Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Sklep Spy Shop przy ul. Traugutta we Wrocławiu jest nieduży: kilka metrów kwadratowych zastawionych szklanymi gablotami i lada z komputerem. Witryna zaklejona reklamą ("Prawda wyjdzie na jaw") tak, że z zewnątrz nie widać, kto jest w środku. Wchodzi pierwsza klientka, starsza pani w czarnej sukience w kwiaty. Nie zwraca uwagi na mój dyktafon, który leży włączony na stole.

- Przychodzę tu jak do znajomych - mówi. - Jestem chyba nie najgorszą klientką, już wiele rzeczy kupiłam. Przyszłam z pytaniem: czy pan się na tym dziadostwie zna? Kupiłam i nie umiem ustawić, a tak chcę ustawić, żeby na ruch działało. Jutro od południa.

Pokazuje sprzedawcy klucze z pilotem do samochodu. Tak naprawdę to kamera, cena: 949 złotych, 5 megapikseli, trzy godziny pracy na akumulatorze, zasięg nagrania - do 7 metrów. Kiedy kobieta zapisuje instrukcję obsługi, pytam: - Co pani nagrywa?

- Różne takie... kotki w ogródku. Cenię sobie fajny sprzęt, bo nawet jak ja jestem głupia, to sprzęt mądry. Mieszkanie mam niezapłacone, ale wysupłałam tysiaka.

Bogaci ludzie ze starymi nokiami

Do sklepu wchodzi dwóch mężczyzn ubranych na czarno, w markowych butach i ze srebrnymi bransoletami na nadgarstkach. Ze wschodnim akcentem pytają o kamery ukryte w klamkach i budzikach. Oglądają guziki i śrubki z ukrytym podsłuchem. Są uśmiechnięci i mili, a ja mam dreszcze.

Jak się okazuje, sklep odwiedzają też: detektywi, policja, zdradzani i zdradzający, ofiary przemocy, zawodowi kierowcy i księża. Studenci kupują małe, bezprzewodowe słuchawki, żeby koledzy mogli im dyktować odpowiedzi podczas egzaminów. Jeden z dużych dzienników zamówił radio do nasłuchu służb porządkowych, żeby szybciej wysyłać reporterów do wypadków. Rektor wyższej uczelni chciał założyć na sali urządzenia, które zagłuszą telefony komórkowe.

- To jest aż takie proste, by kogoś nagrać? - dziwię się.

- Musi być proste. Przychodzą do nas starsi ludzie, nad którymi ktoś się znęca psychicznie. Nagrywają, bo chcą mieć dowód w sądzie. Nie dopytujemy, ale i tak tutaj jest czasem jak w konfesjonale - odpowiada sprzedawca.

W sklepie najchętniej kupują mężczyźni - stanowią dwie trzecie klientów. Ale zainteresowanie wśród kobiet się zwiększa - podobnie jak liczba gadżetów, które mają sprawdzić wierność partnera. Najbardziej podejrzliwe panie kupują test wierności, który wykrywa ślady nasienia na ubraniach.

W Spy Shop można też kupić m.in. klasyczne pluskwy na magnes lub taśmę klejącą, podsłuchy i dyktafony w brelokach, długopisach, pendrive'ach i zegarkach. Najtańszy kosztuje 129 złotych, można go aktywować głosem i nagrywać dźwięk przez 15 godzin.

Dziennikarze śledczy używają dyktafonów wbudowanych w guzik, detektywi nagrywają kamerami ukrytymi w oprawkach okularów, a rodzice kupują dzieciom myszki komputerowe, które śledzą strony odwiedzane w internecie.

Na półce przede mną stoją najnowsze modele telefonów z oprogramowaniem, które pozwala przechwytywać SMS-y i MMS-y, nagrywa rozmowy i robi zrzuty ekranu, które przesyła szpiegującemu. Pracodawcy dają takie telefony pracownikom, rodzice kupują je dzieciom w prezencie pod choinkę, mężowie - żonom na urodziny. Niektórzy w nocy zabierają komórkę bliskiej osoby i po kryjomu instalują program.

Wystarczą trzy minuty.

W branży znane jest powiedzenie: "Czemu najważniejsi ludzie wysiadają z drogich limuzyn ze starymi nokiami? Bo są bezpieczne, nie mają połączenia z siecią".

Jeśli jednak potrzebujemy przeglądarki w telefonie, to za 7 tys. 650 złotych możemy kupić Enigmę. W specyfikacji producent pisze, że telefon jest przeznaczony dla aparatu rządowego, służb wywiadowczych, bankierów i zarządców wielkich korporacji. To obecnie najlepiej zabezpieczony telefon na świecie, który za pomocą specjalnej karty chroni rozmówcę przed podsłuchem i szyfruje wszystkie połączenia. Żeby w pełni wykorzystać jej funkcje, druga osoba musi jednak mieć taki sam model.

