Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Ebook "Moja walka" dostępny na Publio.pl. Sprawdź >>

W istnym potopie skandynawskich kryminałów powoli zapominamy, że pisarze z północy Europy piszą także powieści obyczajowe, psychologiczne, wreszcie nawet wspomnienia, że literatura skandynawska nie ogranicza się do nazwisk Larsson, Nesbo, Mankell, Läckberg czy Marklund, które zrobiły ostatnio światową karierę i stworzyły przekonanie, że Skandynawowie tak wyspecjalizowali się w powieściach kryminalnych jak, nie przymierzając, Holendrzy w jeździe szybkiej na łyżwach.

Łatwo zapomnieliśmy, że Skandynawia dała światu Ibsena, Strindberga, Hamsuna, a nie tylko autorów piszących o Salander i Wallanderze. "Moja walka" Norwega Karla Ove Knausgarda dowodzi, że Skandynawowie jeśli piszą (wstrząsająco) o śmierci, to nie jest to wyłącznie śmierć będąca wynikiem działań seryjnych morderców.

Łatwość montażu jak z Ikei

Ponieważ dyskurs o literaturze zniewolony jest przez imperatyw porównywania wszystkiego co nowe do klasyki, recenzje książek pisze się zazwyczaj metodą komparatystyczną (nowy Kafka, nowy Dostojewski itd.), dziwić nie musi, że autobiograficzny sześcioksiąg Knausgarda z marszu został porównany do "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta - porównanie efekciarskie, marketingowo zapewne skuteczne, ale z prawdą niemające nic wspólnego i obrażające zarówno Prousta, jak i Knausgarda. Może i miło jest być porównanym do któregoś ze spiżowych klasyków, ale zawsze też takie porównanie jest protekcjonalne, bo odmawia porównywanemu własnej oryginalności.

Jeżeli już porównywać, to język Knausgarda w zestawieniu z rozbuchaną frazą Prousta jest zimny jak woda w fiordach, przezroczysty jak sopel lodu i jasny jak wieczne śniegi. Frazę tworzącego w Szwecji norweskiego pisarza można zaś porównać do mebli z Ikei - prostota, funkcjonalizm, brak ozdobników, łatwość montażu. Żadnego efekciarstwa, pewnego rodzaju sterylność narracji, deficyt zdań, które byłyby piękne literacko, ale nie wnosiłyby do historii niczego prócz walorów estetycznych.

Początkowo zresztą ten język wydawał mi się zbyt prosty, zbyt czysto komunikatywny, w trakcie lektury nachodziła mnie myśl "o co tyle hałasu?", lecz z biegiem stron (a mówimy przecież dopiero o pierwszym tomie, przed nami jeszcze pięć odcinków, polski wydawca już zapowiada tomy drugi i trzeci) owa prostota językowa staje się hipnotyczna i dopada nas przekonanie, że inaczej nie dało się tej historii opowiedzieć, że każda ekwilibrystyka trąciłaby wyłącznie pozerstwem. Pozorny brak oryginalnej formy literackiej okazuje się być formą najwyższą.

Pomysł pozornie narcystyczny

Knausgard poważył się na rzecz niezwykłą, zaskakującą i bardzo ryzykowną, lecz tylko pozornie narcystyczną: jako 39-letni autor dwóch fabuł postanowił napisać wielki cykl autobiograficzny, i to bez żadnego kamuflażu - narratorem wszak jest dobiegający czterdziestki pisarz Karl Ove Knausgard, relacjonujący nam swoje dzieciństwo, dorastanie, lata szkolne, studenckie, pierwsze próby pisarskie, dziennikarskie, zakładanie zespołu rockowego i grę w amatorskim zespole piłkarskim, relacje z rodzicami, małżeństwo i ojcostwo, wreszcie clou opowieści, klasyka klasyk literatury światowej, mianowicie figura surowego ojca i głęboko wrośnięta trauma dorosłego chłopca, który nigdy prawdziwej ojcowskiej miłości nie zaznał.

I tutaj rzecz zupełnie niezwykła: banalna w pewnym sensie opowieść Knausgarda wyniosła go na szczyty światowej popularności, dając to, na co zapewne każdy pisarz czeka, a więc nagrody, sukces komercyjny poparty uznaniem krytyków, a nawet innych pisarzy. Sama Zadie Smith ekstatycznie pisała: "To nieprawdopodobne. Przeczytałam dopiero dwieście stron i potrzebuję już następnego tomu jak cracku. To kompletnie rozsadziło mój umysł".

Jak będzie "Moja walka" po niemiecku

Tytuł całości brzmi "Moja walka", po norwesku "Min Kamp", co na niemiecki tłumaczy się "Mein Kampf"; zresztą niemiecki wydawca zmienił tytuł, by rzecz nie kojarzyła się z książką Hitlera.

