Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Paweł Wroński Czy po uchwale upoważniającej prezydenta Federacji Rosyjskiej do użycia sił zbrojnych na terenie Ukrainy należy się spodziewać wojny.

Adam Daniel Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Komisji ds. Trudnych: - Właśnie oglądam rosyjską telewizję. Rozmowę z prezydentem Putinem...

I co mówi o Ukrainie?

- Nic nie mówi o Ukrainie. Mówi, jak wielkie znaczenie miała dla Rosji olimpiada w Soczi.

W tym momencie? Gdy wszyscy zastanawiają się, czy ruszą czołgi?

- Widać rozmowa była nagrana wcześniej, a wydarzenia toczą się szybciej niż ramówka rosyjskiej telewizji. Ale rozmowę poprzedzały bloki informacyjne na temat sytuacji na Ukrainie. Dominujący ton to ocena ostatnich zdarzeń jako faszystowskiego przewrotu, niekonstytucyjnego pozbawienia władzy prezydenta Wiktora Janukowycza. Ukraina jest przedstawiana jako kraj, gdzie władzę przejęli skrajni nacjonaliści, banderowcy i spadkobiercy dywizji SS Galitzien.

To dość toporna propaganda. Możliwe, że będzie oddziaływała na prowincji, ale nie wiem, czy także w miastach, gdzie społeczeństwo jest bardziej otwarte na świat.

Czy to nie jest artyleryjskie, propagandowe przygotowanie przed interwencją zbrojną?

- Nie sądzę. Jestem dyplomatą, więc z natury szukam rozwiązań pozytywnych. Moim zdaniem interwencja zbrojna Rosji zupełnie się nie opłaca, zresztą mam wrażenie, że nie jest przygotowana do działań wojennych. Poza tym Rosja ma swoje wojska na Krymie. Moim zdaniem użycie sił zbrojnych kończyłoby w Rosji pewną epokę. Przecież Putin już przedstawił się jako prezydent, który skończył okres wielkiej smuty, urządził huczne igrzyska olimpijskiej zwolnił demonstrantów z Placu Błotnego i Pussy Riot.

Po co w takim razie uchwała dająca prezydentowi prawo do użycia sił zbrojnych?

- Trudno obecnie to interpretować. Ja mam jednak wrażenie, że jest to odpowiedź Rosji nie tylko na to, co się dzieje na Ukrainie, ale bezpośrednio na to, co powiedział prezydent USA Barack Obama.

Przypomnijmy: prezydent wydał osobiste, krótkie oświadczenie mówiące o wsparciu dla Ukrainy i przestrzegające Rosję przed mieszaniem się w wewnętrzne sprawy tego kraju. To nie było oświadczenie obrażające Rosję, ale krótkie i dobitne oraz wygłoszone osobiście przez prezydenta USA - czyli mające najwyższą rangę.



No dobrze, ale rezultatem może być użycie rosyjskich sił zbrojnych i to nie tylko na Krymie, gdzie jak wiadomo, mieści się baza rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, ale także na terytorium całej Ukrainy.

- Ja interpretuje to troszkę inaczej. Proszę wybaczyć, ale tu pasuje analogia ze słynnym dowcipem z kozą, którą ktoś sobie kupił po to, aby po jej wyprowadzeniu z mieszkania uznać, że ma w nim wiele miejsce.

Otóż ostry i niedoprecyzowany charakter tego upoważnienia może oznaczać, że jeśli Rosja osiągnie ograniczone cele - na przykład umocni władzę separatystów na Krymie, wszyscy odetchną z ulgą, że to nie chodzi o inne części Ukrainy i że skutkiem działań Rosji nie będzie wielki konflikt militarny.

Na razie jednak dominują scenariusze militarne. Czy widzi pan jakąś możliwość rozstrzygnięcia.

- Powtarzam, nie wierzę w rozstrzygnięcie militarne. Moim zdaniem jest możliwość rozstrzygnięć politycznych. To, co się dzieje teraz, wynika z wielkiego zaskoczenia. Tak jak byliśmy zaskoczeni rozwojem wypadków na Ukrainie, tak samo zaskoczona była Moskwa. Rosja uważała, iż już po listopadowym szczycie w Wilnie, gdy Janukowycz nie podpisał umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, sprawa jest załatwiona. Nie spodziewała się tak wielkiej determinacji Ukraińców zebranych na Majdanie. Historia zerwała się ze smyczy i pobiegała tam, gdzie nikt się nie spodziewał.

Nikt przecież nie mógł przewidzieć też, że istotny sygnatariusz porozumień z 21 lutego, do których doprowadził minister Radosław Sikorski wraz z ministrami Steinmaierem i Fabiusem - czyli prezydent Wiktor Janukowycz - po prostu ucieknie z kraju.

Zadajmy sobie zresztą pytanie, po co Putin zezwolił na zorganizowanie konferencji Janukowycza na swoim terytorium. Czy on go jakoś ceni? Nic podobnego. Sam Janukowycz z goryczą mówił, że go nie przyjął i że dziwi się, że Putin zachowuje w tej sytuacji spokój.

Janukowycz został zaprezentowany po to, aby dać sygnał - na terenie Rosji jest ktoś, kto nadal ma prawa do stanowiska prezydenta Ukrainy. Moim zdaniem trzeba szukać wyjścia z sytuacji takiego, gdy wszystkie strony uznają, że nikt nie traci twarzy i wszystkie interesy są uwzględnione.

Tylko, że Unia Europejska, NATO są postrzegane jako strona w grze. ONZ raczej nie jest organizacją, która byłaby zdolna rozwiązać ten problem.

- Moim zdaniem należy się odwołać do sygnatariuszy porozumienia z grudnia 1994 roku, które w zamian za likwidację ukraińskiej broni jądrowej gwarantowało integralność jej terytorium. Porozumienia podpisywały mocarstwa atomowe.

Jest też inne rozwiązanie, bardziej pasujące do obecnej sytuacji. To konferencja OBWE. W ramach tej instytucji działa Sąd Arbitrażowy - instytucja moim zdaniem absolutnie odpowiadająca tej sytuacji, w jakiej znalazła się Ukraina. Rosja jest członkiem OBWE. Moim zdaniem dobrze byłoby użyć organizacji, która nie jest uwikłana w konflikt i jest traktowana z szacunkiem przez wszystkie strony.

Lepiej zrobić to teraz, niż uruchamiać je do działania dopiero wówczas, gdy będą musiała sprzątać po militarnym konflikcie.

Aleksander Kwaśniewski: Europa nie jest tak bezradna wobec Rosji, jak lubimy myśleć Co mogą zrobić kraje Zachodu, by powstrzymać Rosję

Co się dzieje po zapowiedzi rosyjskiej interwencji na Ukrainie - czytaj w naszej relacji na żywo



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.