, pierwsze dziecko było w drodze, wylądowałem więc w warsztacie stolarskim u teścia w Dębicy. Pracowałem jako stolarz i zajmowałem się administracją. A co jakiś czas wyjeżdżałem do pracy do Norwegii. Trudno było rozstawać się z dzieciakami, ale wydawało mi się, że muszę. W końcu podjęliśmy decyzję o emigracji. Dzieci (było ich już troje) poszły do przedszkola. Przyjechało też moje rodzeństwo i znajomi. I wtedy okazało się, że żona zdradza mnie z moim kolegą.

Przepraszała mnie. Powiedziała, że chce zacząć nasz związek na nowo. Wybaczyłem. Na świat przyszło nasze czwarte dziecko.

Wybaczyłem, ale nie do końca. Ja potrafię zrobić dużo dobrego, ale też dużo złego. Wtedy zainstalowałem program na jej komputerze, który skanował korespondencję, na telefonie założyłem filtr, który przekazywał mi jej SMS-y.

Żona źle czuła się w Norwegii, po jakimś czasie wróciła z dziećmi do Polski; ja dojeżdżałam do nich na weekendy. Znowu zaczęło się między nami psuć. Znowu zaczęła się z kimś spotykać. Powiedziałem: "Chcesz być ze mną czy nie, masz miesiąc na decyzję".

Poszła na kolejny rodzaj psychoterapii - ustawienia Hellingera. Ze spotkań wracała podekscytowana. Potajemnie czytałem jej maile do osób z grupy. Mówiła im rzeczy, o których w ogóle nie wiedziałem. Byłem zazdrosny. Myślałem: "To jakaś sekta! Pranie mózgu! Muszę sprawdzić, co to takiego". I sam się zapisałem.

Ustawienia Hellingera polegają na pracy w grupie. Każdy wybiera z kręgu osoby, które będą odgrywały role jego bliskich. Z tej psychodramy wielu rzeczy można się dowiedzieć. Wtedy zobaczyłem po raz pierwszy siebie. Bezradnego w tym trójkącie: ja, żona i jej kochanek. Zobaczyłem całą sytuację z boku - jej radość, gdy zwracała się ku niemu, i zmartwienie, z jakim patrzyła na mnie. Uświadomiłem sobie, że ona jest w tamtym związku szczęśliwa, a ja jej już tylko przeszkadzam. I że przeszkadzam także sobie. To było bardzo bolesne. Rozmontowało mnie na czynniki pierwsze. Ale potem zaczął się proces zdrowienia: stało się, ale żyję. Jestem. Też jestem ważny. Przestałem się zastanawiać, co ona czuje i dlaczego. Teraz - pomyślałem - pora myśleć o własnym szczęściu. Pamiętam, że po ustawieniach nie poznałem się w lustrze. Nie byłem już napięty, zgarbiony. Głowa się uniosła, kręgosłup wyprostował. To było niesamowite.

Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski sprawdzają, jak można odzyskać spokój: Mazidła dla duszy


W międzyczasie żona poprosiła znowu o trzy miesiące zwłoki - chciała pojechać na warsztaty Progów Życia. Wciąż nie była pewna, czy powiedzieć mi "tak". Chciała odnaleźć to "tak" w sobie. Tymczasem odkryła kategoryczne "nie".

Ja też zacząłem swój warsztat Progów Życia. Chciałem nad sobą pracować. Zacząłem się zastanawiać, co mi faktycznie daje szczęście. Po studiach miałem iść na studia doktoranckie i wykładać geometrię wykreślną. Bardzo mnie to kręciło, ale nie zdecydowałem się, bo to były małe pieniądze. Na studiach śpiewałem w zespole szantowym i w chórze amatorskim. Uwielbiałem to, ale zrezygnowałem - nie było czasu. Przez 13 lat małżeństwa pracowałem od 7 do 19 i ani razu nie byłem na urlopie. Teraz uważam, że po ślubie, zamiast budować dom, powinniśmy zrobić to, o czym marzyliśmy - nauczyć się hiszpańskiego, pojechać do Argentyny i tańczyć tango albo włóczyć się po świecie od kraju do kraju. Teraz widzę, że trzeba było realizować marzenia, a mnie się wydawało, że trzeba pracować.

