Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Iwona Chmielewska - ur. w 1960 r., ukończyła grafikę na Wydziale Sztuk Pięknych UMK. Mieszka i pracuje w Toruniu. Tworzy głównie autorskie picture booki, wydawane w Korei Południowej, Japonii, Chinach, ale także w Europie i Ameryce Południowej. Jest laureatką wielu nagród, m.in. Złotego Jabłka na Biennale Ilustracji w Bratysławie i dwukrotnie ilustratorskiego Oscara - Bologna Ragazzi Award. Książka "abc.de" została nominowana do nagrody Deutscher Jugendliteraturpreis 2016.

AGNIESZKA SOWIŃSKA: Nie trzeba rysować, by stworzyć książkę?

IWONA CHMIELEWSKA: Tę, którą tu pani widzi - "Kieszonkę" - wczoraj pokazywałam w bibliotece wiejskiej. Każdą ilustrację uszyłam i wyszyłam sama. Panie w tej bibliotece bardzo się ucieszyły, bo same też szyją. I dzieci się cieszą, gdy na warsztatach pokazuję im te kawałki materiału. Opowiadam, że najpierw wyszyłam obrazki, potem każdy wyprałam i wyprasowałam. Z jednej kieszonki musiałam sprać ślad krwi.

Szycie jako metafora życia?

- Też. Ludzie bywają jak igła i nitka: dwa kompletnie różne byty, ale jeden bez drugiego nie ma sensu. Szycie to tworzenie różnych więzi. Właśnie to mówię w książce "O tych, którzy się rozwijali".

O ludziach, których "zajmowały codzienne sprawy", którzy "pojawiali się zawsze tam, gdzie trzeba, o właściwej porze". Rozpoznałam tylko Korczaka.

- To są bohaterowie anonimowi. Bardzo ich szanuję, bo ciężko pracują. Ta pani to trochę włókniarka z banknotu z czasów mojego dzieciństwa, a trochę moja babcia, która była tkaczką.

Hulda Jäger - zadedykowała jej pani książkę "abc.de".

- Moi pradziadkowie przyjechali z Austrii i pod Łodzią założyli warsztat tkacki. Babcia mówiła po niemiecku, chodziła do niemieckiej szkoły, a potem śpiewała mi do snu "Stille Nacht". Ponieważ się z niej śmiano, jeszcze przed wojną zmieniła imię na Maria. Potem wyszła za mąż i nazywała się już Maria Bednarek. Nikt nie wiedział, że zna niemiecki, zresztą to nie było dobrze widziane. I właśnie ona była tkaczką pracującą na trzy zmiany. Mawiała: "Oj, jaka szkoda, że żadne z moich wnuczków nie poszło na włókiennictwo...".

Ale tu u pani widzę całą szafę materiałów!

- No właśnie, ja jednak trochę poszłam w tę stronę. Ostatnio szyłam w prezencie ślubnym dla córki narzutę na łoże małżeńskie. Dwa metry dwadzieścia na dwa sześćdziesiąt. Pracowałam nad nią dziesięć dni. Mąż skonstruował mi specjalne rusztowanie w pokoju do pikowania na stojąco. Uszyłam tę narzutę ze starych ręcznie haftowanych lnów - skupuję takie serwetki nie wiadomo przez kogo tkane i wyszywane. Zszyte w jedną narzutę stają się rodzajem księgi. Wyszyłam na niej jeszcze pasące się owce. Uważam, że gdy matka uszyje swojej pierworodnej córce taką narzutę, daje jej poczucie ciągłości, ochronę.

Daje pani nowe życie starym, niechcianym przedmiotom. Do stworzenia "Czterech zwykłych misek" użyła pani niepotrzebnych papierów i starych książek wycofanych z bibliotek.

- W "Pamiętniku Blumki" wykorzystałam zeszyt szkolny do języka niemieckiego mojego męża. Opowieści o Domu Sierot Korczaka dzieją się właśnie w tym zeszycie. Symboliczne, prawda?

Pięć lat temu stworzyłam książkę "Gdzie jest moja córka?". Wszystkie szmatki, których użyłam do jej uszycia, też kupiłam w sklepach z używaną odzieżą.

Nie znam tej książki.

