Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
"2666"
Roberto Bolano
przeł. Katarzyna Okrasko, Jan W. Rajter
Muza, Warszawa 2012


"Śmierć autora inauguruje promocję jego nowej książki" - zauważa w jednym ze swych wierszy Andrzej Sosnowski. Trudno nie odnieść tej zgryźliwej (a może tylko melancholijnej) uwagi do "2666".

Powieść Roberta Bolano została wydana w roku 2004, kilkanaście miesięcy po śmierci pisarza. 

Odszedł w wieku 50 lat, w pełni sił twórczych. Po wydaniu "Dzikich detektywów" (1998) otoczył go blask sławy zarówno literackiego chuligana (z uciechą mieszał z błotem poczciwy realizm magiczny), jak i - być może - największego pisarza języka hiszpańskiego jego pokolenia. Zmarł, nie doczekawszy przeszczepu wątroby, po kilku latach frenetycznej niemal produkcji książek, niewątpliwie świadom, że "2666", projekt ostatni, najobszerniejszy i najbardziej ambitny, stanowić będzie literacki testament, kamień nagrobny, opus magnum. Zapewne chciał przekroczyć samego siebie jako autora "Dzikich detektywów" - książki traktującej, przynajmniej literalnie, o losach dwójki meksykańskich poetów, powieści otwartej, hipnotycznej, namiętnej, która zelektryzowała krytykę i czytającą publiczność. 

Drobne arcydzieła? Nie, dziękuję

W "Posłowiu do pierwszego wydania" Ignacio Echevarr~a, hiszpański krytyk i przyjaciel pisarza, podkreśla, że Bolano "od samego początku pracy nad '2666' chełpił się tym, że zmaga się z projektem kolosalnych rozmiarów, pozostawiającym daleko w tyle - zarówno pod względem objętości, jak i związanych z nim ambicji - 'Dzikich detektywów'. Doniosłość '2666' - kontynuuje Echevarr~a - jest nierozerwalnie połączona z (...) pragnieniem, by rzucić wszystko na jedną szalę, oraz z niemającymi wiele wspólnego z rozsądkiem aspiracjami powieści totalnej".

Zresztą w "2666" Bolano kilkakrotnie zdaje się wkładać w usta bohaterów przyświecające mu credo. Charakterystyczna jest zwłaszcza rozmowa przeciwstawiająca drobne, "skończone" arcydzieła (jak "Kopista Bartleby" Melville'a, "Przemiana" Kafki czy "Prostota serca" Flauberta) dziełom o większym rozmachu. "Już nawet oświeceni farmaceuci nie mają odwagi sięgnąć po wielkie dzieła, niedoskonałe, gwałtowne, te, które otwierają drogę w nieznane. Wybierają wprawki wielkich mistrzów. Albo, by powiedzieć innymi słowy to samo: chcą widzieć wielkich mistrzów podczas szermierczych sesji treningowych, ale nie obchodzą ich prawdziwe batalie, gdzie wielcy mistrzowie walczą z tym czymś, z tym czymś, co przeraża nas wszystkich, tym czymś, co nas paraliżuje i bierze na rogi, i jest krew, i śmiertelne rany, i smród".

Można traktować to jako prostą, nieco bombastyczną autoapologię pisarza - tak chyba czyni polski wydawca książki, cytując te słowa na okładce. Trzeba wszakże zauważyć, że to samo można by odnieść równie dobrze do "Dzikich detektywów", a nawet całej "metody pisarskiej" Bolano, który stwierdził kiedyś, że literatura bierze się z "dziwnego deszczu krwi, potu, nasienia i łez".

Wypada jednak dostrzec też pewną nieporadność powyższego wywodu, przyjrzeć się bohaterowi, który słowa te wypowiada. Wtedy może się okazać, że zamajaczy w nich ironiczny potencjał. Tym bardziej że w innym miejscu inna bohaterka tak podsumowuje lekturę pełniącego w książce ważną funkcję fikcyjnego niemieckiego pisarza Benna von Archimboldiego: "Styl był dość dziwaczny, narracja jasna, czasami wręcz przezroczysta, ale sposób, w jaki układały się poszczególne historie, nie prowadził donikąd". I jest to całkiem dobre podsumowanie opus magnum Bolano (znów ze wszystkimi zastrzeżeniami związanymi z miejscem tej wypowiedzi w uniwersum powieści). Piszę o tym, bo nie warto chyba czytać Bolano naiwnie. Nie wszystkie jego zmyłki i gry są równie przekonujące i myślę, że dla pisarza tak samoświadomego i zapatrzonego w literaturę jako bezinteresowną kreację większą obelgą byłaby lektura prostodusznie wyznawcza niż - powiedzmy - uznanie "2666" za dzieło niekoniecznie udane.

