Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"Dziennik pisany później" (2010), w którym pisarz powiadomił, że stracił ciekawość dla "gorszej Europy" i z żalem musiał się z nią pożegnać. Zapowiadał to otwarcie ubiegłoroczny zbiór miniatur "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach", w którym autor przywołał swoje azjatyckie wyprawy z ostatnich kilku lat, pobudził apetyt niczym aperitif. Teraz przyszło spełnienie.

Mówiąc o nowym rozdziale, nie mam na myśli tylko tego, że pojawiły się nowe - by użyć tego okropnego słowa biur podróży - destynacje (Mongolia, Chiny, Kirgistan, Kazachstan i inne kraje Azji Środkowej, azjatycka część Rosji). Owszem, Stasiuk musi wyprawiać się coraz dalej na wschód, by odnaleźć - jak sam o tym mówi - "pożywkę dla wyobraźni", by móc praktykować swoją nieoczywistą, oryginalną w każdym calu metafizykę przestrzeni, by dumać o tym, co go dręczy nieodmiennie (strata, rozpad, przemijanie, nicość). Dlaczego jednak upieram się przy zmianie? Ano dlatego, że wołowiecki autor - po raz pierwszy tak wyraźnie - połączył własne obsesje z szerszą, nieledwie ogólnospołeczną problematyką. Czy zrobił to świadomie, czy tak mu wyszło, tego nie wiem. Zawsze można uznać, że jedno zgrabnie i szczęśliwie zrymowało się z drugim. Już wyjaśniam, co mam na myśli.

Kto gardzi liberalną demokracją

W jednym z najcelniejszych fragmentów "Wschodu" (ramą sytuacyjną jest tu rozmowa pisarza z matką) znajdziemy taką oto karykaturalną autocharakterystykę: "On nie lubi Zachodu, on jest antyzachodni, ten śmierdziel jeden, i jeszcze dzikusa udaje, żeby go tam chcieli słuchać. Naszą młodą liberalną demokracją gardzi i chce tutaj brudu i Tatarii jakiejś, lekceważy nasze zdobycze społeczne, intelektualne, nasz wysiłek cywilizacyjny oraz postmodernistyczne projekty, bo tylko syf mu w głowie, rozpad ( ) i nic go nie obchodzi wyzwolenie wyklętych mniejszości, ponieważ jest zwykłą świnią, która tarza się w nieczystościach przeszłości i ryje w brudzie zacofania".

Czytaj także Breżniew i miłość - rozmowa z Andrzejem Stasiukiem



Sęk w tym, że wcale nie gardzi i nie lekceważy, tylko jest święcie przekonany, że nie sposób "uwolnić się od własnego losu", że "nieczystej przeszłości" czy "brudów zacofania" niepodobna wymazać. One bowiem obiektywnie istnieją; czas spojrzeć prawdzie w oczy. Albo inaczej: to nie Stasiuk wybrał Wschód, to Wschód wybrał jego, a tak naprawdę nas, jeśli tylko jesteśmy w pewnym wieku. Najpewniej nie na zawsze wybrał, ale w latach istnienia Polski Ludowej władał nami w całej rozciągłości.

Nie chodzi o geografię, idzie o wstyd, a w dalszej kolejności o powrót tego, co wyparte, i to w podwójnym ujęciu.

Co to znaczy "dziecko komunizmu"

Po pierwsze, Stasiuk, odwołując się do własnej chłopsko-robotniczej genealogii, podejmuje temat awansu społecznego. Czytamy: "I matka, i ojciec opuścili swoje wsie w ramach wielkiej wędrówki ludów ( ) ze wschodu na zachód. Z chamskiej wsi do pańskiego miasta".

Z naszej dotychczasowej refleksji na temat komunistycznej zarazy, która rzecz jasna przyszła ze Wschodu, ów wątek został wstydliwie wyłączony, tymczasem stanowi klucz do zrozumienia zarówno przeszłości, jak i teraźniejszości. Trzeba na nowo i uczciwie przemyśleć - podpowiada Stasiuk - co to znaczy, że jest się "dzieckiem komunizmu" (to samorozpoznanie pojawia się w książce wielokrotnie). A jeśli jest się ofiarą i jednocześnie beneficjentem Wielkiej Zmiany, choćby w drugim pokoleniu, to co? - pyta Stasiuk.

Chcesz poznać świat Andrzeja Stasiuka? Sprawdź jego książki >>

Po drugie, i chyba ważniejsze, autora "Wschodu" niepokoi - jeśli wolno tak powiedzieć - cichy kres, podejrzanie pospieszne cięcie. Powiada: "Koniec komunizmu w moim kraju wydawał się zbyt błahy i banalny, by mogła z tego powstać opowieść". W tym ostatnim zawiera się bodaj najważniejsza motywacja Stasiukowego podróżowania na Wschód - w poszukiwaniu miejsc, w których ów kres miał wymiar tyleż spektakularny, co monumentalny, na miarę kosmicznej katastrofy. Właśnie dlatego Stasiuk - by użyć jego słów - "węszy na Wschodzie".

Najkrócej rzecz ujmując, autor "Jadąc do Babadag" chce nas przekonać, że kwestii wschodniego dziedzictwa, wieloaspektowego uwikłania we Wschód (w domyśle: w komunizm) nie przepracowaliśmy jak należy. Nadszedł czas, by zmierzyć się z tym, od czego tak szybko się odcięliśmy w 1989 roku. Bynajmniej nie w imię rewindykacji, a już najmniej, by oddawać się komunonostalgii, wyłącznie po to, żeby lepiej rozumieć. Siebie przede wszystkim.