Rynek pięknie rośnie

Spy Shop to największa sieć sklepów detektywistycznych w Polsce. W 2007 roku założył ją Paweł Wujcikowski z Wrocławia: - W czasie moich studiów na Wydziale Elektronicznym na Politechnice Wrocławskiej wiele osób korzystało z mikrosłuchawek w czasie egzaminów. Były bardzo chodliwe, więc zacząłem się interesować kolejnymi urządzeniami. Okazało się, że to niezły biznes.

- Zorientowałbyś się, że ktoś cię podsłuchuje? - pytam.

- Kilka lat doświadczenia w branży detektywistycznej wyczuliło mnie na pewne sprawy, doskonale wiem, że długopis może służyć nie tylko do pisania. Oczywiście nie zawsze da się zorientować, że jesteśmy w obiektywie ukrytej mikrokamery. Jednak świadomość tego, w jaki sposób można szpiegować innych, powoduje, że jest się bardziej wyczulonym na pewne przedmioty.

Sklep ma oddziały we Wrocławiu, w Krakowie, Poznaniu, Katowicach i Szczecinie, a 25 procent zakupów jest robionych przez internet. W ubiegłym roku sprzedaż sprzętu do podsłuchiwania, monitorowania czy nagrywania z ukrycia zwiększyła się o prawie 80 procent.

- Dbałość o bezpieczeństwo przestaje być mylona z przesadną podejrzliwością - mówi Wujcikowski. - Osoby, które chcą kogoś inwigilować, także się zdarzają, ale zdecydowanie najczęściej nasi klienci chcą się zabezpieczyć przed przykrymi konsekwencjami tego, że dziecko wpadło w złe towarzystwo, zabezpieczyć w dyskretny sposób swoją posiadłość. Ostatnio powodem zakupów - na fali doniesień medialnych o aferach podsłuchowych - jest także chęć zapewnienia sobie prywatności rozmów biznesowych dzięki urządzeniom antypodsłuchowym.

Robię się podejrzliwa

Będę szpiegiem. Złoty stetoskop, który dostaję do przetestowania, wygląda jak ze szpiegowskiego filmu o Jamesie Bondzie. Ściany w moim bloku nie powinny być wyzwaniem. Plan na wieczór: podsłuchiwanie sąsiadów. Przykładam słuchawkę do ściany i pierwsze, co słyszę, to straszny trzask. Sprzęt jest bardzo czuły, a każde przesunięcie po chropowatej powierzchni ściany sprawia, że boli ucho. Wreszcie udaje mi się ustabilizować urządzenie.

Jest trudno. Głosy zza ściany brzmią jak pod wodą, gubią się zgłoski i całe słowa. Ale słucham dyskusji sąsiadów: gdzie posadzić gości na przyjęciu i jak podać kurczaka, który na razie nie mieści się do lodówki. W tle gra telewizor, lecz ledwo go słychać. Przenoszę się na drugą stronę mieszkania - ale za ścianą tylko szuranie i kroki.

Testuję też długopis z kamerą.

Wygląda normalnie i nie zwraca niczyjej uwagi, kiedy podkładam go kolegom w redakcji. Na regale pod starą gazetą jest tylko kolejnym szpargałem. Pendrive z dyktafonem albo programem śledzącym - podobnie. Wystarczy podłączyć go do komputera w uniwersyteckiej bibliotece, żeby zebrać hasła setek osób. Ciekawe, ile z nich loguje się bibliotecznym hasłem w serwisie bankowym?

To chyba gorsza strona tej zabawy - staję się podejrzliwa. Zaczynam się nerwowo przyglądać informatykowi, który aktualizuje mi oprogramowanie, i poważnie rozważam formatowanie telefonu komórkowego. Czy to możliwe, że szef założył mi na firmowym sprzęcie program śledzący?



Czy to legalne?

Agnieszka Przybylska z kancelarii prawnej Koksztys

Wolno nagrywać rozmowy, które sami przeprowadzamy - nawet bez zgody rozmówcy. Zasada ta dotyczy zarówno rozmów i połączeń o charakterze prywatnym, jak i służbowych. Takie nagrania mogą posłużyć jako dowód w sądzie.

Niezgodne z prawem jest podsłuchiwanie lub nagrywanie cudzych rozmów - bez naszego udziału. Przestępstwem jest otwarcie cudzej korespondencji, włamanie się do sieci czy założenie urządzenia podsłuchowego. Nielegalne jest więc kontrolowanie rozmów małżonka podejrzewanego o zdradę. Nagraniem sporządzonym w sposób niezgodny z prawem nie będzie można się posłużyć jako dowodem w sądzie.

Wbrew obiegowej opinii ograniczenia możliwości nagrywania cudzych rozmów dotyczą również detektywów. Osoba mająca licencję detektywa ma te same uprawnienia do nagrywania rozmów co każdy obywatel.



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.