Być może rzeczywiście tytuł jest dyskusyjny, ale wyjątkowo akurat pasuje do dzieła, bo wszak jest to właśnie historia walki - o życie, o pisanie, o miłość. Walki, którą każdy poniekąd prowadzi, tylko nie każdy umie ją nazwać i opisać. Wielki sukces Knausgarda na tym zatem polega, że opisując drobiazgowo swoje życie, opisuje życie każdego z nas; czytamy memuary Norwega, czytając je jak swoje wspomnienia.

Rzeczywiście Knausgard rozsadza umysł czytelnika, tym skuteczniej, że nie używa do tego granatów, ale sterylnego skalpela. W autobiograficzną relację wplata akapity eseistyczne, które nie zaburzają narracji, a nawet powodują, że "Moją walkę" nazwać możemy poniekąd traktatem filozoficznym, a czasami filologicznym.

"Od wielu lat usiłowałem pisać o ojcu, ale to mi nie wychodziło, z całą pewnością dlatego, że temat był zbyt bliski mojego życia i nie pozwalał się tak łatwo zmusić do ujęcia w inną formę, która jest przecież warunkiem literatury. To jedyne rządzące nią prawo: wszystko musi się ugiąć pod formą. Jeżeli któryś z pozostałych elementów literatury, takich jak styl, intryga, tematyka, staje się mocniejszy niż forma, jeśli któryś z nich ją sobie podporządkuje, rezultat będzie kiepski. Dlatego właśnie pisarze o wyrazistym stylu tak często piszą słabe książki. Podobnie bywa z tymi, którzy poruszają ważkie tematy. Siłę tematyki i stylu należy złamać, tylko wtedy może powstać literatura. Właśnie to łamanie nazywa się 'pisaniem'. W pisaniu chodzi zatem bardziej o niszczenie niż tworzenie".

Ten akapit to chyba najważniejsza wypowiedź o istocie literatury, jaką od dawna czytałem, właściwie nie mogę się od niej uwolnić i raz się z nią spieram, raz się zgadzam, zasiała niepokój.

Wyrzucić właściwie wszystko

Tom pierwszy zaczyna się od powalającego opisu śmierci jako zjawiska biologiczno-filozoficznego, w końcu śmierć to najważniejsza rzecz, jaka zdarza nam się w życiu. Kończy się zaś wielostronicową opowieścią o śmierci ojca.

Ojciec po porzuceniu rodziny i związku z nową kobietą zaczął pić na umór, zamieszkał u swojej starej matki, czyli babci pisarza, i tam konsekwentnie chlał, tracąc panowanie nad swoim umysłem i fizjologią, aż do zgonu w fotelu przed telewizorem.

Kiedy Karl Ove wraz ze swym bratem Yngve docierają do owego domu, znajdują tam przede wszystkim brud, smród i ekstremalny bałagan, zasikaną i obsraną pościel, stosy pustych flaszek, zgniłe ubrania, spleśniałe resztki jedzenia, rozrzucone wszędzie pety - entourage alkoholika w ostatnim stadium choroby. Przez następny tydzień aż do pogrzebu sprzątają dom, wyrzucają wszystko, co się nadaje do wyrzucenia (a więc właściwie wszystko), i odkrywają z przerażeniem, że ich babcia nie tylko miała świadomość, że żyje pod jednym dachem z zapijającym się na śmierć synem, że nie tylko donosiła mu wódkę, gdy ten nie był w stanie po nią pójść, ale że sama także piła nieustannie.

Proszę się nie obruszać, nie zdradzam tu żadnej tajemnicy, nie daję "spoilera", bo przypominam: to nie jest powieść kryminalna, tu się liczy literatura, a nie "kto zabił". Jeśli ktoś chce zderzyć się z wielką prozą, to sam musi poznać tę chłodną i przejmującą opowieść.

Polak, Norweg, dwa bratanki

Osobliwością projektu Knasugarda jest to, że, jak wspomniałem, na napisanie wielkiego cyklu autobiograficznego zdecydował się autor niespełna czterdziestoletni. Choć oczywiście można zinterpretować to jako swoistą terapię związaną z przypuszczalnym kryzysem wieku średniego, jednak ani lektura "Mojej walki", ani wywiadów z autorem nie skłaniają mnie do takich oskarżeń, widać wyraźnie przecież, że mamy do czynienia z pisarzem, który literaturę traktuje niebywale poważnie, tworzy wielki literacki projekt, rozumiejąc ogrom podjętego ryzyka, i jest świadom destrukcyjnego wpływu pisania na życie, skazania na samotność nawet w otoczeniu najbliższych ludzi.

