Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Sekretarz stanu John Kerry był we wtorek w Kijowie, żeby zademonstrować poparcie dla nowego rządu i oddać hołd poległym na Majdanie. Przywiózł ze sobą obietnicę pożyczki w wysokości miliarda dolarów, czyli niewiele w porównaniu z 15 mld, które przed ukraińską rewolucją Putin obiecywał prezydentowi Janukowyczowi.

Równocześnie z "programem pozytywnym" dla Ukrainy Amerykanie wdrażają "program negatywny" dla Rosji, o którym Obama mówił w poniedziałek. - Podejmujemy kroki mające na celu izolację Rosji. Jeśli ona nie zmieni postępowania, to długofalowo będzie ją to drogo kosztować - mówił amerykański prezydent, siedząc na fotelu w Gabinecie Owalnym.

To oświadczenie wyraźnie różniło się od poprzedniego, wygłoszonego w piątek, kiedy pojawiły się pierwsze sygnały, że Rosja zajmuje Krym. Wtedy Obama mówił na stojąco, z marsową miną. Wyczuwało się napięcie. W poniedziałek w głosie Obamy była już tylko spokojna determinacja. Później spotkał się ze swoimi doradcami, żeby - jak potem powiedziano dziennikarzom - "zastanowić się nad dalszymi krokami mającymi na celu izolację Rosji".

Po naradzie ogłoszono, że Departament Obrony zawiesza kontakty z Rosją (spotkania, wizyty, konferencje itp.). Zawieszono też rozmowy o umowie handlowej i odwołano wizytę rosyjskiej delegacji w Waszyngtonie - miała ona ustalić z Amerykanami standardy dla rosyjskiej żywności, by mogła być eksportowana do USA. Już wcześniej dzięki staraniom amerykańskiej dyplomacji wszystkie kraje G8 - oczywiście poza Rosją - ogłosiły, że zawieszają przygotowania do czerwcowego szczytu w Soczi.

Departament Stanu zapowiada, że poważniejsze sankcje będą ogłoszone już za kilka dni. Mówi się o zablokowaniu kont rosyjskich dygnitarzy lub nawet o szykanach wobec państwowych firm.

Spokojniejszy ton Obamy udziela się amerykańskim dyplomatom. Jeszcze w sobotę na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ dominowały emocje. Przedstawiciel Rosji Witalij Czurkin wznosił się na szczyty cynizmu, a Amerykanie i inni zachodni dyplomaci się oburzali. Jednak w poniedziałek na kolejnym spotkaniu Rady Czurkin został wyszydzony. Kiedy twierdził, że "Rosja prowadzi na Krymie operację humanitarną", przedstawicielka USA przy ONZ Samantha Power odparła: - Słuchając przedstawiciela Rosji, można odnieść wrażenie, że w Moskwie znajduje się nowa centrala komisarza ONZ ds. praw człowieka!

We wtorek Putin mówił dziennikarzom, że akcja Rosji jest legalna, bo obalony prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz, który uciekł do Rosji, poprosił o interwencję (Czurkin pokazywał w ONZ pismo Janukowycza). - Putin ma jakichś osobliwych prawników, ale nikt na świecie nie dał się nabrać - komentował Obama kilka godzin później. I dodał: - Pojawiają się czasami opinie, że działania Rosji są strategicznie mądre lub sprytne. Uważam przeciwnie. Skończy się tak, że nawet najbliżsi sąsiedzi Rosji będą podejrzliwi i będą chcieli się od niej oddalić, uniezależnić jak najbardziej...

Amerykańska prawica uważa, że taki "racjonalny" i spokojny sposób przemawiania do Rosjan jest niewłaściwy. Republikański przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner nazywa Putina "bandziorem".

- Putin uważa Obamę za człowieka o słabym charakterze - twierdzi senator Lindsay Graham. - Prezydent USA nie powinien rozmawiać z Putinem półtorej godziny przez telefon! Powinien z nim rozmawiać pięć minut. Powiedzieć: "To, co robicie, jest nielegalne i Ameryka podejmie zdecydowane działania, jeśli natychmiast nie wycofacie wojsk z Krymu". I koniec rozmowy. Kto za dużo gada, ten stwarza wrażenie, że jest zdolny tylko do gadania, a nie do działania.

Krytyczne głosy pod adresem prezydenta pojawiają się już nawet na amerykańskiej lewicy. David Weigel przypomina w portalu Slate.com debatę prezydencką sprzed półtora roku, podczas której republikanin Mitt Romney stwierdził, że Rosja jest potencjalnie największym zagrożeniem dla Ameryki i świata. Większość amerykańskich komentatorów wyszydzała go wówczas - pisano, że Romney mentalnie pozostaje w czasach zimnej wojny. "Dzisiaj okazuje się, że rację miał nie Obama, który wtedy mówił o terroryzmie i Al-Kaidzie, lecz Romney" - konstatuje Weigel.

Jednak krytycy Obamy zwykle nie mówią, co zrobiliby inaczej i konkretnie, jakie "zdecydowane kroki" należy podjąć. Nawet najwięksi jastrzębie w Waszyngtonie wykluczają interwencję wojskową, a opinia publiczna się z nimi zgadza. Tylko 18 proc. Amerykanów uważa, że USA powinny bronić Ukrainy przed Rosją, 46 proc. - że nie powinna, a 36 proc. nie ma zdania - takie są wyniki sondażu przeprowadzonego 2 marca na zlecenie portalu Huffington Post i ośrodka badań YouGov.

Wśród krytyków Obamy, którzy mają jakieś konkretne propozycje, jest Jorge Benitez, analityk opiniotwórczego Atlantic Council w Waszyngtonie.

- Obama jest niechętny wojnom, a po Iraku i Afganistanie wszyscy Amerykanie też są nimi zmęczeni. Putin to wykorzystuje - mówi "Wyborczej" Benitez. I dodaje: - Ale jeszcze nie jest za późno. Obama powinien zarządzić nadzwyczajny szczyt NATO w Warszawie, na który sam powinien przyjechać. Taka dobitna demonstracja jest potrzebna. W momencie kryzysu musimy uspokoić kraje Europy Środkowej i pokazać Rosji, że poważnie traktujemy artykuł piąty traktatu NATO, czyli zasadę: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.