- Dotychczas wydano ją tylko w Korei. Pokażę pani. "Moja córka lubi się chować jak ślimak do swojej muszli, wtedy trudno mi ją znaleźć. Moja córka jest wesoła jak ptak. Ale czasem jest smutna jak foka. Moja córka jest spokojna jak królik. Ale czasem jest gwałtowna jak krokodyl... Moja córka bywa milcząca jak ryba, ale czasem jest głośna jak kogut. (...) Moja córka jest dla mnie wszystkim". Polskie wydawnictwa chyba się jej boją.

Bały się wielu pani książek. Przekonały się do nich dopiero po sukcesie w Korei. Jak to się stało, że zaczęła pani właśnie od tamtego rynku?

- W 2003 roku pokazałam makiety swoich autorskich książek na targach w Bolonii - nikt nie chciał ich wtedy w Polsce wydać. W ciągu niecałego roku dwie z nich ukazały się w Korei - były to "Myśl" i "O wędrowaniu przy zasypianiu" - zaraz potem wydano "Niebieską laseczkę. Niebieską skrzyneczkę". To zasługa Jiwone Lee, która zna język polski, jest tłumaczką, agentką, literaturoznawczynią, historyczką sztuki. Ona pierwsza dostrzegła potencjał w moich książkach. W ciągu 13 lat ukazało się ich w Korei ponad 20. Ostatnio po spotkaniu podeszła do mnie studentka ilustracji, mówiąc, że wychowała się na moich książkach.

Powiedziała pani, że dorośli boją się pani książek. Ja też bałam się jednej pani książki.

- "Królestwa dziewczynki"?

Tak.

- Ja też się jej boję, bo zrobiłam coś bardzo intuicyjnego i osobistego, pracowałam podświadomie czekając na rozwiązania znikąd. Bardzo się zdziwiłam, że ktoś chciał to wydać, najpierw w Korei a potem w Polsce. Robiąc tę książkę w myślach paradoksalnie nie dedykowałam jej swoim córkom a najstarszemu synowi, który wtedy był w Moskwie. Pracując nad obrazami cały czas słuchałam rosyjskich piosenek.Do tej pory mu o tym nie powiedziałam, dowie się z tego z naszej rozmowy.

A wie pani, niektórzy zarzucają tej książce, że jest przeestetyzowana.

Jak to?

- Te złote brzegi kartek, jedwabny grzbiet, koronki... To nie pasuje do tematu menstruacji, krwi.

A ja się właśnie zastanawiam, jak będą rozwijały swoją kobiecość dziewczynki, które przed pierwszą miesiączką dostaną prezent od kogoś bliskiego - pani książkę. Właśnie z tym złotem, jedwabiem. Ból odczują, i tak, ale będzie już postawiony w innym kontekście.

- Bardzo mnie wzruszył pan, który podczas spotkania w Seulu wstał i powiedział, że dzięki tej książce dowiedział się, co czuła jego mama, jego siostra i co teraz czuje jego żona i będzie czuła córeczka, dla której kupił "Królestwo". Ja się wtedy po prostu popłakałam. Tego właśnie bym chciała, by mężczyźni dawali tę książkę swoim córkom. Dlatego chciałam by były te złote brzegi, bo to jest cenny prezent.

Kiedy się właściwie dojrzewa do tego, że to nie tylko ból, "wybuchające wulkany" i "rwące rzeki"?

- Kiedy się to traci. Nie wiem czy można o tym mówić, to bardzo intymne doświadczenie. Akurat wracałam z Bolonii, gdzie byłam honorowana, doceniana.

Dwukrotnie nagrodzono panią Bologna Ragazzi Award. Dla niewtajmnieczonych - Oscarem dla twórców książki dla dzieci.

- Ale w tym samym czasie żegnałam się ze swoją kobiecością. Wylewały się ze mnie litry krwi. W czasie tych honorów marzyłam tylko o pójściu do łazienki. Gdy wracałam samolotem do Polski, wymyśliłam tę książkę. Prosto z samolotu trafiłam do szpitala. I wtedy poczułam, że jestem nikim. Bo te panie salowe tak się do mnie zwracały: "się przebierze", "się położy". I nagle zobaczyłam, że mimo tego, iż urodziłam czworo dzieci, i niby wszystko o tym podbrzuszu wiem, to nadal jestem tą małą dziewczynką przerażoną niechcianym królestwem.

Twórcy przeważnie narzekają na codzienność i marzą o kimś, kto im ją zorganizuje, ułatwi...