Nigdy nie zaniedbałbym moich dzieci, nie zrzekł się obowiązku ich utrzymania. Ale podczas psychoterapii, nie krzywdząc nikogo, można na chwilę zawiesić te obowiązki i dotrzeć do tego, co jest głęboko we mnie. Ja odkryłem, że nie dam nikomu innemu szczęścia, jeśli sam będę nieszczęśliwy.

Równie dużo jak moja własna praca nad sobą dawało mi zetknięcie z opowieściami innych. Przeglądałem się w ich historiach jak w lustrze i znajdowałem swój własny kawałek.

Niewielu mężczyzn brało udział w warsztatach. Na psychoterapię trafiają dopiero ludzie po przejściach, a moim zdaniem np. Progi Życia powinien obowiązkowo przejść każdy - zamiast kursu przedmałżeńskiego. Chociaż nie wiem, czy wcześniej byłbym na to gotowy... Miałem 22 lata, byłem zakochany, chciałem mieć dużą rodzinę...

Na koniec terapii robiliśmy wizualizację: płynąłem łodzią wzdłuż ścian jaskini, na których wyświetlały się trudne momenty z mojego życia: zdrada żony, ciężkie chwile w Norwegii, wszystko, co mnie rozkładało przez te lata. Płynąłem obok tego, ale już nie czułem negatywnej energii tych zdarzeń. Potraktowałem je jak lekcje życia. Teraz, gdy mam gorszą chwilę, przypominam sobie tamto poczucie mocy, które zostało zapamiętane także przez moje ciało.

Jesteśmy rok po rozwodzie. Dzieci mieszkają na stałe w naszym domu w Dębicy, pół miesiąca z żoną, pół miesiąca ze mną. Uzgodniliśmy, że tak będzie dla nich najlepiej. Pracuję wciąż w Norwegii, ale mam kilka pomysłów na biznes w Polsce.

Moim dzieciom staram się przekazać, by kierowały się tym, co czują, a nie tym, co im ktoś powiedział. Żeby nie przejmowały się tym, jak oceniają ich inni. Bo ja dostałem od mojego taty taki przekaz: "Masz być silny i się mnie słuchać".

Ubierałem ostatnio z dziećmi choinkę. Pamiętam, że w dzieciństwie to zawsze był dla mnie stres - że się bombki potłuką. I nagle mój najmłodszy synek upuścił największą, najpiękniejszą bombkę. Miał takie przerażenie na twarzy, że niewiele myśląc, też walnąłem bombką o ziemię. Zobaczyłem w jego oczach ulgę.

Trudno powiedzieć: "Jestem alkoholiczką"

Agnieszka Maksymowicz, 32 lata

Wychowałam się w byłym pegeerze niedaleko Hrubieszowa. Mama pracowała w zakładzie rolnym, tata był na rencie - miał powikłania po źle przeprowadzonej operacji trzustki, przeszedł nawet stan śmierci klinicznej. Byłam bardzo zżyta z tatą. Pomagał mi odrabiać lekcje, uczył rysować, zamawiał dla mnie z katalogów upominki (mimo że żyliśmy na kredyt). Z mamą mu się nie układało, więc we mnie znalazł sobie partnerkę. Brat był synkiem mamy, ja byłam córeczką taty. Z pewnością rodzicom przydałaby się terapia małżeńska, ale w moich stronach i w tamtych czasach nie było czegoś takiego. Mamie musiało być ciężko - dużo pracowała, opiekowała tatą i jeszcze swoją chorą na schizofrenię matką.

W moim domu piło się alkohol. I mnie nigdy tego nie zabraniano. Nawet gdy byłam bardzo mała, kiedy po wypłacie schodzili się koledzy taty, dostawałam dla siebie piwo. Pamiętam, jak siedzę za kotarą, bawię się, popijam i słucham ich rozmów. W moich stronach to normalne. Nigdy nie usłyszałam, że alkohol szkodzi.

Z czasem z tatą było coraz gorzej. Coraz częściej sięgał po alkohol, doszła do tego cukrzyca. Ja też zaczęłam zapijać problemy. W technikum nie potrafiłam się już bawić ani rozmawiać bez alkoholu. I piłam więcej niż znajomi.

