Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Po strażnicy pozostał tylko fundament ze śladami od kul - świadectwo boju stoczonego tu 17 września 1939 r. przez żołnierzy KOP.

W ciągu 76 lat krajobraz zmienił się zupełnie. Było pole, jest las. Tylko porośnięty mchem fundament przypomina, że biegła tędy polsko-sowiecka granica. Pobliska wieś Chroły to kilka domów położonych w lesie. - W okolicy mieszkają sami Białorusini - mówi dziennikarz Zmicier Łupacz.

54-letni Wiktar Żauronok jest kierowcą w nadleśnictwie. W Chrołach mieszkali jego ojciec i dziadek. Ludzka pamięć okazała się bardziej trwała niż krajobraz - w Zaduszki Wiktar zapala znicze w miejscu strażnicy KOP.

- 17 września 1939 r. zginął tu plutonowy Pałczyński. Należy mu się pamięć - tłumaczy.

Owego dnia w okolicy nie było żadnych jednostek wojskowych. Tylko KOP. Strażnicą dowodził pochodzący z Krakowa 29-letni plutonowy Stefan Pałczyński. - Akurat nie było go na miejscu. Rankiem usłyszał odgłosy walki i na motorze pojechał do swoich żołnierzy - opowiada Łupacz, który jako pierwszy opisał tę historię.

Szczegółów tego, co wydarzyło się w "Kamiennym Wozie", nie zna nikt. Miejscowi się ukrywali, słyszeli jedynie odgłosy walki.

Żauronok: - Ojciec opowiadał, że bój trwał kilka godzin. Pałczyński kazał się żołnierzom wycofać, a sam ich osłaniał z karabinem maszynowym. Walczył do końca. W jego stronę leciały granaty; ciało miało też rany od bagnetów.

Łupacz: - Ponoć położył z setkę Rosjan. Myślę, że to przesada, ale na pewno zabitych było co najmniej kilkudziesięciu, bo wspomina się o sześciu-siedmiu wozach, na których ich wywieziono.

Sowieci kazali miejscowym podjechać z końmi i wozami pod strażnicę - swoich zabitych zabrali; wściekli z powodu poniesionych strat zabronili chować Pałczyńskiego. Ciało kilka dni leżało obok Kamiennego Wozu.

- Pałczyński miał bardzo dobre stosunki z miejscowymi. Wspominano, że gdy wybuchały jakichkolwiek konflikty, zawsze był sprawiedliwy. Dlatego nocą, w tajemnicy, pochowali go dwaj bracia, którzy się z nim przyjaźnili - opowiada Żauronok.

17 września był początkiem gehenny miejscowej ludności. Nastąpiły po nim wywózki, represje i znowu wojna. 27 lipca 1944 r. Niemcy niemal całkowicie zniszczyli Chroły. Polska już nigdy nie wróciła na te tereny. Świat, którego bronił Pałczyński, przestał istnieć. A ludzie, którzy go pochowali, tajemnicę tego pochówku zabrali ze sobą do grobu.

- Jednak kiedy pytaliśmy mieszkańców o wspomnienia, okazało się, że ta historia jest znana, a Pałczyński uchodzi za bohatera - mówi historyk Alaksiej Kajrys z Białoruskiego Archiwum Historii Mówionej.

Historia ta niespodziewanie wróciła w 2011 r., gdy podczas kopania rowu przeciwpożarowego tuż obok fundamentów strażnicy natrafiono na ludzkie szczątki, guziki od polskiego munduru i orzełka.

- Zadzwoniłem na milicję, ale nie chcieli się tym zająć - wspomina Żauronok. Skontaktował się więc z Ambasadą Polski w Mińsku. Z jej pomocą prochy Pałczyńskiego spoczęły na cmentarzu w Głębokiem, obok kwatery żołnierzy poległych w wojnie polsko-bolszewickiej. W Kamiennym Wozie poświęcono zaś krzyż. W obydwu uroczystościach uczestniczyli polscy dyplomaci i przedstawiciele miejscowych władz.

Kontrowersje wywołała jedynie tablica umieszczona tam, gdzie stała strażnica. Napis głosi, że Stefan Pałczyński zginął w obronie ojczyzny.

- No i pytają mnie, za jaką ojczyznę zginął, przecież tu jest Białoruś! Odparłem, że był żołnierzem i że jeśli dziś Kaliningrad zostanie zaatakowany, rosyjskie wojsko będzie ginąć za swoją ojczyznę i nikogo nie obchodzi, że to dawne Prusy. Takie wytłumaczenie wystarczyło - śmieje się Żauronok.

Aleksander Łukaszenka kilkakrotnie oskarżał Polskę o chęć przyłączenia zachodnich terenów Białorusi. - W Polsce niektórzy widzą granicę pod Mińskiem - mówił prezydent.

Oficjalnie taki zarzut pojawił się w 2011 r., podczas jego pertraktacji z szefem bułgarskiego MSZ Nikołajem Mładenowem. - Łukaszenka skarżył się na Polskę; powiedział, że dążymy do oderwania mu połowy kraju. Na dowód przywołał ustawiony na dawnej granicy krzyż - wspomina wysoki rangą polski dyplomata.

Od tego momentu neutralny stosunek białoruskich władz do historii Pałczyńskiego uległ zmianie. Zmicier Łupacz, który opisywał jego losy, za kolejny artykuł w lipcu 2015 r. (o wizycie krewnych plutonowego w Głębokiem) został pociągnięty do odpowiedzialności. Zarzucono mu pracę dla nadającego z Polski Europejskiego Radia dla Białorusi bez akredytacji białoruskiego MSZ. Musiał zapłacić grzywnę. - Nachodziło mnie KGB, interesowały ich moje kontakty z Polską - opowiada.

Jednak w Chrołach reakcja władz nie robi wrażenia. Oficjalną historiografię o wyzwoleńczym pochodzie Armii Czerwonej traktują tam z politowaniem. - Ja takiej historii nie uznaję, ojciec przedstawiał mi inną wersję - mówi Zauranak.

A krzyż w Kamiennym Wozie nadal stoi. 2 listopada znów zapłoną tam znicze.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.