Moja atencja do dzieła Knausgarda ma też źródło w poczuciu wspólnoty pokoleniowej; Knausgard jest moim rówieśnikiem, w tym samym roku skończyliśmy liceum, i co w trakcie lektury znajdowałem z ukontentowaniem, choć i zaskoczeniem, że mamy w zasadzie te same gusta muzyczne, że wychowaliśmy się na tych samych w dużej mierze zespołach, tych samych płyt słuchaliśmy jako nastolatki czy studenci, tak samo opisywaliśmy flamastrem kasety przegrane od kolegów, że lata 80. w szarej, smętnej Polsce niedoboru wszystkiego w dużej mierze kulturowo nie różniły się od tych samych czasów w realiach zimnej, ale jednak demokratycznej i wymoszczonej dobrobytem i pokojem Norwegii.

Norwegii (mówiąc na marginesie), gdzie nawet okupacja niemiecka jawi się jako spokojny okres - wspomnienia babci Knausgarda, jak to bardzo mili Niemcy, uciekając w 1945 r., zostawili jej wszystko, co cenne i się jeszcze przyda, polskiego czytelnika może zaszokować. Przestanie szokować, gdy przypomnimy sobie, że Norwegia to jednak był kraj Quislinga i kolaboracji. Zatem paraleli historycznej między Polską a Norwegią nie znajduję, ale kiedy Knausgard pisze o płytach Echo & The Bunnymen, The Stranglers czy Pixies, to bardzo dobrze wiem, o czym pisze, ponieważ ja te płyty mam na swoich półkach.

Ta wspólnota kulturowa, jaką czuję z Knausgardem, czasami tylko łamie się zaskakująco, co wynika akurat z odmiennych tradycji religijnych, jak sądzę: "W domu rybę jadało się nawet w Wigilię. W dzieciństwie wydawało mi się to potwornością. Ryba w Wigilię!". No cóż, w Norwegii widocznie akurat w Wigilię ryb nie jadano, zupełnie odwrotnie niż u nas, wszystkie moje dziecięce Wigilie to trauma z powodu karpia.

Ale słuchano tam, tak jak tutaj, tych samych punkowych i nowofalowych zespołów - i ja teraz, po lekturze Knausgarda, właśnie sięgam na półkę po te dawno niesłuchane płyty.

"Moja walka 1. Powieść"
Karl Ove Knausgard

przeł. Iwona Zimnicka

Wydawnictwo Literackie, Kraków

(książka ukazuje się 24 kwietnia)
Ebook do kupienia w Publio.pl >>

Knausgard w "Książkach"

Karl Ove Knausgard: Przez pięć lat próbowałem napisać powieść o życiu i śmierci mojego ojca, świetnie funkcjonującego nauczyciela, który w wieku 40 lat nagle się rozwiódł, zmienił styl życia i zaczął pić. Nie wychodziło mi. W pewnym momencie postanowiłem opisać to bez żadnej fikcji, domysłów. I wtedy coś się we mnie poluzowało. Każdy tom można czytać jak oddzielną całość.

Sam czułem, że żyję życiem, którego nie chcę. Opisuję je w drugim tomie.

Jak pan żył?

- Kiedy miałem 33 lata, rzuciłem z dnia na dzień moje życie w Bergen, rozstałem się z pierwszą żoną i znajomymi. Przeniosłem się do Sztokholmu, zakochałem w mojej obecnej żonie. Urodziło nam się troje dzieci, a prawie się nie znaliśmy. Właściwie moje życie to były w kółko dzieci i kłótnie. Pisanie stało się ucieczką.

Już samo czytanie może być radą dla tych, którzy nie dają sobie rady. Ludzie szukają w literaturze wybaczenia dla siebie, wiedział to już Szekspir.

Rodzina groziła procesami.

- Wysłałem wydruk do wszystkich, o których pisałem. Niektóre zastrzeżenia rozważyłem, tego, co zostało, nie łagodziłem. Ale i tak to, co zrobiłem, jest niemoralne i pozbawione empatii. Nie można ranić, upokarzać innych. Zdecydowałem, że to zrobię. Pisanie zakłada odcięcie się, człowiek musi być sam.

Przeszłość istnieje tylko w głowie. W autobiografii chodzi o zaprezentowanie swojego życia, a mnie chodziło o zbadanie samego siebie. Do opisania jednej doby potrzebowałem np. 300 stron.

Dlaczego dał pan powieści tak znaczący tytuł?

- To przypadek. Pierwotnie miał być zresztą inny: "Argentyna". Na cześć Gombrowicza i jego "Dzienników".

Rozmowa Katarzyny Bielas z Karlem Ove Knausgardem w nowym numerze "Książek. Magazynu do Czytania".

Autor będzie gościem Big Book Festival w Warszawie (14-15 czerwca)



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.