- Mówiąc "twórca", myśli się "mężczyzna". On często potrzebuje obsługi. A ja mam męża, który mnie chroni i organizuje takie życie, bym tylko wsiadła do odśnieżonego samochodu i przekręciła kluczyk. We wszystkim mi pomoże, jest moją nawigacją. Ale to nie jest jednostronne. Gdy on wraca z pracy do domu, to czeka na niego obiad. Codziennie gotuję, piorę, dźwigam zakupy. Nie mogę tego nie robić.

Dlaczego?

- To mnie bardzo zakotwicza w prawdziwym życiu. Bywam pytana, jak jestem w stanie tworzyć przy czwórce dzieci. Odpowiadam, że na tym polega odpowiedzialność i normalne życie.

Pani książki w księgarniach stoją na półkach z literaturą dziecięcą. Ale przecież są nie tylko dla dzieci.

- Powstają z myślą o ludziach w każdym wieku, jednak dorośli boją się moich książek.

Dlaczego?

- Nie są bezpieczne. Nie zostawia się z nimi dziecka samego - trzeba poświęcić im czas, są pełne rozważań, nieoczywistości. Nawołują do sceptycyzmu. Rodzice są wystraszeni tym, czego zupełnie nie boją się dzieci.

Książce dla dzieci wyznaczono określoną rolę praktyczną: ma nauczać, dostarczać kolejnych bodźców wizualnych, informacji, a opowieści powinny mieć jednoznaczny morał.

A tu zamiast odpowiedzi kolejne pytania.

- U nas uczy się głównie kategoryzacji. Polska książka ilustrowana cierpi na nadmiar wszystkiego, zwłaszcza niepowiązanych ze sobą, ale modnie narysowanych rzeczowników. Często to takie "encyklopedie" dla dzieci. A ja potrzebuję więcej czasowników i pytań, co z tym wszystkim zrobić. To właśnie mnie inspiruje w świecie. Połączenia, więzi, współzależności.

Ale sama czuję się bardzo osobna.

Trudno stworzyć więź?

- Bardzo trudno. Trzeba wykonać mnóstwo pracy, by nawiązać kontakt. Ale to jest przyjemne. Dla mnie przyjemność zawsze poparta była jakimś trudem. Nie chcę głosić, że autor książek czasami pracuje ciężko jak górnik, ale tak naprawdę bywa, nawet jeśli tego nie widać. I bardzo dobrze - czytelnik ma widzieć tylko lekkość, przestrzeń i gościnność książki.

Gościnność?

- Ktoś mi kiedyś powiedział: "Ale pani sprytnie ukryła swastykę w parkiecie w "Pamiętniku Blumki"" - mojej książce poświęconej Korczakowi i jego wychowankom. Ja mówię: "Jaką swastykę?". I pan mi pokazuje: rzeczywiście parkiet na jednej z ilustracji układa się we wzór swastyki. Bardzo się cieszę, że to zobaczył, a ja się nie dopatrzyłam. To też dowód na to, że jeśli dostajemy przemyślane sytuacje, które można ze sobą powiązać, to książka staje się gościnna, każdy może te powiązania sam sobie tworzyć. Nabiera wtedy coraz to nowych, nieprzewidzianych przeze mnie znaczeń. To dla mnie ważne, gdy czytelnicy widzą coś, czego nie zakładałam.

Po to obcina pani postaciom głowy?

- Tylko kadruję. Wtedy mamy szansę sobie wyobrazić, co jest na głowie poza kadrem: uśmiech, łzy? Książki stają się mądrzejsze mądrością odbiorców, bo każdy do nich dokłada swoją wrażliwość i wiedzę.

Gdy oglądam pani książkę "O wędrowaniu przy zasypianiu", w której paluszki stóp wystające spod kołdry zamieniają się w miasta, stado pingwinów, koc piknikowy, widzów w teatrze, mam wrażenie, że mogłaby pani wymyślać tak w nieskończoność.

- Mogłabym. Ale gdybym wykorzystała wszystkie możliwości, to co by zostało dla odbiorcy? Dlatego stawiam sobie granice podczas pracy nad książką. Cała narracja musi się wpisać w ten sam kształt, np. paluszków. Albo jak w "Kłopocie", w którym dziewczynka, prasując cenną rodzinną pamiątkę, obrus po babci, zamyśla się i wypala na nim ślad żelazka. I wszystko buduję wokół tego śladu. Mam tylko ten jeden kształt. I tylko niebieską kredkę.