Dorosłe dzieci alkoholików opowiadają o swoim dzieciństwie

Po szkole koleżanka ściągnęła mnie do Warszawy. Najpierw pracowałam w McDonaldzie, potem jako barmanka i kelnerka w restauracji. Pieniądze były z tego niezłe, mogłam nawet pomóc rodzicom, ale miałam stały dostęp do alkoholu. Wychodziłam z pracy o 1 w nocy, a o 5 docierałam do domu, bo zasypiałam w nocnym i jeździłam od pętli do pętli. Ale nigdy żadne poważne konsekwencje nie zmusiły mnie do zastanowienia, że coś jest ze mną nie tak.

U taty rozwinęła się jeszcze białaczka. Pewnego ranka zadzwonił do mnie brat: "Ojciec jest w szpitalu, przyjedź, bo sobie potem nie darujesz". Tata leżał na opiece paliatywnej. Był nieprzytomny, a jednak kiedy się do niego odezwałam, ocknął się i wyciągnął do mnie ręce. Chciał, żebym go zabrała do domu, ale mama się nie zgodziła. Zostałam z nim w szpitalu na noc. Tej nocy zmarł.

Po jego śmierci byłam w szoku. Szlochałam, jąkałam się, chodziłam wężykiem. Obwiniałam się, że nie zabrałam go ze szpitala. Piłam, kiedy się dało i ile się dało. Topiłam tak rozpacz, żal, poczucie winy. Aż koleżanka z pracy dała mi namiary na Ośrodek Interwencji Kryzysowej. "Idź - prosiła. - To bezpłatne, nawet ubezpieczenia nie trzeba mieć". "Mam iść do psychiatry? Przecież nie mam nierówno pod sufitem?". Ale poszłam.

Pierwsza rozmowa - wielki płacz. O emocjach nie umiałam wtedy jeszcze rozmawiać, ale opowiedziałam po prostu o tym, co się stało. Dostałam od razu antydepresanty i leki nasenne, bo nie mogłam ani spać, ani jeść. Ujęło mnie, kiedy moja pani psychiatra mi powiedziała: "Wydawać by się mogło, że ja, osoba, która pomaga innym z takimi problemami, powinnam sobie z tym lepiej poradzić. Nieprawda. Trzy lata mi zajęło, zanim się pogodziłam ze śmiercią mojego taty". Pomyślałam wtedy, że chyba idę dobrą drogą, że jest nadzieja dla mnie. Po roku terapii, kiedy kończył mi się limit refundowanych godzin, zaczęłam wychodzić na prostą. I powoli zaczęło docierać do mnie, że mam problem z alkoholem. Łączyłam leki z alkoholem, choć nie powinnam. Nie umiałam wytrzymać.

W tym czasie związałam się z chłopakiem. Bardzo liczyłam, że nam się uda, bo dotąd mój najdłuższy związek trwał pół roku. Ale on też zaczął pić. Przestał chodzić do pracy, szantażował mnie. Po kolejnej awanturze wybiegłam z domu, kupiłam alkohol i wypiłam wszystko duszkiem. Gdybym wtedy miała pasek, tobym się chyba powiesiła.

Załamałam się po raz kolejny. Moja psycholog skierowała mnie na terapię dla uzależnionych. Na 7 punktów, które charakteryzują alkoholika, miałam 5. Wtedy w końcu zrozumiałam, że jestem uzależniona. Byłam przerażona. Podpisałam umowę, że od tej chwili nie piję, i zaczęłam terapię grupową.

W grupie było kilkanaście osób. Najpierw każdy się przedstawiał: "Dzień dobry, mam na imię Agnieszka. Jestem alkoholiczką". Och, jak trudno było mi to powiedzieć wtedy... Pierwszy raz rozmawiałam tak otwarcie i na trzeźwo z ludźmi, którzy mają takie same problemy jak ja. Oni mnie rozumieli i mogli coś poradzić. Ja nawet nie wiedziałam, że to, co czuję, to głód alkoholowy. Tu od razu mi ktoś doradził: na głód pomaga to i to. Ta terapia trwała rok i siedem miesięcy. Od tamtego czasu nie piję. Wzięłam się też za swoje zdrowie. Leczę chorą tarczycę, zęby, zatoki.

Chodzę wciąż na mityngi AA, mam siatkę wsparcia. Jestem też pod opieką indywidualnego terapeuty w ośrodku uzależnień, pracujemy nad moimi związkami. Wiem już, że każdego kolejnego partnera porównuję do taty i że go idealizuję. Marzenia? Chciałabym stworzyć prawidłowo funkcjonującą rodzinę. I żeby terapia, która uratowała mi życie, nie była tematem tabu.

