Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jak podaje agencja Biełta, rozporządzenie ma dotyczyć pracowników państwowych zakładów rolniczych, czyli 9 proc. białoruskich zatrudnionych. Pozwolenie na zwolnienie się kołchoźnika z pracy ma podejmować osobiście szef obwodu. Dalsze szczegóły nie są znane.

- Nie martwcie się, nic strasznego w tym nie będzie. To będzie normalny dekret. Wszyscy powinni pracować i zarabiać - uspokajał dziennikarzy w piątek wicepremier Anatol Tozik, jeden z autorów dekretu.

To powrót do epoki sowieckiej. W ZSRR kołchoźnicy do 1974 r. byli pozbawieni prawa do swobodnego opuszczania wsi i zwalniania się z pracy, gdyż nie mieli paszportów. Pozwolenie na opuszczenie miejsca zamieszkania razem z paszportem wydawały im lokalne władze.

- Na wsi brakuje specjalistów, którzy emigrują do miast albo za granicę. Władze chcą ich zatrzymać, a w białoruskim systemie nie ma możliwości ekonomicznego zainteresowania człowieka, pozostaje więc przymus - powiedział "Wyborczej" białoruski ekonomista Jauhien Preigerman z Liberalnego Klubu.

Jednak według ekspertów dekret nie przyniesie oczekiwanych skutków.

- Człowiek i tak będzie mógł się zwolnić, tylko potem nie znajdzie oficjalnego zatrudnienia - powiedział "Wyborczej" ekonomista Leanid Złotnikau. - Ale jak ktoś planuje emigrację, to się tym nie przejmie.

W ubiegłym roku Łukaszenka zakazał zwalniania się robotnikom z przedsiębiorstw przemysłu drzewnego, które zostały zmodernizowane.

- Takie prawo to średniowiecze - mówi Juraś Gubarewicz, wiceprzewodniczący opozycyjnego ruchu O Wolność.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.