Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Półwysep niczym pępowiną jest związany z ukraińskim lądem szerokim na zaledwie 7 km Przesmykiem Perekopskim. Tędy przejeżdża i przepływa prawie wszystko, co utrzymuje przy życiu gospodarkę i ok. 2 mln mieszkańców Krymu.

To przede wszystkim Kanał Północno-Krymski, którym od Kachowskiego Zbiornika Retencyjnego na Dnieprze płynie do oddalonego o 403 km Kerczu woda pitna dla tego miasta, a także dla Symferopola, Sewastopola i innych miejscowości.

Z wodą na półwyspie jest dramatycznie. Tatarzy, przez wieki gospodarze tej ziemi, nauczyli się zimą gromadzić w cysternach wodę na cały rok. Budowali je wszędzie, potrafili o nie dbać.

Dziś jest wiele takich zbiorników, ale są zamulone. Przy tym klimat staje się coraz bardziej suchy - właśnie panuje tam najgorsza od 125 lat susza. Studnie artezyjskie to też nie ratunek. Naturalne środowisko, niszczone bezmyślnie w czasach ZSRR, zmienia się i podziemne wody są bardzo zanieczyszczone. W rezultacie tylko czwartą część potrzebnej mu wody Krym czerpie z własnych źródeł i zbiorników.

Bilans energetyczny wygląda jeszcze gorzej. Cztery piąte zużywanego w regionie prądu płynie liniami wysokiego napięcia przez Przesmyk Perekopski z Ukrainy. Do tego jedna trzecia prądu wytwarzanego na miejscu to energia słoneczna, na której nie zawsze można polegać.

Przez przesmyk gazociągiem Chersoń - Symferopol przepływa też cały gaz dla półwyspu.

W Rosji mówi się, że przywódca ZSRR Nikita Chruszczow oderwał 60 lat temu Krym od radzieckiej Rosji i oddał go radzieckiej Ukrainie, bo sam był Ukraińcem, a ochota na szczodrość naszła go po kielichu. To jednak nie tak.

Nikita Siergiejewicz miał żyłkę gospodarza i rozumiał, że półwysep lepiej połączyć z sąsiadującą z nim i połączoną choćby wąskim przesmykiem republiką ukraińską niż oddzieloną od niego morzami Azowskim i Czarnym Rosją.

I to właśnie przy Chruszczowie w roku 1961 zaczęto budować kanał niosący wodę z Dniepru na półwysep. Wtedy też zbudowano linie energetyczne na Krym.

Genseka bardzo martwił stan rolnictwa na Krymie. Gdy Józef Stalin w maju 1944 r. deportował Tatarów krymskich do Uzbekistanu, a na ich miejscu posadził Rosjan zwiezionych z różnych regionów ZSRR, kwitnący region przyszło zaopatrywać w prawie całą żywność.

- Osadnicy nie mieli pojęcia o przyrodzie naszej ziemi, o irygacji, o tym, co się tu udaje, a co nie. A i robić im się nie chciało, więc bardzo szybko zniszczyli ogrody i pola - mówił mi Ajder Asanow z Bakczysaraju.

Chruszczow ratunek widział w przesiedleniu na Krym mieszkańców Ukrainy zachodniej, którzy niedługo żyli w ZSRR i nie oduczyli się jeszcze pracować na ziemi. Rolnictwa Krymu nawet im się nie udało odbudować. Dziś 80 proc. żywności niezbędnej mieszkańcom żyznego regionu trzeba przywozić z zewnątrz.

Wśród ukraińskich internautów hitem stał się więc plan "zneutralizowania" zajmowanego przez Rosjan Krymu "w 15 minut". Pomysł jest prosty - wystarczy odciąć wodę, prąd oraz gaz i w ten sposób "wyłączyć" region. Tyle że i Rosja nie potrzebuje wiele czasu, by odciąć całą Ukrainę od dostaw gazu i w ten sposób rozłożyć gospodarkę kraju.

W Moskwie zdają sobie sprawę, że aneksja Krymu nawet bez wojny kosztować musi drogo. Dziś deficyt budżetu regionu jest ogromny - na bieżące wypłaty prorosyjskie samozwańcze władze regionu potrzebują od zaraz 1,1 mld dol.

Wczoraj premier Rosji Dmitrij Miedwiediew zarządził przyspieszenie budowy mostu między rosyjskim Półwyspem Tamańskim a Krymem przez szeroką na 5 km Cieśninę Kerczeńską, łączącą morza Azowskie i Czarne. Inwestycja ma kosztować 1 mld dol., co przy panującej w Rosji korupcji oznacza minimum 2 mld.

Prokremlowscy biznesmeni obiecują ponoć, że włożą w Krym 5 mld dol. To jednak nie zwolni Moskwy od obowiązku opłacania bieżących rachunków regionu, którego połowa budżetu pochodziła z przysyłanych z Kijowa dotacji. A półwysep może okazać się beczką bez dna.

Moskwa pod lufami pistoletów maszynowych niezidentyfikowanych ludzi w rosyjskich mundurach, którzy opanowali siedzibę parlamentu regionu, oddała władzę nad Krymem osobliwym ludziom.

Szefem rządu Autonomicznej Republiki Krym (region ma od 19 lat taki status z wyłączeniem samego Sewastopola) został 42-letni Siergiej Aksionow, znany miejscowym pod ksywą "Goblin". Krymscy blogerzy piszą o nim jako o rekieterze średniej klasy i publikują materiały milicyjne, z których wynika, że wymuszał pieniądze oraz był zamieszany w handel narkotykami. Do polityki przyszedł całkiem niedawno i dziś szefuje niezbyt popularnemu na Krymie ruchowi Ruska Jedność.

Sowietem Najwyższym, lokalnym parlamentem, kieruje zaś Władimir Konstantinow. Deputowany Andrij Senczenko w wywiadzie dla radia Swoboda opowiedział, że Konstantinow zgromadził spory majątek, bo wziął od tysięcy ludzi pieniądze na mieszkania i ani ich im nie dał, ani niczego nie zwrócił. Wyłudził też od banku duży kredyt pod zastaw domu, który wcześniej sprzedał.

Julia Łatynina, publicystka "Nowej Gaziety", napisała w poniedziałek, że ludziom, którym Kreml dał władzę na Krymie, wcale nie chodzi o to, by region stał się częścią Rosji, lecz niezależnym tworem, niby-państwem szczodrze finansowanym przez Moskwę. Liczą bowiem na to, że będą mogli "piłować", czyli chować do kieszeni przysyłane przez Moskwę fundusze.

Tak właśnie, jak przypomina Łatynina, dzieje się w Abchazji i Osetii Południowej - prowincjach odłączonych od Gruzji w wyniku wojny w 2008 r. Tam Moskwa śle ogromne sumy na odbudowę, a pieniądze przepadają.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.