Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Rozmowa z Uładzimirem Mackiewiczem, białoruskim politologiem, szefem Agencji Badań Humanistycznych

Andrzej Poczobut: Eurazjatycka Unia Gospodarcza, sztandarowy integracyjny projekt Władimira Putina, do niedawna skupiał Rosję, Białoruś i Kazachstan, jednak w piątek na szczycie w Mińsku dołączyła także Armenia. Czy to znaczy, że ten projekt jest atrakcyjny dla państw byłego ZSRR?

Uładzimir Mackiewicz: Niespecjalnie. Rosja musiała zastosować szantaż, by zmusić Armenię najpierw do rezygnacji ze stowarzyszenia z Unią Europejska, a następnie do przyłączenia się do Unii Eurazjatyckiej. Moskwa zademonstrowała gotowość sprzedawania broni Azerbejdżanowi, z którym Armenia pozostaje w sporze terytorialnym, i zagroziła zwiększeniem cen na rosyjski gaz. Dopiero wtedy ormiański rząd zgodził się na wejście do rosyjskiego projektu integracyjnego. To, co się nie udało wobec Gruzji i Ukrainy, udało się wobec Armenii. Ale to wyraźnie pokazuje, że integracyjny projekt Putina wcale nie jest atrakcyjny dla państw byłego ZSRR. Inaczej niepotrzebne byłyby presja ani szantaż.

Białoruś i Kazachstan weszły dobrowolnie.

- Dla Astany i Mińska to przede wszystkim projekt gospodarczy. Kazachstan jest zainteresowany utrzymaniem dobrych relacji z Moskwą, bo geograficznie jest odcięty od Europy przez Rosję. Do utrzymywania poprawnych relacji z Kremlem zmuszają go interesy gospodarcze. Natomiast Białoruś wprawdzie leży w Europie, ale rosyjski rynek jest dla niej ważny, ponieważ białoruskie towary nie są konkurencyjne na rynkach zachodnich.

Poszerzenie Unii o Armenię dokonało się na tle wydarzeń na Ukrainie.

- Tego samego dnia co szczyt Unii Eurazjatyckiej odbywał się w Mińsku także szczyt Wspólnoty Niepodległych Państw - politycznego tworu skupiającego republiki poradzieckie. Formalnie w jego skład wchodzi także Ukraina, która po aneksji Krymu oświadczyła, że się wycofuje, jednak jak dotąd nie zrealizowała tej zapowiedzi. Na szczycie w Mińsku był obecny ukraiński ambasador. Moskwa próbowała tam zmusić sojuszników z WNP do potępienia Kijowa. Owszem, prezydent Uzbekistanu Isłam Karimow ostro skrytykował prezydenta Ukrainy i wyraźnie był gotów poprzeć Moskwę w tym konflikcie, ale nawet Łukaszenka czy Nazarbajew nie poszli w jego ślady. To dowodzi, że rola Rosji w tym konflikcie jest różnie oceniana przez państwa postradzieckie i Moskwie nie udało się uzyskać z ich strony jednoznacznego poparcia.

Aleksander Łukaszenka rządzi Białorusią już 20 lat. O Nursułtanie Nazarbajewie żartują, że został prezydentem, jeszcze zanim Kazachstan stał się niepodległym państwem. Władimir Putin jest prezydentem 3. kadencję.

- Unia Euroazjatycka stała się swoistym klubem dyktatorów, których celem jest konserwacja obecnej sytuacji. Ta ideologiczna antydemokratyczna więź, która łączy te reżimy, jest bardzo ważna w tym sojuszu.

Czy Unia będzie nadal się rozszerzać?

- Ten projekt jest adresowany do państw b. ZSRR. Z listy potencjalnych uczestników można skreślić Gruzję, Ukrainę i Mołdawię, które dążą do eurointegracji. Co więc zostaje? Uzbekistan? Tam panuje nacjonalistyczna dyktatura, która bynajmniej nie jest zainteresowana jakąkolwiek integracją z Rosją. Azerbejdżan? Ma własne surowce, ropę i gaz, i prowadzi politykę niezależną od Rosji. Turkmenistan? Izoluje się od świata i wyraźnie daje do zrozumienia, że nie widzi swojej przyszłości w żadnym projekcie integracyjnym. Pozostają więc Kirgistan - biedny i dlatego zainteresowany integracją z Rosją, bo widzi w tym szansę rozwoju gospodarczego - oraz Tadżykistan, też bardzo biedny. Ich wejście do Unii będzie oznaczało wzięcie ich przez Rosję na utrzymanie. I to jest wszystko, na co Kreml może liczyć.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.