Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
- Udzielenie przez Radę Federacji zgody na użycie rosyjskich wojsk na Ukrainie nie musi oznaczać, że nastąpi to w najbliższym czasie - powiedział wiceszef rosyjskiego MSZ Grigorij Karasin. A rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że prezydent Władimir Putin podejmie decyzję o wysłaniu "rosyjskiego kontyngentu w zależności od rozwoju sytuacji".

Daje to słabą nadzieję, że sobotnia "zgoda na interwencję" ze strony rosyjskiej Rady Federacji to tylko potężna salwa Kremla w wojnie informacyjnej. Nie można jednak zapominać, że na Krymie już w rzeczywistości trwa rosyjska interwencja. Otóż pod pieczą uzbrojonych ludzi wspieranych przez Rosję od kilku dni konstytuują się tam struktury półpaństwa z nielegalnie nominowanym premierem regionalnego rządu krymskiego półwyspu, który tylko formalnie ma być częścią Ukrainy. I być może rząd ten ma przygotować grunt pod secesję.

Rosyjskie media donoszą o ruchach amerykańskich okrętów na Morzu Czarnym, ale - jeśli to prawda (a potwierdza to polski eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski) - to i tak jest tylko gest dyplomatyczno-militarny, bo NATO oraz kraje Unii Europejskiej nie poślą żołnierzy do obrony granic Ukrainy.

Krym to nie tylko problem na linii Rosja - Ukraina

Szefowie dyplomacji krajów UE w poniedziałek zbiorą się w Brukseli - cóż, nagłość wydarzeń jednak nie anulowała europejskiego weekendu... Natomiast już w niedzielę wieczorem o Ukrainie będzie rozmawiać Rada Północnoatlantycka (zapewne na szczeblu ambasadorów krajów NATO).

Niewykluczone, że wcześniej zdąży się zebrać Rada Bezpieczeństwa ONZ.

Choć media nie są (na razie) zbyt szczegółowo informowane, to na pewno linie telefoniczne między Waszyngtonem i Berlinem a Moskwą są teraz rozgrzane do czerwoności. - Kanclerz Niemiec Angela Merkel śledzi z niepokojem decyzje podejmowane przez rosyjską Radę Federacji. Merkel ponowiła apel do Rosji o poszanowanie integralności terytorialnej Ukrainy. Niemiecki rząd zakłada, że wszyscy będą przestrzegać integralności terytorialnej Ukrainy - powiedział w sobotę wieczorem zastępca rzecznika rządu Georg Streiter.

Krym to nie tylko problem na linii Rosja - Ukraina, bo na Morzu Czarnym przecinają się interesy geopolityczne także innych graczy. Bardzo ostro wypowiedział się dziś w Kijowie szef tureckiej dyplomacji Ahmet Davutoglu, który spotkał się z delegacją krymskich Tatarów wspierających Kijów w sprawie półwyspu. - Krym nie może być miejscem wojskowej eskalacji. Turcja jest gotowa zrobić wszystko, by problemy Krymu były rozwiązane w sposób pokojowy - powiedział. Zapewnił o "wsparciu dla terytorialnej integralności Ukrainy".

Co kraje Zachodu mogą teraz zrobić?

Konsultacji, komunikatów, pohukiwań będzie zatem mnóstwo. Ale pozostaje najdrażliwsze pytanie: co kraje Zachodu są gotowe i mogą tak naprawdę teraz doraźnie zrobić?

Po wojnie o Osetię Południową i oficjalnym uznaniu secesji Osetii i Abchazji przez Moskwę w 2008 r. nie spotkały Kremla żadne poważniejsze sankcje oprócz niezbyt bolesnego tymczasowego zawieszenia prac Rady Rosja - NATO (przypomnijmy, że były to czasy prezydentury George'a W. Busha). I nie jest pewne, po jaki kij zechcą tym razem sięgnąć członkowie UE bądź Biały Dom.

Eksperci jako najprostszy pomysł podsuwają wyrzucenie Rosji z grupy najbogatszych państw świata G8 lub co najmniej bojkot szczytu tej grupy tego lata w Soczi. Sankcje wizowe i zamrożenie aktywów finansowych (m.in. kont bankowych na terenie UE), nad którym tak długo debatowano w odniesieniu do oficjeli ukraińskich, byłyby niezwykle bolesne dla ekipy Putina.

Na razie jednak - o ile interwencja Rosji ograniczy się "tylko" do Krymu - na to się nie zanosi. Trudno też uwierzyć, by - o ile interwencja nie ograniczy się "tylko" do Krymu - Zachód był gotów choćby na częściowe, lecz szybkie zamrożenie stosunków gospodarczych z Moskwą.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.