Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W mediach nie cichnie wrzawa dokoła ratowania polskich dzieci z rąk opresyjnego systemu edukacji. A nam przypomina się okładka amerykańskiego tygodnika "Time", prawie dokładnie sprzed roku, na której 26-letnia Jamie Lynne Grumet, ładna blondynka w kusym topie, karmi piersią stojącego na stołeczku czteroletniego syna Arama. Obok pytanie: "Czy na pewno jesteś wystarczająco dobrą matką?". Ujęci w amerykańskim reportażu wyznawcy ruchu "rodzicielstwa bliskości" twierdzą, że to ich recepty na wychowanie dzieci są jedynymi słusznymi. A nasz racjonalny umysł dopytuje: "Czy właściwe jest karmienie piersią chłopca, który nie tylko może przeżuć, ale i pokroić stek?".

Emocjonalny szantaż

Podobnie jest w akcji "Ratuj maluchy" rodziców i celebrytów zebranych dokoła stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, którego współzałożycielami są Karolina i Tomasz Elbanowscy. Emocjonalny szantaż łączy się z retoryczną bombą - świetnie skonstruowanym i sugestywnym przekazem. W dwóch krótkich filmikach z udziałem znanych aktorów, które promują kampanię w sieci, jest prawie jak w dziecięcych kreskówkach - jasny podział na dobro i zło. Na tych, którzy nie szczędzą potu i łez, by chronić szczęście i dobro dziecka. Oraz na tych złych, którzy chcą im to szczęście i dobro zabrać.

A więc: po jednej stronie barykady przerażeni rodzice jeszcze bardziej przerażonych dzieci. Po drugiej - uosobienie Cruelli Demon, minister edukacji Krystyna Szumilas, która pcha nieszczęsne sześciolatki w paszczę lwa. Ministerstwo odrywa "nasze słodkie pociechy" od tabletów z dziecięcymi grami, od telewizyjnych kreskówek, malowanek, spacerów z babcią i całej beztroskiej egzystencji. Innymi słowy, brutalnie kradnie im dzieciństwo.

Co więc maluchy czeka w zamian? Ledwie oderwane od piersi matek, przyklejone później do ekranów dotykowych telefonów swoich rodziców, teraz muszą wcisnąć się w szare mundurki i powędrować do szkół, gdzie czeka na nie twarda ławka, długa linijka oraz nieempatyczny nauczyciel i groźni starsi koledzy.

Aż się chce zrozumieć obawy rodziców, podzielić ich lęki, stanąć po ich stronie sercem i ciałem. Chodzi w końcu o dzieci, a reforma MEN zmienia pewien zastany porządek. O ile zaangażowanie rodziców wynika z dobrych pobudek (chodzi o dobro i bezpieczeństwo ich potomstwa), o tyle trudno jest wykrzesać zrozumienie dla kampanii tak jednowymiarowej i grającej na emocjach. Kampanii dla Polski wielkomiejskiej, bogatej i sytej.

Reforma przeszkadza zamożnym

Kto walczy o zaniechanie reformy? Otóż walczą, przynajmniej na pierwszej i widocznej linii frontu, przede wszystkim zamożni rodzice i celebryci. Ci, którzy swoje maluchy i tak zapewne poślą do prywatnych przedszkoli i szkół, gdzie młode pokolenie, nienarażone na niebezpieczeństwa obcowania ze starszymi dziećmi z niższych klas społecznych, będzie mogło realizować szeroki i wymagający program rozwoju: naukę języków obcych, jazdę konną, grę w tenisa, zajęcia muzyczne i artystyczne. Ich grafik wypełniony będzie od rana do wieczora. A to, Szanowni Rodzice, nie jest zabieranie waszym pociechom dzieciństwa?

Takich dylematów nie mają dzieci z polskiej prowincji, rodzimych wsi czy wykluczonych grup społecznych. Nikt nie daje im bowiem podobnych możliwości - rodzice najpewniej nie czytają im do snu bajek z e-booków, nie zabierają w podróż do Indii, nie kupują zestawów z cyklu "Mały geniusz", nie sprawiają na piąte urodziny smartfona. One nie grają w zabawy rozwijające osobowość na tabletach, nie uczą się angielskiego i francuskiego od dwujęzycznych opiekunek.