Ale coś powoduje, że wybiera pani tę niebieską, a nie czerwoną.

- Ładnie się dopełnia ze złotym. Ale też niebieski jest dla mnie duchowym kolorem.

Dlatego tu u pani jest tak niebiesko?

- Może i tak.

Tworzy pani picture booki. Co to jest?

- Dziś nadużywane słowo. Nie każda książka, w której obraz odgrywa ważną rolę, jest picture bookiem. Kluczowy jest tekst - nie może za dużo opowiadać.

Picture book czy książka obrazowa to nierozerwalnie powiązany słowobraz. Gdy oglądamy sam obraz, to bez tekstu nie wiemy, o czym jest ta książka. A gdy się czyta sam tekst, to ma się wrażenie, że to takie prościutkie, nijakie i żadna sztuka. Dopiero gdy się połączy obraz i słowa, książka rozkwita.

Jak stworzyć tekst do picture booka? I jak wyważyć proporcje między słowem i obrazem?

- To sztuka rezygnacji, ociosywania ze zbędnych słów. Wydaje mi się, że to właśnie poezja w swej prostocie jest idealnym tekstem do takiej książki. Ale tworzenie obrazu do picture booka nie powinno polegać na ilustrowaniu.

A na czym?

- Czasami na wyprzedzaniu tekstu, czasem na opóźnianiu. Przedmiotów, sytuacji z obrazów często w ogóle nie ma w tekście. A tych z tekstu nie ma w obrazie.

Też mnie to zdziwiło, gdy odkryłam picture booki, dawno temu, na początku tego tysiąclecia w Niemczech. Znalazłam w księgarni malutką książkę Wolfa Erlbrucha "Nocą". Na każdej stronie obraz pokazywał zupełnie coś innego, niż mówił tekst. Jak to możliwe, żeby w ten sposób konstruować spójną narrację? Podczas każdego następnego wyjazdu za granicę szukałam takich książek. A potem zaczęłam jeździć na międzynarodowe targi książki dla dzieci do Bolonii i tam to już chłonęłam. Fascynowała mnie zwłaszcza ich wielowarstwowość. Najprostszy poziom przeznaczony jest dla dzieci, ale potem można w nie wchodzić coraz głębiej. Albo odłożyć na dziesięć lat i do nich dojrzeć. Albo zobaczyć za każdym razem coś zupełnie innego.

Takie są pani książki. "Cztery zwykłe miski" poruszają m.in. temat głodu na świecie, "Oczy" - ślepoty, "Królestwo dziewczynki" - menstruacji, "Pamiętnik Blumki" to wspomnienie o Korczaku, jego pracy z dziećmi i prawa dziecka.

- To moja najważniejsza książka. Często mówię, że przygotowywałam się do niej osiem lat. Ale nie w taki sposób, że czytałam inne książki na ten temat czy nosiłam ją w głowie. Wydawało mi się po prostu, że muszę do niej zmądrzeć poprzez robienie innych rzeczy, doświadczanie świata. I w pewnym momencie poczułam, że jestem gotowa. To wielka tajemnica, kiedy książka siada na ramionach i mówi: "Już od ciebie nie odejdę, dopóki mnie nie zrobisz".

Ale to miała być książka o getcie i o drodze Korczaka wraz z dziećmi do pociągu, który zawiózł ich do Treblinki. To był obraz, który prześladował mnie od dzieciństwa.

Nie sposób go zapomnieć.

- Holocaust to jest coś, po czym ja mam cały czas żałobę. Nie wiem dlaczego. Taki dybuk we mnie siedzi, który sprawia, że gdy zbliżam się do Warszawy, nie widzę wieżowców, tylko dziury po pociskach i ślady getta.

To jak to się stało, że historia doktora, który idzie ze swoimi podopiecznymi na śmierć, zmieniła się w "Pamiętnik Blumki", czyli w historię, która kończy się, nim tamta się zacznie?

- Kupiłam sobie na Allegro wszystkie książki Korczaka i o Korczaku, wspomnienia wychowanków. I czytałam je przez trzy miesiące nieprzerwanie. Po czym doszłam do absolutnej pewności, że Korczak by sobie nie życzył, bym zrobiła książkę o jego ostatnich miesiącach życia.

Dlaczego?