Grad komplementów

Kwestię, czy "2666" to dzieło ostatecznie ukończone, wspomniany Echevarr~a rozstrzyga - przekonująco - w ten oto sposób: jeśli nawet Bolano miałby szansę pracować dłużej, to byłyby to prace redakcyjne, a nie rewolucja w treści i strukturze książki. Wiadomo też, że pisarz nosił się z pomysłem wydania poszczególnych części powieści oddzielnie, rok po roku. Jednakże, jak zgodnie twierdzą rodzina i jej doradcy, przede wszystkim ze względów komercyjnych, by powiększyć dochody spadkobierców.

Ostatecznie, jak wiemy, rzecz ukazała się w całości i zwłaszcza po wydaniu amerykańskim w 2008 r. przysporzyła nieżyjącemu już Chilijczykowi świetnych recenzji i renomy autora "pierwszego arcydzieła XXI wieku". Przy czym argumentacja na rzecz tej tezy koncentrowała się głównie wokół przywoływanych już tu "otwartości dzieła", "odwagi i ambicji projektu", przekonania, że mamy do czynienia z "tym czymś" niezwykle doniosłym, choć mało kto precyzował, czym "to coś" miałoby w istocie być. Oraz - rzecz jasna - rozmiarów! Bo "2666" to przecież tysiącstronicowa księga.

Składa się z pięciu części różnej długości ("Część krytyków", "Część Amalfitana", "Część Fate'a", "Część zbrodni" i "Część Archimboldiego") rzeczywiście na tyle odrębnych, że można by wydawać je osobno. Z drugiej jednak strony na różne sposoby powiązanych, dopowiadających się i co najważniejsze, zbiegających się współcześnie w jednym punkcie - mieście Santa Teresa w meksykańskim przygranicznym stanie Sonora, powieściowym odpowiedniku Ciudad Juárez w stanie Chihuahua, jednej ze stolic światowej makabry, gdzie od roku 1993 zamordowano setki, jeśli nie tysiące kobiet. 

Obłęd goni obłęd

W części pierwszej poznajemy międzynarodowy kwartet (trzech panów i pani) europejskich badaczy literatury, którzy zafascynowani są twórczością owego Benna von Archimboldiego, urodzonego w roku 1920 niemieckiego pisarza, który konsekwentnie ukrywa się przed światem. Łączą ich skomplikowane relacje erotyczno-emocjonalne i mają różne przygody, a w końcu trafiają do Santa Teresa, gdzie rzekomo miał wybrać się Archimboldi.

W części drugiej bohaterem jest niejaki pan Amalfitano, profesor filozofii z uniwersytetu w Santa Teresa (wcześniej pomagał Europejczykom szukać niemieckiego pisarza), który przeniósł się tam z Hiszpanii z dorastającą córką, co ze względu na miejsce akcji oczywiście z dodaje tej opowieści grozy. Profesor najprawdopodobniej popada w obłęd, wspominając obłęd swojej żony, która przed laty porzuciła rodzinę dla pogrążonego w obłędzie hiszpańskiego poety.

Część trzecia to historia nowojorskiego dziennikarza Fate'a, który jedzie do Santa Teresa, by zrelacjonować walkę bokserską, i zaznaje specyficznej atmosfery miasta. A także poznaje córkę profesora Amalfitana i przelotnie jego samego. Ważnym fragmentem tej części jest spotkanie Fate'a z weteranem Czarnych Panter (w Detroit, wcale nie w Meksyku), który po latach za kratami głosi umoralniające pogadanki, rekomenduje czytanie wszelakich książek i sprzedaje przepisy kulinarne.