Dzieciom wykluczonym (i tym zagrożonym wykluczeniem), których w naszym kraju są setki tysięcy, życie wyznaczają programy telewizyjne oglądane przez ich rodziców, na przemian z wydarzeniami z podwórka czy ulicy. Wcześniejsze pójście do szkoły jest dla nich najlepszą gwarancją na szybki rozwój, zdobycie edukacji, potem dobrej pracy, krótko: na zbudowanie szczęśliwego życia. One nie mają swojego rzecznika, kolorowej kampanii medialnej zbudowanej na emocjach. Nikt nie mówi o ratowaniu ich przyszłości. Jeśli o te maluchy nie zadba to ponoć tak "opresyjne" państwo, to z pewnością nie zadbają o nie celebryci.

Wroga szkoła

Jest wielką szkodą, że kampania "Ratujmy maluchy" stała się akcją rodziców, która ze szkoły robi niebezpieczne i wrogie dziecku miejsce. Akcją, która nie daje żadnych pozytywnych propozycji poza głośnym i kategorycznym "nie". Poniekąd to zrozumiałe: w Polsce jest tak, że każdy, kto wchodzi w rolę obrońcy dziecka, natychmiast zyskuje społeczne zaufanie i wiarygodność. Tak było w przypadku słynnego już dziś raportu fundacji Maciuś, który głosił, że prawie milion małych Polaków głoduje - co szybko okazało się nieprawdą. Media jednak przyjęły tę wiadomość bezkrytycznie i powielały przez następne dni.

Podobny mechanizm da się zauważyć w przypadku akcji "Ratujmy maluchy". Przykładowo, w trakcie niedawnej audycji w Radiu Tok FM inicjatorzy kampanii powoływali się m.in. na doniesienia jednego z ogólnopolskich dzienników mówiące o wynikach raportu NIK o sześciolatkach w szkole. Zdaniem autora tekstu aż 80 proc. placówek nie jest przygotowanych na przyjęcie młodszych dzieci.

Tymczasem, jak można przeczytać na stronie internetowej NIK-u: "Zdecydowana większość skontrolowanych szkół została oceniona pozytywnie, choć w wielu przypadkach z różnego rodzaju nieprawidłowościami". Co równie ważne, raport Izby dopiero powstaje, zatem dokładne jego wyniki nie są jeszcze znane.

Opłaca się wcześniej zacząć

Porzućmy więc na chwilę emocje związane z kampanią, żeby móc przejść do argumentów. Psychologowie mówią, że im wcześniej dziecko może zacząć kontakt z grupą rówieśniczą (i wcale nie chodzi tu o jego zabawy na podwórku czy obcowanie z babcią i dziadkiem), im wcześniej nauczy się być częścią zespołu, który coś tworzy, uczestniczy w zadaniach, współpracuje ze sobą dzieląc się różnymi rolami, tym lepiej jako dorosły poradzi sobie z wymaganiami społecznymi.

Paul Tough, amerykański badacz edukacji i autor książki "The Success Equation" ("Równanie sukcesu"), podkreśla, że na przyszły sukces dzieci, i to zarówno ich kariery, jak i szczęśliwe życie osobiste, wpływa nie tylko twarda wiedza, ale przede wszystkim umiejętności miękkie, takie jak: konsekwencja, upór czy komunikatywność. I te umiejętności najmłodsi powinni poznawać w szkołach. Tough nazywa to "uczeniem charakteru". "Chodzi o edukację od najmłodszych lat i w najszerszym tego słowa znaczeniu: w szkole, w rodzinie, edukację społeczną i obywatelską. Edukację, tak naprawdę, przez całe życie" - twierdzi Amerykanin.

Z kolei polska badaczka, psycholog Aleksandra Piotrowska z Pracowni Psychologii Edukacyjnej Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego mówi wprost, że ta reforma to zapobieganie marnowania potencjału rozwojowego najmłodszego pokolenia. Jej zdaniem takie dzieci "lepiej odnajdują się na rynku pracy, tworzą bardziej stałe związki, rzadziej rozpadają się zakładane przez nie rodziny".