Rozmowa o uzależnieniu od alkoholu

Wyzwolić się od rodziców

Anna Poznańska, 32 lata

Dlaczego pozwoliłam się tak traktować mojemu mężowi? Po psychoterapii wiem, że wynikało to z relacji z moim tatą. W dzieciństwie bardzo się bałam jego wybuchów gniewu. Nie wolno mi było go skrytykować ani z niego żartować. Nie było mowy o relacjach partnerskich. Dopiero dzięki terapeucie przekonałam się, że mężczyźni mogą być delikatni, akceptujący, umieć słuchać.

Męża poznałam w pracy. Miałam 22 lata, to była moja pierwsza praca i pierwsza wielka miłość. On właśnie się rozwodził. Potrafił oczarować: pięknie mówił, pięknie się zachowywał, zawsze szarmancki, w garniturze. Miał wysokie stanowisko i pod sobą 80 ludzi.

Problemy pojawiły się jeszcze przed ślubem. Próbował ze mnie zrobić laleczkę: wciąż wysyłał do kosmetyczki, do fryzjera. Kiedy kupiłam płaszcz, mówił: "Ładny! Ale jak można kupować na targu, oddaj go!". To był facet, który musiał mieć metkę.

Nie miał dla mnie czasu. Ciągle w delegacjach, wieczorem siadał do komputera. Kiedy miałam pretensje, osadzał mnie chłodno, tak jak swoich podwładnych: "Spójrz, jak ty wyglądasz. Twoja reakcja jest nieadekwatna do sytuacji". Zero emocji. Ja byłam wariatką, bo płakałam. Zaczęłam źle się czuć: wciąż bolał mnie brzuch, dwa razy wylądowałam w szpitalu - gastroskopia, kolonoskopia, antybiotyki.

Ale mimo to zerwałam kontakty ze znajomymi, którzy go krytykowali - wydawało mi się, że są zwyczajnie zazdrośni.

Przez krótki czas było lepiej, bo kupił mi psa. Trochę jakbyśmy mieli dziecko. Byłam szczęśliwa i zdecydowaliśmy się na ślub. Zignorowałam dziwnego SMS-a od jego koleżanki: "Jesteśmy w parku, całujemy Cię czule w czółko".

Po ślubie znów się popsuło. Trafiłam do szpitala, on nie okazywał żadnej troski. Usłyszałam od koleżanki: "Czy ty nie widzisz, jak on cię traktuje? Wystarczy, że cię dotknę, a ty się zwijasz, kurczysz ze strachu. Boisz się nawet oddychać".

Namówiłam go na psychoterapię małżeństw. Zgodził się w końcu pod warunkiem, że on znajdzie terapeutę. Siedziałam tam z otwartymi ustami, bo psychoterapeutka zaginała go co chwila: "Czy pan słyszy, jak pan się zwraca do żony? To są te same techniki, które stosuje pan na swoich pracownikach. A to jest żona, a nie podwładny". W pewnej chwili mężowi wyrwało się szczerze: "Ale ona jest osobą bez ambicji! Bez zainteresowań! Do życia potrzebna jest jej tylko szmata i gary!". Rozpłakałam się. Wtedy do mnie dotarło, że taka właśnie była nasza relacja: on na górze, ja na dole, zawsze słabsza, zawsze głupsza. To mi przypomniało, jak byłam traktowana w dzieciństwie przez tatę. Poczułam, że mam dość relacji szef - podwładny, ojciec - córka. Chciałam być traktowana równo.

Chciałabym, żeby terapia, która uratowała mi życie , nie była tematem tabu


W środku wciąż miałam głupią nadzieję, że on się w końcu zmieni, aż wreszcie zadzwonił do mnie mąż jego kochanki i potwierdził wszystkie obawy. Ich romans trwał od lat.

Spakowałam się i pojechałam do rodziców. Przez dwa dni nie wychodziłam z łóżka. Wymiotowałam, krew leciała mi z nosa, nie mogłam jeść ani spać. Dostałam antydepresanty i leki przeciwlękowe i postanowiłam iść na własną terapię.