Tam, gdzie przybyszowi trudniej zamydlić oczy

"Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?" - nie bez powodu pytała kiedyś Maria Janion. Stasiuk rozbija tę nadrzędną kwestię na mniejsze dylematy - dajmy na to: czy rozumiesz metafory, którymi cię karmiono? Czytamy o podróży do Mongolii: "Przez pół życia słuchałem o azjatyckich hordach, które najechały nasz europejski kraj. To była wyprawa do jądra metafory". Jeszcze ciekawiej brzmi uzasadnienie podróżowania do Rosji, która z jednej strony - w PRL-u - "była wszędzie, w radiu, w czarno-białym telewizorze, w gazetach, w atmosferze", ale z drugiej strony - w tej samej epoce - nikogo nie ekscytowała, a nawet nie obchodziła. Stasiuk przypomina, że nikt nie sięgał po radzieckie książki, nie chodził na sowieckie filmy i nie marzył o aucie wyprodukowanym w ZSRR. Odbijając się od tego paradoksu (wszechobecność i nieistotność), pisarz próbuje dziś dotknąć Rosji, co mu się zresztą udaje. Lecz - co ważne - nie w Moskwie i Petersburgu, które świadomie pomija w swoich peregrynacjach, tylko na "krańcach imperium, gdzie przybyszowi trudniej zamydlić oczy".

Czytaj także Andrzej Stasiuk o 25 latach wolnej Polski



Warto tę sprawę pociągnąć, żeby dotrzeć do głębszego uzasadnienia. "Cała komunistyczna rzeczywistość - notuje Stasiuk - wydawała się falsyfikatem świata. Nasze życie było gdzie indziej ( ) Byliśmy wolni. Tak mi się zdawało. Nie dostrzegłem cienia, w którym żyłem? Możliwe. Jak się jest młodym, to się wydziela własne światło". Po latach pisarz "traci zdrowie i wydaje pieniądze", szukając czasu, którym ongiś - to jego słowo - wzgardził. Tyle że nie chodzi o to, żeby młodość została mu zwrócona; to pragnienie znane z wcześniejszych dzieł Stasiuka. Tym razem idzie o zrozumienie, czym było tamto niedostrzegalne. Zostały po nim jakieś resztki, trochę niepewnych śladów, problem w tym, że trzeba się po nie wyprawić na koniec świata, znosząc rozliczne niewygody. Nawiasem mówiąc, Stasiuk po raz pierwszy pisze otwarcie o trudach podróżowania, o jego bolesnych, także fizjologicznych, kosztach.

Gra o pamięć

Ale to, co można uzyskać czy raczej odzyskać, warte jest każdej ceny. Tym czymś jest przeszłość - wstydliwa, pospiesznie wyparta, no i w dużej mierze zmistyfikowana. I tu wracam do głównej myśli o nowym rozdziale w twórczości Stasiuka. W moim przekonaniu zasadza się ona na tym, że pisarzowi udało się uzgodnić prywatne (pojedyncza biografia) z ponadindywidualnym.

Wcześniej być może nie rozumieliśmy w pełni, czego szuka w "babadagowej" Europie, teraz aż za dobrze wiemy, co znajduje na Wschodzie i w ogóle o co toczy się gra. Oczywiście, że o pamięć jako najważniejszy składnik tożsamości.

Nie oznacza to jednak, że najnowsza książka Andrzeja Stasiuka w całości traktuje o sprawach przeszłych. Węszenie na Wschodzie staje się też okazją do formułowania sądów na temat przyszłości, ta zaś - jak spodziewa się autor "Fado" - należy do Chińczyków. Pisarz notuje: "Same Chiny ciekawiły mnie umiarkowanie. Były za stare, zbyt skomplikowane, by szczerze się nimi zainteresować. Przerastały mnie pod każdym względem, ale zdradzały mi moją przyszłość. Były najstarsze na świecie i dlatego najlepiej wiedziały, co się stanie". Co takiego? Choćby to, że "ten Lewiatan świata zdąża do chwili, gdy z różowego plastiku, z gumy i folii będzie w stanie wyprodukować nasze myśli i nasze sny". Dojdzie - prorokuje Stasiuk w innym miejscu - do podmienienia wektorów: tęsknota za przeszłością zostanie zastąpiona tęsknotą za przyszłością. "Będziemy myśleć tylko o tym, co sobie jeszcze kupimy".

"Wschód" to książka wyjątkowo pożywna - mnóstwo tu spraw, o których warto pomyśleć bądź je samodzielnie dopowiedzieć. Pod koniec - wskazuję na jedno z intelektualnych poruszeń - pojawia się litania loretańska do komuny. To wielka tajemnica, do której Stasiuk ledwie się zbliżył. Jak był możliwy ten zdumiewający sojusz, jak ludowy katolicyzm splótł się z komunistyczną retoryką? Wolno się spodziewać, że pisarz do tej sprawy kiedyś wróci. Tymczasem cieszmy się "Wschodem" - mądrym i okazałym.

Andrzej Stasiuk, "Wschód", wyd. Czarne, Wołowiec

E-book dostępny już dziś w księgarni Publio.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.