Część czwarta, najdłuższa i najbardziej ponura, to protokolarny niemal opis kilkudziesięciu zbrodni popełnianych na dziewczynkach i kobietach w Santa Teresa oraz nieudolnej czy wręcz przestępczej pracy meksykańskiej policji. Mamy tu parę równoległych wątków, a portret miasta, bardzo pewnie przez Bolano kreślony, wywiera naprawdę przerażające wrażenie. Narracja zaś, godzi się zauważyć, przypomina trochę kryminały Jamesa Ellroya - tyle że nic się oczywiście nie wyjaśnia, a owo meksykańskie epicentrum zbrodni, seksu i śmierci pozostaje zasadniczo nieprzeniknione.

Znak firmowy: znikanie

Część finalna to historia Benna von Archimboldiego. Nazwisko to oczywiście pseudonim wybrany nie bez związku ze sławnym włoskim malarzem manierystą. Rzecz przypomina nieco narrację mityczną - przyszły pisarz rodzi się z jednookiej matki i jednonogiego ojca, obdarzony jest zaś niezwykłym wzrostem. Jego losy śledzimy od narodzin, przez wojenną służbę w Wehrmachcie (Polska, Francja, Rumunia, Rosja), po pisarską karierę i żywot powojenny. W finale Archimboldi okazuje się w zadziwiający sposób powiązany ze zbrodniami w Santa Teresa, wobec czego - w ostatnim zdaniu powieści - "wyrusza do Meksyku".

To niby-streszczenie obejmuje oczywiście zaledwie ułamek wątków, motywów i postaci "2666". Niektóre z nich sprzęgają się ze sobą, często zaskakująco, inne pojawiają się i giną (znikanie to, jak wiadomo, firmowy znak prozy Bolano!) i trudno dociec ich roli w całej narracji. Nie ulega kwestii, że "2666" chce penetrować, jakkolwiek najczęściej w sobie tylko wiadomy sposób, świat przeniknięty śmiercią, szaleństwem, schyłkiem, zmierzchem i seksem (w postaci radośnie witalnej, jak i zbrodniczej). Pewnie nie przypadkiem Archimboldi wkrótce po wojnie mieszka na ulicy Spenglera, autora "Zmierzchu Zachodu".

Coś się stanie. Ale co?

To jest zapewne "to coś, co przeraża nas wszystkich". Jednak czy w "2666" Bolano istotnie podejmuje z tym czymś jakąkolwiek "walkę"? Zdaje się, że raczej testuje możliwości literatury, jej zdolność do wyrażania (albo ustanawiania) "wszystkiego". Skąd, niestety, niedaleko przecież do wyrażenia/ustanowienia "czegokolwiek bądź". 

Tytuł książki to data roczna - w powieści nie ma do niej nawiązania. Pojawiają się one we wcześniejszych dziełach Chilijczyka. W "Amulecie", będącym rozwinięciem jednego z epizodów "Dzikich detektywów", bohaterka opowiada o jednej z ulic w mieście Meksyk, że przypomina jej cmentarz z 2666 roku - cokolwiek by to miało znaczyć. W samych zaś "Dzikich detektywach" na poły legendarna poetka Cesárea Tinajero wieszczy - wedle niepewnej relacji - że "coś się stanie", gdzieś tak około roku 2600. Jeden z bohaterów wiąże to z rokiem 2666 po stworzeniu, kiedy to doszło do biblijnej ucieczki Żydów z Egiptu, a zatem i duchowego odrodzenia. Co, przyznajmy, stanowi dość marną pociechę dla współczesnej ludzkości, jeśli jej emblematem jest Santa Teresa. 

Marną pociechą dla czytelnika są natomiast spore fragmenty jałowych, nudnych przebiegów Bolanowskiej prozy, choć od czasu do czasu zdarzają mu się prawdziwe fajerwerki. Proszę uważnie czytać na przykład "Część Fate'a" i zauważyć, w którym momencie dowiadujemy się czegoś o istotnym aspekcie tożsamości bohatera!

Mottem książki jest wzięta z Baudelaire'a kwestia "Oaza horroru pośród pustyni nudy". Rzeczywiście horroru jest w "2666" pod dostatkiem, pustynia pełni ważną funkcję, a lektura (moja lektura) oscyluje między podziwem dla misterności niektórych fragmentów powieści a znużeniem.

W trwającym i zapewne nierozstrzygalnym sporze o wyższość "Dzikich detektywów" nad "2666" (lub na odwrót) dziś, kiedy mamy już oba dzieła po polsku, niech każdy wybierze sobie miejsce sam.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.