Terapia Gestalt to praca z ciałem. Dopiero teraz zaczęłam poznawać jego potrzeby, reakcje na stres: ręce się trzęsą, serce bije jak oszalałe. Zobaczyłam, że sama siebie krzywdzę.

Terapeuta kazał mi prowadzić dialog umysłu z ciałem. Kiedy byłam umysłem, mówiłam: "Muszę szybko biec do pracy. Dziś mam ważną rozmowę. Po pracy muszę ugotować obiad i wyjść z psem. Szybciej, szybciej!". A potem mówiło moje ciało: "Ale jestem zmęczone. Chcę odpocząć. Dlaczego wciąż mnie poganiasz? Po co spinasz każdy mięsień, przecież mnie to boli". To było dla mnie przełomowe doświadczenie - zrozumiałam, że mój umysł i moje ciało muszą się dogadać.

Terapia była jak wchodzenie w dorosłość. Terapeuta mówił mi to, co powinien mi kiedyś powiedzieć tata: np. gdzie stawiać granice, żeby nie pozwolić innym źle się traktować. A ja od taty dostałam przekaz: pracuj, nawet jak boli, zapomnij o sobie.

Zobaczyłam, że nie umiem nad sobą panować, gdy ktoś patrzy na mnie z góry. Stawałam się zahukanym dzieckiem, można było zrobić ze mną wszystko. Terapeuta mówił: "W każdym z nas mieszka wewnętrzne dziecko. Kiedy znajdziesz się w takiej sytuacji, wyobraź sobie małą Anię. Potem wybierz jej jakieś bezpieczne miejsce i zostaw ją tam, żeby dorosła Ania mogła załatwić sprawy dla dorosłych".

Tak naprawdę przestałam być małą dziewczynką zaledwie kilka miesięcy temu, a mam 32 lata.

Dla mojego taty momentem przebudzenia była choroba. Dopiero wtedy zaczął mnie, swoją córkę, traktować jak człowieka równego sobie.

Tata zachorował na raka. Moja pierwsza myśl: muszę mu znaleźć psychologa, on się teraz nie może poddać. Psycholog jeszcze nie miał podpisanej umowy z NFZ, mimo to pojawił się u taty w szpitalu. Potem przychodził regularnie i zawsze trwało to dłużej niż przepisową godzinę.

Pojechałam do taty i mówię: "My też musimy pogadać. To, co mi zrobił mąż, stało się dlatego, że mu na to pozwoliłam, nie postawiłam się, nie umiałam. A to z kolei jest konsekwencją tego, jak ty mnie wychowałeś". Tato siedział tylko i oddychał głośno. Dawniej już by mi przerwał, już by było: "Jak ty się do mnie odzywasz!". Teraz potrafił to przyjąć.

W tej chwili możemy otwarcie rozmawiać. Zaczęliśmy razem się śmiać, żartować. To cudowne mieć partnerów w rodzicach. Ale musiałam przejść rozwód i chorobę taty, by znaleźć się w tym punkcie. Dlaczego ludzie muszą tak mocno dostać po głowie, żeby coś się w nich ruszyło?

Rozmowa z psychoterapeutką Zofią Milską-Wrzosińską: Dorośli jak dzieci



Jan Poznański, 65 lat

Z zawodu jestem kierowcą. Zawsze byłem dobrym pracownikiem - rzetelnym, zaradnym. Pracowałem całymi dniami, dopiero noc przyganiała mnie do domu. Dla mnie obowiązki to była świętość, od małego byłem tak nauczony. Kiedy nie mogłem już jeździć ze względu na kręgosłup, znalazłem pracę jako ochroniarz. Ostatniej zimy wykryto u mnie raka.

Wtedy córka zaczęła namawiać mnie na psychoterapię. Opowiedziała mi o swojej terapii, o tym, jak jej to pomogło. Dałem się przekonać, bo potrzebowałem pomocy. Tak naprawdę nie zdążyłem nawet wpaść w porządną rozpacz, tak szybko zjawił się przy mnie terapeuta.

Na początku bardzo byłem zestresowany. On próbował ze mnie wyciągnąć, co jest nie tak. Może coś w pracy? Nie, jestem chwalonym pracownikiem. Może w domu? Nie, dzieci mi się udały. Żona? Mam anioła w domu. Cholernie wstydziłem się źle mówić o własnej matce. Ale w końcu wyspowiadałem się jak księdzu na spowiedzi.

