Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Prezydent Aleksander Łukaszenka złożył w poniedziałek wieńce pod pomnikiem Zwycięstwa w centrum Mińska. Białoruś obchodzi Dzień Obrońcy Ojczyzny zgodnie z radziecką tradycją 23 lutego. W tym dniu w 1918 roku została wydana odezwa "Socjalistyczna ojczyzna jest w niebezpieczeństwie", a nieregularne jednostki bolszewickie odniosły pierwsze zwycięstwo w walkach z oddziałami niemieckimi pod Pskowem i Narwą. W 1922 roku ogłoszono 23 lutego Dniem Armii Czerwonej.

23 lutego był uroczyście obchodzony jako święto wojskowe, a w schyłkowych latach ZSRR ten dzień był też uznawany za święto mężczyzn. Kobiety składały im życzenia. Po rozpadzie Związku Radzieckiego większość byłych republik zrezygnowała z oficjalnych obchodów 23 lutego, uznając, że to święto rosyjskie. Dziś pozostaje oficjalnym świętem państwowym tylko w Rosji, na Białorusi, w Kirgistanie oraz Tadżykistanie.

- Nie można przekreślać wspólnej historii. Dla pokoleń naszych ojców i dziadków to było wielkie święto, które opłacone zostało wielką krwią. Mój ojciec zginął pod Stalingradem. Dlatego uważałem i uważam, że 23 lutego to także nasze święto - powiedział "Wyborczej" były minister obrony Białorusi generał Paweł Kazłouski.

Jeszcze niedawno 23 lutego był uroczyście obchodzony również na Ukrainie, jednak w ubiegłym roku prezydent Petro Poroszenko przeniósł obchody Dnia Obrońcy Ukrainy na 14 października - to święto Opieki Matki Boskiej, która na Ukrainie jest uważana za patronkę kozaków. Dlatego właśnie tego dnia w 1942 roku powołano UPA. Rezygnacja z obchodów 23 lutego była kolejnym gestem Kijowa, który demonstrował, że Ukraina zrywa z kolonialną przeszłością. W Rosji uznano to za zdradę.

- To wyraz dążenia do podeptania naszej wspólnej historii oraz zniewaga dla weteranów i dla pamięci dziesiątków milionów osób, które oddały życie za zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Na przykładzie Ukrainy widzimy, do jakich krwawych następstw prowadzi taka historyczna amnezja - oświadczył wczoraj wiceprzewodniczący rosyjskiej Dumy Państwowej Siergiej Żelezniak.

Jednak zerwanie z przeszłością nie jest takie łatwe. Nawet prezydent Poroszenko w przededniu 23 lutego przyznał, że część ukraińskiego społeczeństwa nadal będzie obchodzić 23 lutego - jak to określił, z przyzwyczajenia.

Ta tradycja jest również żywa w państwach, które przez dziesięciolecia nie świętowały 23 lutego. Nieoficjalne obchody są organizowane przez prorosyjskie siły polityczne na Łotwie, w Armenii, Estonii, Mołdawii czy Kazachstanie. Nie przeprowadzono badań socjologicznych, które mogłyby powiedzieć, jaki jest stosunek społeczeństw poradzieckich do tego święta, jednak wpisy w sieciach społecznościowych, reklamowanie przez popularne kazachskie sklepy prezentów dla mężczyzn z okazji 23 lutego czy organizowanie tego dnia w Mołdawii okolicznościowych koncertów wykonawców rosyjskich dowodzą, że w tych państwach święto to nadal ma rzesze zwolenników.

- W państwach poradzieckich żyją ludzie, którzy składali przysięgę Związkowi Radzieckiemu. Jego spadkobierczynią jest Rosja. Obchodzili, obchodzą i będą obchodzić dzień 23 lutego - powiedział w wywiadzie dla agencji Balt-News Maks Kaur, mer estońskiego miasta Mustvee, który sam służył w Armii Radzieckiej i z nostalgią wspomina tamte czasy.

- Świętowanie 23 lutego, czyli dnia wojska rosyjskiego, jest jedną z oznak mentalnego uzależnienia poradzieckich społeczeństw od Rosji. Ten dzień nie jest związany z historią Mołdawii, Ukrainy czy Kazachstanu, a to, że są tam ludzie, którzy go świętują, dowodzi, że nadal istnieje poważna baza społeczna dla sił prorosyjskich - powiedziała "Wyborczej" mołdawska politolog Lina Grau z think tanku Stowarzyszenie Polityki Międzynarodowej. I dodaje: - Rosja wspiera kultywowanie tradycji radzieckich, gdyż w ten sposób buduje w tych państwach swoje zaplecze polityczne.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.