Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Michał Kokot: Rząd twierdzi, że nie ma nic wspólnego z zamknięciem "Népszabadság" i że była to decyzja biznesowa wydawcy. Co innego twierdzą sami dziennikarze gazety. Jak było naprawdę?

Ágnes Urbán: O tym, że "Népszabadság" przynosił straty, było wiadomo od dawna. Ale nie ma żadnych wątpliwości, że była to decyzja polityczna rządu. Z punktu widzenia biznesowego to zupełnie nieracjonalne, żeby bez zapowiedzi nagle zamknąć tytuł tak rozpoznawalny na rynku. Zwłaszcza że wydawca wiele weń zainwestował. Gdyby to była decyzja biznesowa, najpierw by zaczął ciąć koszty lub próbował sprzedać gazetę. Ale nic takiego się nie stało. Przeciwnie - wydawca znacznie poprawił jakość "Népszabadság". Nawet w ubiegłym miesiącu przeszło tam wielu bardzo dobrych dziennikarzy z innych mediów. W tej sytuacji zamknięcie gazety bez uprzedniej próby jej restrukturyzacji i cięcia kosztów wydaje się z punktu widzenia inwestora zupełnie pozbawione sensu.

Czy rację mają ci, którzy twierdzą, że wolność słowa na Węgrzech jest zagrożona? Niedawno z pracy odszedł redaktor naczelny portalu internetowego "Budapest Business Journal" w proteście przeciwko temu, że wydawca zakazał mu publikacji cotygodniowych felietonów, w których krytykował rząd.

- Na Węgrzech to nic szczególnego. Mieliśmy w przeszłości wielu dziennikarzy i redaktorów, którzy z podobnych powodów zrezygnowali z pracy. W tym konkretnym przypadku różnica jest taka, że ten naczelny mówi wprost o powodach swego odejścia. Nie boi się, bo jest Amerykaninem. Natomiast węgierscy redaktorzy milczą.

"Népszabadság" był ostatnim niezależnym dziennikiem, teraz już nie ma żadnego. Zostało kilka tygodników, ale te są skierowane do wykształconych czytelników i nie cieszą się w kraju dużą popularnością. Większość mediów podporządkowanych jest przedsiębiorcom, którzy mają powiązania z rządzącymi.

Dlaczego Węgrzy nie buntują się przeciw temu?

- Bo społeczeństwo jest dramatycznie podzielone. W ubiegłym tygodniu 3,3 mln osób zagłosowało w referendum w sprawie uchodźców zgodnie z wolą rządu. To wysokie poparcie, które zawdzięcza on bardzo skutecznemu PR-owi. Hasła o tym, że kraj musi się chronić przed Brukselą czy międzynarodowymi spółkami, są przez Węgrów bardzo dobrze przyjmowane; ich przekaźnikami są prorządowe media. Wydaje się, że podobnie jest też w przypadku "Népszabadság" - większość ludzi wierzy rządowi, który mówi, że nie ma z zamknięciem dziennika nic wspólnego. I że była to decyzja biznesowa podjęta z powodu złych wyników finansowych i niskiego nakładu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.