Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Eksport norweskiego łososia na Białoruś w pierwszym tygodniu września wzrósł trzykrotnie w porównaniu z pierwszym tygodniem sierpnia - informuje rosyjska agencja Interfax-Zapad. Jednak to nie Białorusini zaczęli się tak objadać norweską rybą.

7 sierpnia Rosja wprowadziła embargo na żywność z Unii Europejskiej. Można by oczekiwać, że od tego momentu eksport norweskiego łososia spadnie, zwłaszcza że Rosja to ważny odbiorca - ok. 9 proc. eksportowanego łososia Norwegowie wysyłają właśnie tu. Jednak, jak podaje norweska gazeta "Dagens Naeringsliv", w sierpniu eksport tej ryby, zamiast spaść, wzrósł o 11 proc. Szybko się okazało, że rozbroić rosyjskie sankcje pomaga najbliższy sojusznik Rosji - Białoruś.

"Ryba dociera na rosyjski rynek tylnymi drzwiami" - pisze "Dagens Naeringsliv". Łosoś jest eksportowany na Białoruś, która przepakowuje go. Od tej pory ryba staje się towarem białoruskim, który można legalnie eksportować do Rosji.

21 lipca Rosja wprowadziła embargo na mołdawskie owoce. Miał to być cios wymierzony w rząd w Kiszyniowie, który zacieśnia współpracę z Unią Europejską. Owoce tradycyjnie są jednym z ważniejszych towarów eksportowych Mołdawii. Jednak szybko się okazało, że sankcje nie wyrządzają prognozowanych strat mołdawskim producentom.

- Nasi producenci znajdują nieformalne rozwiązania - powiedział w wywiadzie dla mołdawskiej telewizji premier Iurie Leanca.

Mołdawski urząd celny i ministerstwo rolnictwa nie ujawniają statystyk dotyczących eksportu owoców i warzyw. Jednak od 2005 roku monitoring sytuacji na granicach prowadzi tu Misja Unii Europejskiej ds. przygranicznej pomocy Mołdawii i Ukrainie. Ta unijna instytucja w sierpniu odnotowała w porównaniu z poprzednim miesiącem 26-krotny wzrost ilości mołdawskich jabłek i sześciokrotny wzrost ilości śliwek eksportowanych na Białoruś. Nie są to pełne dane, gdyż misja obserwuje tylko wybrane przejścia graniczne, jednak trend wydaje się oczywisty.

Mołdawski portal Newsmaker twierdzi, że w Białorusi podmieniane są certyfikaty produkcji i dalej mołdawskie owoce, już jako białoruskie, trafiają na rynek rosyjski. - Znajduje się białoruskiego farmera, który zawyża plon, zmienia się dokumenty i towar jedzie do Rosji - cytuje Newsmaker jednego z rolników. W ostatnich tygodniach białoruska telewizja kilkakrotnie zachwycała się niebywałym urodzajem białoruskich jabłek.

Według Newsmakera w podobny sposób towary objęte rosyjskimi sankcjami przerzucane są też przez Kazachstan, jednak to właśnie Białoruś jest najatrakcyjniejsza - transport do odległego Kazachstanu jest znacznie droższy.

Białoruski ekonomista Leanid Zaika, szef Centrum Analitycznego "Strategia", mówi jednak, że schemat handlu jest bardziej skomplikowany - nie jest to prosty reeksport.

- Problem reeksportu był przedmiotem rozmowy Putina i Łukaszenki. Rosjanie twierdzili, że przyłapali Białorusinów na reeksporcie polskich jabłek, Białorusini tłumaczyli, że jedynie skrzynka pochodziła z Polski, a jabłka były białoruskie. Po tej rozmowie Mińsk obiecał, że reeksportu nie będzie - mówi "Wyborczej" Zaika. Jego zdaniem Białoruś formalnie dotrzymuje tej obietnicy: wszystkie swoje jabłka czy inne grupy towarów sprzedaje do Rosji, a na wewnętrzny rynek wprowadza objęte sankcjami towary zachodnie. Dzięki temu zarabia i nie łamie zobowiązań wobec Rosji. - Reeksportem mogą się parać jedynie pojedynczy pazerni biznesmeni z otoczenia władzy - podsumowuje Zaika.

Jednak w Moskwie panuje inna opinia. - To nie są jacyś tam biznesmeni. Ten biznes prowadzą białoruskie władze. Mołdawskie jabłka są przepakowywane i już jako białoruskie trafiają na rosyjski rynek. Jest to robione w centrach logistycznych podlegających kancelarii prezydenta - powiedział "Wyborczej" rosyjski politolog Andriej Suzdalcew z moskiewskiej Wyższej Szkoły Ekonomii.

Ta kancelaria, nosząca nazwę Zarząd Spraw Prezydenta, to jest jeden z najbardziej tajemniczych i kontrowersyjnych urzędów na Białorusi. Powołano go po objęciu przez Aleksandra Łukaszenkę stanowiska prezydenta w 1994 roku i w ciągu 20 lat jego rządów wielokrotnie był w centrum skandali związanych z podejrzanymi transakcjami, w tym przemytem i korupcją. Dziś ten urząd ma restauracje, hotele, kołchozy, fabryki, parki narodowe. Panuje obiegowa opinia, że kontroluje najbardziej łakome gałęzi biznesu na Białorusi.

Zdaniem Suzdalcewa, wprowadzając antyzachodnie sankcje, Kreml liczył na wsparcie najbliższych sojuszników - Białorusi i Kazachstanu - jednak okazało się, że państwa te wolą wykorzystać sytuację we własnym interesie.

- Żeby położyć kres temu biznesowi, trzeba byłoby wprowadzić na granicy z Białorusią kontrolę celną, to z kolei oznacza rezygnację z Unii Celnej i wielki skandal. Moskwa tego nie chce, więc musi tolerować taki zachowanie sojusznika - mówi Suzdalcew.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.