Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jednym z największych naszych osiągnięć po 1989 r. było przekształcenie tzw. Radiokomitetu w media publiczne, które nie są instrumentem władzy, lecz służą obywatelom.

Niestety, ustanawiająca te media ustawa z 1992 r. zawierała co najmniej dwa rozwiązania, które się nie sprawdziły. Nie od razu zauważyliśmy te wady. Sam zawzięcie dyskutowałem wówczas na temat zapisu o "respektowaniu wartości chrześcijańskich", choć praktyka pokazała, że był to zapis jedynie rytualny. Istota problemu leżała gdzie indziej.

Media publiczne przybrały kształt jednoosobowych spółek skarbu państwa, podmiotów handlowych. Pozornie uniezależniono je od widzimisię władz. Ceną było jednak nałożenie na TVP i Polskie Radio obowiązku przynoszenia dochodu. Wkrótce ujawniły się patologie, ze słynnym hasłem "Tyle misji, ile abonamentu", które rzucił jeden z prezesów telewizji. Media publiczne stanęły do walki o reklamy. Z anten znikały propozycje, które nie zapewniały wysokiej oglądalności czy słuchalności (czyli zainteresowania reklamodawców). Bodaj tylko radiowa Trójka zdołała w latach 2011-15 połączyć misyjność audycji i dochody z reklam.

Jednak, co w 2010 r. sprawdziliśmy właśnie w Trójce, ochrona mediów publicznych przed bezpośrednim wpływem polityków nie działała, a raczej działała na odwrót. Kiedy PiS i SLD stworzyły nieformalną koalicję, by przejąć władzę w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji (jesień 2009), nie było mechanizmu, który by to blokował. Apele poddawanych partyjnym naciskom dziennikarzy, by sytuację uzdrowić, rozbijały się o ustawowe zakazy, że nikt oprócz KRRiT nie ma prawa interwencji w mediach. Tak jakbyśmy w obawie przed napadem założyli w drzwiach zamek, a gdy napastnik wchodzi oknem - nie mogli otworzyć drzwi, by sprowadzić pomoc.

Szykowana teraz ustawa o mediach narodowych ma niby leczyć te dwie przypadłości. Takie jest opakowanie propagandowe projektu. W uzasadnieniu mowa nie bez racji o "fetyszyzowaniu form spółek kapitałowych" w początkach transformacji. Obiecuje się też, że "media narodowe po raz pierwszy będą całkowicie niezależne od rządu".

Widząc dzisiejszą praktykę choćby "Wiadomości" TVP, trudno ufać tym deklaracjom. Timeo Danaos et dona ferentes (Obawiam się Greków, nawet gdy niosą dary) - przychodzi na myśl maksyma z Wergiliusza. Ale i bez tego lektura projektu budzi wątpliwości.

Po pierwsze, wbrew temu, co słyszeliśmy jeszcze pół roku temu, zniknęła rezygnacja Polskiego Radia i TVP z reklam. Zapowiada się tylko ewentualne ograniczenie ich w przyszłości.

Po drugie, "media narodowe" będą formalnie niezależne od rządu. Tyle że nie będą niezależne od rządzącej partii. Zamiast oddalić bardziej media od polityki, skomplikować wybór ich władz, konstruuje się system, w którym Radę Mediów Narodowych, powołującą i odwołującą dyrektorów TVP i PR, wybierają Sejm, Senat i prezydent. Jednego jej członka (na sześciu) może wskazać opozycja - o ile zdąży, bo tylko jej narzucono termin siedmiu dni. Przy tym rada decyduje zwykłą większością głosów. Społeczne rady programowe, pozornie sprawujące kontrolę, nie mają żadnych narzędzi egzekucji; ich stanowisko nie musi być brane pod uwagę. Dyrektor TVP lub PR wybierany w konkursie kolejne kadencje może pełnić już bez takiej weryfikacji.

Robi to wrażenie utrwalenia patologii występujących w dotychczasowym systemie (choć opozycję całkowicie wycięła z KRRiT tylko koalicja PiS-LPR-Samoobrona). A już grozę budzi fragment projektu definiujący na nowo misję "mediów narodowych", a nie "publicznych", co nie jest zmianą kosmetyczną. Media te mają wprawdzie prezentować zróżnicowane poglądy, ale zarazem ich celem jest "przeciwdziałanie wypaczaniu obrazu historii Polski" (natychmiast się to kojarzy z pogadanką przed emisją "Idy"). Gdy czytam o "ochronie dzieci i młodzieży przed demoralizacją" i "przeciwdziałaniu patologiom społecznym", myślę z niepokojem, kto będzie te dwa pojęcia definiował.

Drugim bezdyskusyjnym osiągnięciem Polski po 1989 r., oprócz lepszych lub gorszych mediów publicznych, było zniesienie cenzury. Coraz trudniej przychodzi mi wierzyć, że po rezygnacji z pierwszego osiągnięcia nie dojdzie niebawem rezygnacja z drugiego.

* Jerzy Sosnowski, ur. w 1962, pisarz, publicysta, wyrzucony niedawno z radiowej Trójki. Laureat Nagrody Kościelskich. Autor m.in. powieści "Sen sów" i tomu esejów "Co Bóg zrobił szympansom?" (Nagroda im. ks. Józefa Tischnera).




Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.