Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Litewscy dziennikarze z portalu Delfi.ru poszli tropem polskich jabłek i choć okazał się on starannie zamieciony, odkryli interesującą, wielopaństwową kombinację.

Otóż nasze owoce trafiają do magazynów wolnych stref ekonomicznych na Litwie. Gdy tam leżą, nie interesują władz celnych czy fitosanitarnych naszych sąsiadów.

Korzystając z tego, pozują na mołdawskie. Są zaopatrywane w przysyłane z Kiszyniowa certyfikaty poświadczające, że wyrosły nie gdzieś na terytorium wrażej Unii Europejskiej USA czy Australii, skąd do Rosji żywności wwozić nie wolno, lecz pod gorącym słońcem Mołdawii.

Rzecz jest przy tym nieco bardziej skomplikowana. Urzędnicy mołdawscy działający w zmowie i porozumieniu z Polakami, Litwinami sprytnie się bowiem asekurują. Piszą więc w dokumentach, że ojczyzną polskich jabłek faktycznie były sady w Naddniestrzu, formalnie prowincji ich kraju, w rzeczywistości pirackiej republice pod protektoratem Moskwy. A tam króluje straszny bałagan i sam czort nie udowodni, że te sady w ogóle nie istnieją.

Zmołdawizowane zakazane owoce z Polski zaopatrzone w absolutnie autentyczne, choć absolutnie lipne papiery z Litwy jadą na Białoruś.

A ona dzięki imperialnym zapędom Władimira Putina wchodzi razem z Rosją, Kazachstanem, Kirgizją i Armenią we wspólny Związek Celny. To więc, co znalazło się na terytorium białoruskim, może bez żadnych kontroli granicznych hulać od Kaliningradu do Kamczatki i rzeki Amur dzielącej Rosję od Chin.

Polsko-mołdawskie jabłka z Białorusi wbrew zakazom mogą więc zaspokajać witaminowy głód mieszkańców szóstej części kontynentów globu.

Po tym, jak Litwini zdemaskowali mechanizm przebieranki, Rosjanie uprzedzili jednak, że te numery nie z nimi. Ogłosili właśnie, że ograniczają import mołdawskich owoców i warzyw z Białorusi. Teraz produktom roślinnym zaopatrzonym w dokumenty z Kiszyniowa wolno trafiać do Rosji tylko przez kilka wybranych punktów, a tam papiery potwierdzające ich pochodzenie są badane bardzo skrupulatnie.

Białorusini pewnie wymyślą coś nowego. Oni od czasu, kiedy Rosjanie w sierpniu 2014 r. nałożyli sankcje na żywność z Europy, szybko rozwijają eksport do Rosji towarów dla siebie - jak to określono w Moskwie - "niecharakterystycznych". Zaopatrują sąsiada w cytryny, mandarynki czy choćby owoce papai, które przecież w okolicach Wołkowyska czy Orszy udają się raczej słabo.

A nieistniejące w przyrodzie, choć mimo to sprzedawane w sklepach moskiewskich "białoruskie" krewetki czy ostrygi stały się już w Rosji bohaterami popularnych anegdot.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.