- Jego ostatnia droga była tylko i aż konsekwencją jego całego życia. Dla niego to, co zdarzyło się na końcu, było na pewno mniej ważne. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia brakiem. Ja też to miałam. Uważamy, że to, co mu na koniec odebrano, przeważa nad tym, co robił całe życie. A ja zrobiłam książkę o tym, czego dokonał, co mu się udało. To o wiele bardziej godne zapamiętania.

Dla mnie ten brak po poznaniu świata stworzonego przez Korczaka i jego dzieci jest jeszcze bardziej dotkliwy. Na przedostatniej stronie jest pół wagonu towarowego i słowa: "Potem przyszła wojna, która zabrała też pamiętnik Blumki".

- Tę książkę bardzo ważyłam i cyzelowałam. Chciałam, żeby było w niej tyle samo smutku i radości. Piszę, że Szymek "płakał i śmiał się, krojąc cebulę", a w swoim zeszycie pan Doktor pisał, "co dobrego i co złego wydarzyło się w naszym domu".

Podał go do sądu, a potem przytulił... Równowaga w świecie jest niezbędna?

- Ja mam dwoje oczu, z których jedno zawsze płacze, a drugie się zawsze śmieje. Każda emocja ma swój rewers. W radości widzę trochę smutku, a w smutku - trochę radości. Podczas pracy nad "Pamiętnikiem Blumki" czułam, że ciąży na mnie wielka odpowiedzialność. Ale też, by stworzyć tę książkę, musiałam się całkowicie odciąć od znawców i ekspertów. Bo nie mogłam myśleć, czy to się spodoba pedagogom, psychologom, nauczycielom, ale może się nie spodoba Żydom, Niemcom albo Polakom. Musiałam być wolna na swoich własnych warunkach. Wydrukowałam sobie wiele zdjęć wychowanków Korczaka i oglądałam je podczas pracy. Bardzo lubię stare fotografie - ludzie z nich patrzą prosto na mnie.

Zdjęcia były punktem wyjścia pani najnowszej książki "Dopóki niebo nie płacze".

- Tu wykorzystałam szklane negatywy, które w 2010 roku odnaleziono na strychu remontowanej kamienicy w Lublinie. To ponad 2,7 tys. zdjęć pogrupowanych tematycznie: "dzieci", "zmarli", "grupowe". W tych twarzach jest tyle siły i słabości, przez to są takie piękne! Dosłownie wchodziłam w te fotografie. Zaczęłam łączyć je z różnymi poważnymi tekstami, ale wszystkie wydawały mi się za bardzo epatujące. W losie ludzi ze zdjęć jest tyle napięcia, że w tekście już nie mogło go być. W styczniu 2015 roku, gdy wiedziałam, że zabieram się już na poważnie do pracy, same wpadły mi w ręce wiersze dla dzieci Józefa Czechowicza. I to było to! Takie śliczne, bezpieczne, pisane językiem, który niby niczego nie przeczuwa. A jednak gdy się je czyta zestawione z tymi zdjęciami, odsłaniają swoją mroczną stronę.

Książkę zaczyna wiersz o Lublinie.

- "Zamek, jak statek, co w burzy utracił ster...". Mam ciarki na plecach, gdy to czytam. Przed wojną w Lublinie mieszkało 43 tys. Żydów. Pod zamkiem było całe miasto żydowskie. I zniknęło.

A jednak znów - podobnie jak w przypadku "Pamiętnika Blumki" - nie ma tu śmierci, tylko jest życie.

- Byłam przerażona tą książką, tym, czy mam w ogóle prawo ją robić. Odwagi dodała mi Agata Tuszyńska. Wiedziała tylko, że będę coś robić o Żydach lubelskich i że się boję, więc napisała do mnie maila: "Jeśli ty tego nie zrobisz, nikt ich nie pokaże z taką miłością". To był dla mnie przełom. Wtedy ta książka się ze mnie wylała.

Fotograf, który zrobił zdjęcia, musiał być bardzo biedny - nie miał nawet swojego atelier. Ustawia ludzi na tle stodół, rozwieszonych starych płacht, usadawia ich na krzywym zydelku. Gdy przyglądałam się tym zdjęciom, zaczęły dochodzić do mnie głosy tych ludzi. Usłyszałam, jak mama mówi do synka: "Może tu stań, zdejmij czapkę...".

No tak, przecież zima, śnieg, a on czapkę trzyma na kolanach.