Czy któryś z rodziców biorących udział w akcji przeciw reformie MEN zapoznał się z takimi argumentami? Czy prócz pospolitego ruszenia na wieść o tym, że maluchom zabiera się szczęście i spokój ducha, zadano sobie trud przeanalizowania wszystkich racji? W popularnych w sieci spotach znane twarze z telewizji mówią gorzko, że głównym powodem wysłania sześciolatków do szkół jest to, by szybciej weszły na rynek pracy i zaczęły płacić podatki. To nie jest jedyny powód. A zresztą, dlaczego wychowywanie dobrze przygotowanego do wyzwań współczesnego świata młodego pokolenia miałoby być złe? James Heckman, amerykański ekonomista i laureat Nagrody Nobla, przekonuje, że zalety wczesnej edukacji są ogromne dla całego społeczeństwa, zwiększając szanse młodych ludzi na szczęśliwy udział w życiu społecznym i zawodowym w późniejszych latach.

Co więcej, większość krajów europejskich wcześniej zaczyna edukację szkolną (od 4. roku życia w Irlandii Północnej, od 5. - w Anglii, Holandii, Szkocji i Walii, od 6. - w Austrii, Francji, Niemczech, Norwegii, Portugalii, Czechach, Hiszpanii czy we Włoszech). Czy więc Polska ma trwonić potencjał najmłodszych Polaków, żeby wiele lat później można było narzekać na niski kapitał społeczny i ciągłą niekonkurencyjność polskiej gospodarki?

Polskie dzieci radzą sobie na Wyspach

W Wielkiej Brytanii, ulubionym miejscu emigracyjnym Polaków, dzieci idą do szkoły w "niewinnym" wieku 5 lat. Do tego systemu dopasowały się tysiące młodych Polaków, w większości niemówiących szkolnym lingua franca. Początkowo był szok i medialne darcie szat o "straconym pokoleniu dzieci", które nie dość, że wychowują się poza rodzinnym krajem, bez znajomości polskich lektur, to jeszcze są narażone na trudy anglosaskiego systemu edukacji i multikulturowego społeczeństwa.

Co się okazało? Polskie dzieci są dziś na Wyspach uważane za jednych z najzdolniejszych uczniów, wiodą prym zwłaszcza w przedmiotach ścisłych. I to mimo że zaczynały naukę z ogromnymi brakami w postaci nieznajomości języka i lokalnych kodów kulturowych. Uwierzmy w nasze dzieci! Odrzućmy lęki, które sprawiają, że każda zmiana postrzegana jest jak zagrożenie, a nie szansa na rozwój.

Dlatego na koniec mamy propozycję: może aktywni rodzice, którzy dziś tracą swoją energię na wyprowadzenie sześciolatków ze szkół, mogliby przekuć ją na sprawdzanie przystosowania szkół do wymagań dzieci? Odwiedźcie swoje lokalne placówki, przekonajcie się na własne oczy, czy wasze pociechy będą w nich bezpieczne. Lobbujcie za tym, żeby więcej pieniędzy przeznaczano na jeszcze lepsze wyposażanie świetlic i klas dla najmłodszych uczniów, a także na szkolenia dla nauczycieli nauczania początkowego (warto przypomnieć, że od 2009 r. w związku z przygotowaniem szkół do nauki młodszych dzieci do gmin trafiło 1,9 mld zł z budżetu państwa i 631,5 mln zł ze środków unijnych).

Drodzy rodzice, zaangażujcie się w społeczną akcję walczącą o to, by wasze dzieci dostały solidną edukację i dobre wychowanie zgodnie ze starą zasadą: czym skorupka za młodu nasiąknie. Nie dajcie się manipulować, wspierając akcję, której sens sprowadza się do tego, że największym zagrożeniem dla waszych maluchów mogą być starsze dzieci waszych bliskich, sąsiadów i znajomych. I szkoła, w której spędzą przecież sporą część swojego życia.

Aleksandra Kaniewska - analityk ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim, publicystka

Jarosław Makowski - filozof i publicysta, redaktor naczelny "Instytutu Idei", szef Instytutu Obywatelskiego




Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.