Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Interes polega na sprzedawaniu ustalonych wcześniej terminów rozmów w polskich konsulatach.

Teoretycznie wystarczy, by Białorusini, którzy chcą dostać wizę, zarejestrowali się na stronie by.e-konsulat.gov.pl. Online wypełnia się wniosek wizowy i rezerwuje spotkanie z konsulem w jednym z trzech konsulatów na Białorusi: w Grodnie, Mińsku czy Brześciu. Terminy - na miesiąc do przodu.

Polski MSZ jest dumny z systemu. A także z tego, że w ciągu ostatnich trzech lat liczba wydawanych wiz się podwoiła. W zeszłym roku wystawiono ich 350 tys.

Dwa lata temu Polska znacznie ułatwiła też całą procedurę, wprowadzając tzw. jednorazową wizę zakupową. By ją otrzymać np. w konsulacie w Grodnie, wystarczy złożyć pisemne oświadczenie, że jedzie się do Polski na zakupy. Po powrocie i okazaniu w konsulacie faktur VAT (potwierdzenie, że było się na zakupach) można się ubiegać o roczną wizę schengeńską, która pozwala na wjazd do innych krajów UE. Wizy kosztują 60 euro. W ten sposób Warszawa ułatwia Białorusinom kontakt z Zachodem, za co wdzięczna jest tamtejsza opozycja.

Ale sprawa - czym MSZ chwalić się nie chce - ma drugie dno. Liczba Białorusinów pragnących dostać polskie wizy przerosła szacunki naszych dyplomatów, więc system często szwankuje. A wokół internetowej rejestracji powstała gigantyczna szara strefa...

E-konsulat nie dla każdego

- Zwykły człowiek nie jest w stanie zarejestrować wniosku wizowego w e-konsulacie. Wielokrotnie próbowałem - mówi "Gazecie" 43-letni Andrej Kałamiejec, robotnik spod Grodna.

Gdy grodzieński konsulat otwierał zapisy na spotkania na następny miesiąc (zwykle dzieje się to w drugą sobotę poprzedniego miesiąca), na jego stronę nie dawało się wejść. A gdy po jakimś czasie zaczynała działać, okazywało się, że wszystkie terminy u konsulów są już zajęte.

Podobna sytuacja to dziś niemal norma we wszystkich placówkach. W ciągu kilku minut pośrednicy, których Białorusini nazywają hakerami, są w stanie zablokować wolne terminy na miesiąc do przodu.

- W końcu sam poszedłem do hakera. Za rejestrację zażądał 100 euro - mówi Kałamiejec.

Szybcy i szybsi

32-letni Aleh, z zawodu informatyk, obecnie przedsiębiorca, od kilku miesięcy zajmuje się polskimi wizami. Gdy słyszy słowo "haker", oburza się. - Nie włamuję się na serwer polskiego MSZ. Mam po prostu szybkie łącze i program, który automatycznie przepisuje dane osobowe z pliku na formularz e-konsulatu. Jestem szybki i tyle - mówi "Gazecie".

Opowiada, że początkowo załatwianie wniosków wizowych to było eldorado, a cwaniaków, którzy pomagali w rejestracji, było wielu. Jednak teraz ich czas się kończy. Aleh - podobnie jak inni hakerzy, z którymi rozmawialiśmy - w ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie zdołał zarejestrować żadnego wniosku. Choć niedawno miał na koncie po kilkanaście miesięcznie.

Powód? Na rynku pojawili się nowi potężni gracze. Kim są - dokładnie nie wiadomo.

Jednak w Grodnie - nie zważając na powszechne problemy - nadal rejestruje się wnioski. Tamtejsza firma Placeart na swojej stronie internetowej twierdzi, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy zrealizowała wszystkie wnioski swoich klientów. I że za 150 dolarów potrafi zarejestrować każdego.

Z dziennikarzami Placeart nie chce mieć jednak do czynienia. - Pan przecież już ma duże problemy - grozi pracownica firmy, gdy proszę o rozmowę.

Zachowujący anonimowość szef znanej firmy turystycznej z Grodna nie ma wątpliwości: by zarejestrować tak dużą liczbę wniosków wizowych trzeba mieć chody w Beltelecomie, państwowym monopoliście zajmującym się dostawami internetu na Białorusi. - Dziś rejestracja to potężne pieniądze. Najwyraźniej ktoś wykorzystuje sytuację - mówi "Gazecie".

Jego zdaniem to informatycy z Beltelecomu blokują dostęp do strony, wpuszczając na nią tylko swoich. W zeszłym miesiącu okazało się, że nie dało się na nią wejść z Białorusi, ale z Polski - bez problemu. Wielu jechało więc do Polski, by się stamtąd rejestrować. Ale w tym miesiącu nie było to już możliwe.

Jednak rzeczniczka Beltelcomu zaprzecza zarzutom; pytana o problemy z rejestracją nie chce odpowiadać.

Miliony dolarów zarobku

- Jeżeli rzeczywiście na rynku jest jakiś potężny gracz, niemożliwe, by nie zauważyły go nasze służby specjalne - mówi "Gazecie" wysokiej rangi emerytowany oficer MSW. Na Białorusi sieć podlega ścisłej kontroli, nie tylko MSW i KGB, ale również tajemniczego Operacyjno-Analitycznego Centrum przy prezydencie.

Zwykli Białorusini są natomiast przekonani, że w polskich placówkach dyplomatycznych panuje korupcja, choć nigdy tego nie udowodniono.

- Cała sprawa odbija się negatywnie na wizerunku Polski. Wystarczy poczytać bluzgi na forach internetowych. Jeśli Polska chce być u nas postrzegana jako poważne państwo, musi uregulować problemy z rejestracją - mówi grodzieński dziennikarz Jan Roman, autor polonijnego programu "Nad Niemnem" w telewizji Biełsat.

- Mamy świadomość ataków na portal e-konsulat ze strony hakerów i płatnych pośredników wizowych - przyznaje rzecznik MSZ Marcin Bosacki. - Mają one na celu zablokowanie dostępu do portalu poprzez generowanie ogromnej liczby zapytań, które zapychają łącze internetowe. Informatycy MSZ aktywnie te procedery zwalczają.

Na nasze szczegółowe pytania m.in. o rozmiar zjawiska i o to, kiedy zostanie ukrócone, MSZ do wczoraj nie odpowiedział.

Tymczasem w nieoficjalnych rozmowach polscy dyplomaci przyznają, że jego skala jest ogromna, a większość wiz jest wydawana przy udziale hakerów. Ceny ich usług rosną. Kiedyś było to 80-100 dol., dziś 150-200. Białoruscy informatycy i hakerzy tylko w ubiegłym roku zarobili w ten sposób co najmniej kilkanaście milionów dolarów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.