- A tu jest wiersz o braciszku: "Mam rumiane bobo, małego braciszka... Biorę go na ręce, huśtam go i kręcę. Najbardziej się cieszy, gdy kwiat w piąstce trzyma. Ale skąd wziąć kwiaty, zima, jeszcze zima".

Krokusy! Dała mu pani kwiaty.

- To jest też wstrząsające: "Rodzina wróbli w jaskółczym gniazdku narzeka, ćwierka głośno, trzeba mieszkanko miłe opuścić, jaskółki wrócą z wiosną. Wrona sąsiadka kracze życzliwie: a lećcie, Bóg was prowadź, czyście nie mogli sobie już dawno gniazdeczka pobudować?".

Mnie ten wiersz obezwładnia. Ale czy mam prawo powiązać zdjęcie żydowskiej rodziny z tym wierszem? Co powiedziałby na to Czechowicz? Może by sobie tego nie życzył? Czy mam prawo używać tych ludzi? Ale pomyślałam sobie: tak samo nie mam, jak mam, bo ci ludzie jeszcze przed wojną zgodzili się na te zdjęcia, chcieli je mieć. Nie są to zdjęcia umierających dzieci w getcie. Oni chcieli być uwiecznieni. Ustawili się do zdjęcia, przyczesali włosy, patrzą na nas. I co ja im mogę dać?

Zatroszczyła się pani o nich.

- Chciałam być ich służącą. Wykrochmalić im kołnierzyki, ładnie ubrać, podłożyć pod głowy poduszki, wysprzątać dom. W świecie, który im dałam, jest dużo roślin, przyjaznych zwierząt. Nie ma tu ludzi, którzy stanowiliby zagrożenie. Umieściłam ich w wiecznym teraz, czyli w raju.

Po co wywoływać duchy?

- Zwykle z zewnątrz czuję oczekiwanie, że muszę robić książki "po coś", że nie mam prawa robić czegoś z głębokiej, niewytłumaczalnej potrzeby. Muszę się często tłumaczyć przed dorosłymi chcącymi sprawować władzę nad dziećmi, książkami dla nich i autorami.

A ja nie wiem, po co to robię. Czy trzeba to wiedzieć?

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce.




W Magazynie Świątecznym:

Jo Nesbo: Bez przemocy byłoby trochę nudno
Zacząłem pisać książki, tak jak grać w piłkę nożną - bo miałem na to ochotę. Z Jo Nesbo rozmawia Katarzyna Bielas

Umberto Eco: O pożytkach z oglądania się za dziewczynami
Życie jest jak film z mojej młodości: wchodzimy, kiedy wiele rzeczy już się stało, i trzeba poznać to, co zdarzyło się przed naszym narodzeniem. Ale dziś, kiedy idziesz do kina, od razu ktoś bierze cię za rękę i mówi, co dzieje się na ekranie

Richard Flanagan: Uchodźcy z Syrii. Byliśmy błogosławieni
Elias, operator kamery, przestaje filmować. Robi łódkę z papieru dla małego Eida. - Popłyńmy nią do Niemiec - mówi Samir. Namiot przecieka, śnieżyca się wzmaga. Zostawiamy ich własnemu losowi, z ulgą wychodzimy w rozdeptane błoto na zewnątrz

Paulina Wilk: Dorosłe dzieci mają żal
Transformacja, arogancja władzy, wojny za progiem - to nie tłumaczy, dlaczego kulimy się w kącie z wyszczerzonymi zębami. Pora sięgnąć do książek zepchniętych na pobocze, bo zawalały autostradę do nieba

Jerzy Sosnowski: Doktryna i czułość
Ze słusznych obiektywnie norm nie wolno czynić kamieni, którymi rzuca się w innych

Horyzont. Andrzej Stasiuk
Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać

Ignacy Karpowicz: Wielki Jork, małe życie
Nasze życie zawsze pozostanie małym i choćbyśmy sukcesami wspięli się ponad nasz początek - zawsze istnieć będzie coś większego. Tego nas uczy Nowy Jork

Jak oni piszą
Joanna Bator łapie zahaczki, Janusz L. Wiśniewski buduje wątki na basenie, Katarzyna Bonda marznie, Rafał Kosik ustawia czarny ekran i zielone litery

Diane Ducret: Praca, aborcja, ojczyzna!
Mężczyźni z rządowych ław nie potrafią poradzić sobie z bezrobociem, kryzysem i terroryzmem, więc chcą pokazać, że panują nad czymś najpotężniejszym: nad życiem



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.