Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Andrzej Poczobut: 1 stycznia 2015 r. ma powstać Unia Eurazjatycka - sztandarowy integracyjny projekt Władimira Putina, jednoczący Rosję, Białoruś i Kazachstan. Tymczasem w środę Moskwa wprowadziła kontrole celne na granicach z Białorusią i Kazachstanem. O co tu chodzi?

Aleksander Kłaskouski: Unia Eurazjatycka od początku była projektem niedopracowanym. Putin forsował ją z powodów politycznych - by zademonstrować, że Moskwa ma wpływy na obszarze postradzieckim. A teraz ten sam Putin broni swego rynku, nie zważając na zobowiązania unijne. W podobny sposób postępują prezydenci Białorusi i Kazachstanu. Choć trzeba oddać Łukaszence sprawiedliwość - on faktycznie apelował, by się z tą unią nie spieszyć, lecz najpierw dopracować szczegóły.

Opozycyjny polityk rosyjski Boris Niemcow nazwał decyzję Rosji końcem Unii Celnej. Miał rację?

- Politycy nadal będą robić dobrą minę do złej gry, choć gołym okiem widać, że każdy ma swoje interesy. Rosji się marzy imperium, Kazachstan i Białoruś są zainteresowane korzyściami ekonomicznymi ze współpracy z Rosją.

Paliwem napędzającym integrację euroazjatycką były rosyjskie pieniądze i tanie rosyjskie surowce energetyczne. Teraz Rosja ma problemy gospodarcze, które jeszcze będą narastać, więc siłą rzeczy integracja euroazjatycka będzie coraz mniej atrakcyjna.

Prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew w ostatnich wypowiedziach staje się coraz bardziej prochiński, a Aleksander Łukaszenka zaczyna spoglądać na Zachód. Każdy z przywódców Unii Eurazjatyckiej myśli przede wszystkim o swojej działce - o zachowaniu władzy, i w imię tego celu jest gotów wprowadzać ograniczenia gospodarcze. Swobodny przepływ ludzi, kapitałów, towarów i usług - czyli główne wartości, na których miała się opierać Unia Eurazjatycka - pozostaną w tych warunkach mrzonką.

Rosja broni się nie tylko przed przemytem objętych sankcjami towarów z Zachodu. Wprowadziła też zakaz wwozu produkcji 19 białoruskich przedsiębiorstw mięsnych. Rosyjskie służby sanitarne mówią, że znalazły w białoruskim mięsie niebezpieczne bakterie.

- Służby kontrolne działają na polityczne zamówienie. Gdy władza daje rozkaz, to zaczynają pilnie szukać we wskazanych towarach jakichś bakterii i innych zagrożeń. Kiedy rozkazu nie ma, to na bakterie przymykają oko, uznając je za niegroźne. Ta decyzja Moskwy to sygnał dla Mińska, by nie był tak bezczelny w przemycaniu na rosyjski rynek objętych sankcjami towarów z Zachodu.

W systemach autorytarnych walkę z korupcją prowadzi się w myśl maksymy: kradnij, ale znaj miarę. Gdy ktoś przesadza, trafia za kraty. Tak jest i w tym wypadku. Najwyraźniej Moskwa uznała, że Mińsk przesadza z przemytem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.