Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- Najważniejsze jest utrzymanie pensji na poziomie minionego roku. Nie możemy ich zwiększać, będziemy za to starać się kontrolować ceny - mówił wczoraj Aleksander Łukaszenka, odwiedzając Mińską Fabrykę Traktorów (MTZ), jedno z największych przedsiębiorstw państwowych.

W ostatnich miesiącach MTZ, podobnie jak cały białoruski przemysł, ma coraz większe problemy. Były zwolnienia grupowe, później tydzień pracy skrócono do trzech dni (dopiero przed wizytą prezydenta przywrócono normalny tryb).

- Powinniście rozumieć sytuację. Nie słuchajcie tych, którzy obiecują łatwe i szczęśliwe życie. Trzymajcie się własnych miejsc pracy - mówił robotnikom Łukaszenka, któremu towarzyszyli przedstawiciele najważniejszych państwowych mediów.

Celem wizyty było uspokojone opinii publicznej, zwłaszcza pracowników dużych zakładów. - Nie możemy dopuścić do napięć społecznych, to dziś główne zadanie rządu - mówił Łukaszenka, próbując tłumaczyć Białorusinom, że jest kryzys i należy pocierpieć.

Nawet oficjalne źródła potwierdzają spadek poziomu życia obywateli. Według Białoruskiego Narodowego Komitetu Statystycznego w ciągu czterech miesięcy tego roku ceny owoców wzrosły o 37,7 proc., warzyw - o 33,9, ryb - 21,9, leków - 12, a usług komunalnych - o 19.

- Już w 2011 r. mieliśmy kryzys, ile to jeszcze potrwa? - zastanawia się 54-letni Michaił z grodzieńskiego Zakładu Usług Komunalnych. I przyznaje, że w ostatnich tygodniach głównym tematem rozmów w pracy są właśnie galopujące ceny.

Wyjątkowość sytuacji polega na tym, że zbliżają się wybory prezydenckie. Najbardziej prawdopodobną datą jest 15 listopada. Łukaszenka, który rządzi od 1994 r., zawsze w czasie kampanii wyborczej podwyższał pensje. Teraz rząd nie może sobie na to pozwolić ani nawet powstrzymać spadku poziomu życia Białorusinów.

- Kurczy się eksport. Z uwagi na inflację w Rosji, która pozostaje naszym głównym rynkiem, nawet sprzedając tam towary, zarabiamy mniej. Wpływy budżetowe z tego tytułu spadły w tym roku o jedną trzecią. To ciągnie gospodarkę w dół - mówi "Wyborczej" ekonomista Leanid Zaika, szef Centrum Analitycznego "Strategia".

Jeszcze niedawno wydawało się, że strach przed wojną, który ogarnął naród po wydarzeniach na Ukrainie, jest dla Łukaszenki gwarancją łatwej kampanii wyborczej. Jednak ostatnie sondaże pokazują, że to nie wiadomości z Ukrainy, tylko sytuacja gospodarcza będzie jej głównym tematem. Według badań niezależnego instytutu socjologicznego NISEPI 82,7 proc. Białorusinów za największy problem uznaje dziś wzrost cen. Na Łukaszenkę zamierza głosować 36,4 proc. wyborców, a wspólnego kandydata demokratycznej opozycji jest gotowych poprzeć 23,2 proc.

- Nie ma wątpliwości, że Lidia Jarmoszyna, "od zawsze" szefowa Centralnej Komisji Wyborczej, i tak ogłosi zwycięstwo Łukaszenki. Jednak białoruski pakt socjalny: władza zapewnia stabilność i wzrost dochodów, a społeczeństwo jest posłuszne i nie angażuje się w politykę, został zachwiany - mówi politolog Walery Bułhakau, redaktor naczelny czasopisma "Arche". Jego zdaniem niezadowolenie z niedotrzymania przez władze obietnic będzie narastało, a to skłoni Łukaszenkę do stosowania coraz większych represji, by utrzymać sytuację pod kontrolą.

- Jeżeli nie ma się marchewki, trzeba sięgnąć po kij - mówi Bułhakau.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.