Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
32-letni rosyjski uczony z Geologicznego Instytutu Akademii Nauk Rosji Aleksiej Kolesniczenko zapowiada, że nigdy więcej już na Białoruś nie pojedzie. Jego ostatnia wizyta skończyła się bowiem w areszcie.

- Przyjechałem jako turysta. 23 lutego byłem w mieście Łojeu. Czekając na pociąg, wyszedłem na spacer, robiłem zdjęcia i niespodziewanie mnie zatrzymano - powiedział "Wyborczej" Kolesniczenko.

Myślał, że sytuacja szybko się wyjaśni, bo nie zrobił nic złego. Jednak milicjanci znaleźli w jego aparacie m.in. zdjęcia przedstawiające ich komisariat, a także komendę uzupełnień wojskowych. Uznali to za tak podejrzane, że natychmiast go zamknęli i wezwali specjalistów z białoruskiego KGB. Funkcjonariusze KGB, jak twierdzi Kolesniczenko, przesłuchiwali go na wykrywaczu kłamstw. Ostatecznie okazało się, że KGB nie ma do niego żadnych pretensji. Spodziewał się więc, że zostanie uwolniony, ale milicja oskarżyła go o... przeklinanie w miejscu publicznym. Sąd skazał go na 10 dni aresztu. Po zwolnieniu Rosjanin natychmiast wyjechał z Białorusi i zapowiada, że jego noga już tu nie postanie.

- A jeśli ktoś się tam wybiera, to radzę nie robić zdjęć - mówi Kolesniczenko.

25 lutego, czyli dwa dni po zatrzymaniu Kolesniczenki, wiceminister spraw wewnętrznych Białorusi Mikałaj Melczenka wydał rozporządzenie, w którym wprost odnosząc się do incydentu z Rosjaninem, zobowiązywał wszystkich białoruskich milicjantów, by zatrzymywali osoby fotografujące urzędy państwowe i, jak to określił, inne ważne budynki. Po doprowadzeniu na komisariat milicjanci powinni ustalać tożsamość takich osób i cel robienia zdjęć.

Obywatele o nowym zakazie nie zostali poinformowani. Już następnego dnia w Mińsku został zatrzymany fotoreporter gazety "Komsomolskaja prawda" Dzmitryj Łaśko, który robił zdjęcie budynku białoruskiej Akademii Nauk. Zwolniono go po 4-godzinnym przesłuchaniu. 1 marca milicja uniemożliwiła zrobienie zdjęć osobom, które składały kwiaty przed rosyjską ambasadą w dniu śmierci Borisa Niemcowa. 7 marca w miejscowości Iwje zatrzymano 6 turystów z Mińska, którzy m.in. zrobili zdjęcia siedziby miejscowych władz oraz biblioteki. Po sprawdzeniu tożsamości i wykasowaniu podejrzanych zdjęć wszyscy zostali zwolnieni.

Dopiero po tych zatrzymaniach białoruska opinia publiczna dowiedziała się o istnieniu zakazu.

"Rozporządzenie ma na celu zagwarantowanie bezpieczeństwa w kraju, a jego celem jest niedopuszczenie do zamachów terrorystycznych bądź innych prowokacyjnych działań" - napisało białoruskie MSW w specjalnym oświadczeniu.

Białoruski politolog Aleksander Kłaskouski uważa, że te środki ostrożności wynikają ze strachu białoruskich władz przed Rosją i "zielonymi ludzikami".

- Białoruskie resorty siłowe i kierownictwo państwa uważają, że dziś Rosja jest zdolna do podejmowania działań radykalnych i niebezpiecznych. Aresztując rosyjskiego turystę i wydając rozporządzenia MSW, Mińsk demonstruje determinację i stanowczość - powiedział "Wyborczej" Kłaskouski.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.