Przy matce zawsze robiłem się mały. Jedno jej słowo i leciałem. Kiedy o 8 rano wracałem po nocnej zmianie do domu, a ona zadzwoniła, że mnie potrzebuje, nie było żadnego tłumaczenia, że jestem zmęczony - musiałem się stawić. Kiedy brama jej się zepsuła, musiałem wracać z wczasów i jej tę bramę naprawić, mimo że zięć był na miejscu. Nie umiałem powiedzieć "nie". Szantażowała mnie: "Jak nie przyjedziesz, to się powieszę". Byłem zdominowany przez nią od dziecka, wychowany w drylu i dyscyplinie. Obrażała mnie. "Jesteś durny", krzyczała. To człowiek religijny, w kościele krzyżem leży, a w domu potrafi własnym dzieciom mówić takie straszne rzeczy. Co za fałsz! Jak tak można? To wszystko niestety przenosiłem na moje dzieci. Zdenerwowany, wyładowywałem się na rodzinie. Krzyczałem, wybuchałem. Taka głupia reakcja łańcuchowa.

Jestem w terapii od stycznia. Uświadomiłem sobie, jak bardzo uzależniony jestem od matki. Terapeuta tłumaczył mi cierpliwie, że jestem dorosły, że muszę się wyzwolić. Takie proste rzeczy, które chyba powinien powiedzieć mi kiedyś ojciec - że mam swoje życie. Zacząłem się buntować. Teraz jak matka zaczyna mnie krytykować, odkładam po prostu słuchawkę. Czuję się wolny. Widzę, że można inaczej żyć

Z Ani jestem teraz bardzo dumny. Ona w jednej chwili dorosła, przejęła stery.

Czasem potrzebna jest pomoc kogoś obcego. Psychoterapia to był strzał w dziesiątkę. Chcę powiedzieć innym, że zawsze można zmienić życie, nawet późno. Jeśli przekonam choć jedną osobę, bardzo będę się cieszył.

Co dwa tygodnie mam chemię. Terapeuta przekonał mnie, że wszystko da się wyleczyć, o ile się nie poddam, że bardzo dużo zależy ode mnie. Miałem dwa wyjścia - załamać się i powoli umierać albo wziąć się w garść i zacząć walczyć.

Mężczyźni rzadziej

Kilka miesięcy temu studentki Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej zaczęły kampanię społeczną przełamującą tabu, jakim ciągle jest w Polsce publiczne przyznanie się do udziału w psychoterapii. Popularność akcji przeszła ich oczekiwania. Na stronie www.mamterapeute.pl i na jej stronie FB pojawiło się ponad 50 psychoterapeutycznych coming outów. Ludzie przysyłają zdjęcia i piszą: "Miałem problem i wziąłem udział w psychoterapii. Nie zamierzam się tego wypierać ani wstydzić, bo mi to niezwykle pomogło".

Z psychoterapii rzadziej korzystają mieszkańcy małych miejscowości i wsi, rzadziej mężczyźni niż kobiety, a niemal w ogóle - ludzie starsi. "Chcę powiedzieć innym, że zawsze można zmienić życie, nawet późno" - mówi jeden z bohaterów tego reportażu, 65-latek.


W ''Dużym Formacie'' czytaj też:

Połączyły ich kółka do zasłon
Prawdziwa historia powstańczego małżeństwa

Dzień dobry, ile za perłę?
Za publiczne pieniądze dyrektorzy szpitali, wójtowie, burmistrzowie i prezydenci kupują sobie Perły, Orły i Rzetelne Samorządy

Dron, owad doskonały
Jego dronami interesują się Hollywood i Bollywood. Nie ma kontynentu, na którym by nie latały

Albania szuka grobów
Jovan pożegnał się z mężczyzną, który strzelił jego ojcu w tył głowy, i poszedł szukać dalej

Babcia daje na siłkę
Ile kosztuje student? Od 22 tys. w wersji ekonomicznej do 421 tys. zł w wersji ekskluzywnej

Życie po dworcu Zoo
Nigdy nie chciałam odstawić narkotyków. Nie jestem czysta, ale wy też nie jesteście - mówi po 35 latach Christiane, bohaterka słynnej książki "My, dzieci z dworca Zoo"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie